Dzień 15: "JA ZARABIAM, JA DECYDUJĘ"

Kategoria: Artykuły
Utworzono: 2014-12-09

Moje małżeństwo przez prawie dwadzieścia lat uznawane było przez rodzinę i znajomych za idealne. "Piękni, wykształceni, zamożni, bez kredytów i na dodatek ciągle w sobie zakochani - czego chcieć więcej?" - słyszałam od znajomych. To fakt. Bardzo dobrze nam się powodziło. Ja prowadziłam własną, dobrze prosperującą firmę; mąż, wykonując prestiżowy zawód, był zatrudniony w kilku miejscach. Niczego nam nie brakowało. Mieszkaliśmy w urokliwej podwarszawskiej miejscowości, dwa razy w roku jeździliśmy na wakacje w najodleglejsze zakątki świata, na posesji stały dwa dobre samochody. Dzieci chodziły do najlepszych prywatnych szkół. A my - poza pracą - prowadziliśmy bardzo aktywne życie towarzyskie. Teatr, opera, przyjęcia wydawane w naszym domu. Mój mąż uwielbiał bawić się, był duszą towarzystwa. Podobało mi się to, że pomimo naprawdę intensywnego życia zawodowego, potrafił znaleźć czas dla siebie i rodziny, zadbać o mnie, o siebie, o relaks; że pomimo upływu lat ciągle miał jakieś pasje, zainteresowania i że potrafił nimi zarażać innych; że nie gnuśniał, jak mężowie koleżanek - był energiczny, interesujący i pogodny. Życie z nim było naprawdę barwne i ekscytujące. Inni również dostrzegali jego urok - lubili spędzać czas w jego towarzystwie.

Jednak kiedy na rynku pojawił się kryzys finansowy, dotknął on również moją firmę, która niespodziewanie zaczęła przynosić straty. Po ponad dwudziestu latach prowadzenia działalności, musiałam ją zamknąć.  Dałam sobie czas na zastanowienie, co dalej - nie miałam pomysłu na nowy biznes, ale też nie wyobrażałam sobie pracy etatowej, ani bycia zatrudnioną u kogoś; to dla mnie nieznany ląd. Początkowo nie było żadnych trudności. Z czasem okazało się, że kryzys finansowy, ujawnił również poważny kryzys w naszym związku. Mój mąż - co mnie zadziwiło - nie był w stanie zaakceptować faktu, że jestem osobą bezrobotną, że nie zarabiam. Nie mogłam zrozumieć, o co chodzi, bo przecież nie brakowało nam pieniędzy. Jego miesięczny dochód był naprawdę bardzo wysoki. Ten oficjalny dochód, wykazywany w rocznym zeznaniu podatkowym. Bo oprócz tego miał duże wpływy, których nie wykazywał oficjalnie... Zaczęły pojawiać się pierwsze kłótnie o pieniądze i o to, abym zatrudniła się gdziekolwiek i znów zaczęła zarabiać. W ogóle nie rozumiał moich potrzeb ani obaw, zupełnie mnie nie słuchał; nie interesowały go moje uczucia. Pojawiły się pierwsze wyzwiska pod moim adresem; wypowiadane pewnie i stanowczo. Byłam kompletnie zdezorientowana, nie mogłam zrozumieć, skąd ta zmiana w zachowaniu mojego męża i w jego stosunku do mnie. Przecież małżeństwo jest na dobre i na złe? Przecież to chwilowy kryzys? Przecież nie zamierzałam leżeć i nic nie robić do emerytury? Mój mąż nie poddawał się. Każdy dzień zaczynał się "motywowaniem" mnie do poszukiwania pracy i dawaniem do zrozumienia, że jestem nikim.

Postanowiłam, że dam sobie radę. Miałam sporo oszczędności na koncie, lokaty odłożone na spokojną starość. Okazało się, że pieniądze z mojego konta szybko wypływają. Utrzymanie rodziny na dotychczasowym poziomie życia, opłaty czesnego za szkołę dzieci, zabytkowa willa, która również generowała koszty - słowem: duże miesięczne wydatki. Mąż do naszego codziennego życia nie dokładał nawet złotówki. Do remontu pieca - nie był w stanie dołożyć. Okazało się, że to tylko mój dom (otrzymałam go od rodziców), więc to ja ponoszę wydatki z nim związane. On w nim "tylko" mieszka od przeszło dwudziestu lat. Nic go nie interesowało. Ubrania dla dzieci, leki, opłaty za zajęcia pozalekcyjne dla dzieci - to moje zmartwienie, bo to przecież moje dzieci... Krew z jego krwi, kość z jego kości, ale jego zdaniem, to tylko moje dzieci? Nie mogłam pojąć jego postawy.  Za to zapewniał nam wakacje - jak zwykle w ekskluzywnych, atrakcyjnych miejscach. Jakby nic się nie zmieniło. Kupił jacht i trzeci samochód, który stanął na podwórku. A w tym czasie ja nie dysponowałam już żadnymi pieniędzmi i mąż dobrze o tym wiedział. Jego zdaniem to ja powinnam wyżywić rodzinę, więc przy jego wysokich dochodach, na żywność i utrzymanie dzieci, dawali pieniądze moi rodzice. Gdy powiedzieli "dość", zaczęłam prosić o nie mojego męża. To było bardzo upokarzające, szczególnie, gdy widziałam ten wyraz satysfakcji na jego twarzy. Zaczął wydzielać mi pieniądze: 40 zł dziennie - to powinno jego zdaniem wystarczyć na dzienne wyżywienie czteroosobowej rodziny, w tym dwójki dorastających dzieci. Każdego dnia rano musiałam przypomnieć o tym, że potrzebuję pieniędzy i ich odbiór musiałam pokwitować własnym podpisem w specjalnie przygotowanym do tego celu zeszyciku... Innych wydatków nie uwzględniał. Sam nie ponosił żadnych kosztów życia - nie płacił żadnych rachunków. To nadal było moje zmartwienie.

Powoli zaczynałam rozumieć, że przez cały ten czas, od początku trwania naszego związku, to ja byłam osobą dorosłą i to ja niosłam odpowiedzialność za wychowanie dzieci, rachunki, utrzymanie rodziny itp. Mąż był od zabawy, fundowania sobie i przy okazji nam przyjemności - taką rolę przyjął i z niej dobrze się wywiązywał. Obowiązki to była moja domena. Ale gdy sytuacja się zmieniła, okazało się, że nie jest w stanie tego zaakceptować. Nie chciał nieść żadnej odpowiedzialności, nie poczuwał się nawet do wykazania się odpowiedzialnością za los swoich dzieci...

Moje prawie już dorosłe dzieci też nie rozumiały, o co w tym wszystkim chodzi, czuły niesamowitą rozbieżność między stylem życia swojego ojca, który nadal pozwalał sobie na wszystkie przyjemności, stołował się w drogich warszawskich restauracjach, nadal miał pieniądze na swoje drogie hobby, a tym, jaki styl życia funduje swoim dzieciom. Uważały to za niesprawiedliwe i krzywdzące. Jedna córka wyraźnie się buntowała, stawiała opór jego żądaniom, kwestionowała każde słowo ojca, przestała go szanować. Druga córka zaczęła mieć spore problemy ze zdrowiem psychicznym - pojawiła się anoreksja. I właściwie to córki zmotywowały mnie do poszukiwania pomocy u specjalistów. To było trudne, bo nie wiedziałam, czy spotkam się ze zrozumieniem, czy ktoś nie wyśmieje mnie i moich "problemów"... Przecież moi znajomi absolutnie nie rozumieli, co się dzieje, nie rozumieli mojego zmęczenia tą sytuacją, smutku ani depresji, która się pojawiła... Z zewnątrz dla nich nic się nie zmieniło - mąż nadal wydawał przyjęcia, tylko sam zamawiał catering...

Po dwóch latach takiego życia trafiłam do Niebieskiej Linii. Dzięki wsparciu pani psycholog i pomocy pani prawnik postanowiłam zawalczyć o siebie i dzieci - złożyłam pozew o zaspokojenie podstawowych potrzeb rodziny. Oczywiście mąż, gdy się o tym dowiedział, wściekł się. Zaczął mi grozić, szantażował wyprowadzką, zwolnieniem się z pracy i przejściem do szarej strefy itp. Sąd przyznał mi i dzieciom do tego prawo. Zgodnie z postanowieniem sądu mąż ma płacić miesięcznie dość wysoką sumę, jednak nie respektuje postanowień sądu. Korzystam z pomocy komornika, aby egzekwować od męża należne nam pieniądze. Mąż dalej dużo zarabia i mówi "Ja zarabiam, ja decyduję".  Ale przecież nie o pieniądze tu chodzi - tylko o dominację, władzę i sprawowanie kontroli.

CO MI DAŁ KONTAKT Z POGOTOWIEM „NIEBIESKA LINIA"?

Dużo mogłabym wymieniać - czuję dużą wdzięczność za pomoc. Przede wszystkim otrzymałam zrozumienie mojej sytuacji. Nigdy i nigdzie nie czułam się tak wysłuchana i zrozumiana. W końcu sama zrozumiałam moją przedziwną sytuację. Dzięki pracy z moją panią psycholog, po wielu latach po raz pierwszy zaczęłam przyglądać się mojemu małżeństwu - zdjęłam różowe okulary; zaczęłam dostrzegać, na czym to małżeństwo się opierało i choć był to bolesny proces, to poczułam, że ta prawda daje mi siłę. Zrozumiałam, czym jest przemoc, jakie są jej mechanizmy. Doznałam olśnienia - dowiedziałam się, że żyłam z mężczyzną, który ma syndrom Piotrusia Pana, który nie chce dojrzeć, nie chce się zmienić; który uznaje, że trudności rozwiązuje się poprzez stosowanie przemocy. Zrozumiałam, że mam swoje osobiste, niezbywalne prawo do szacunku jako jednostki ludzkiej. Zrozumiałam, na jakich wartościach powinno osadzać się zdrowa relacja małżeńska. Zawalczyłam o lepsze życie dla dzieci, o nasze prawa, o siebie i o własną godność.

Przede mną jeszcze sporo ważnych decyzji, co dalej z moim życiem i z moim małżeństwem, ale jestem wyposażona w wiedzę i w siłę, której wcześniej nie miałam. W chwilach zwątpienia przywołuję w myślach zdania mojej pani psycholog, które są dla mnie drogowskazami tego, jak mam dalej iść...

CO BYM POWIEDZIAŁA INNYM KOBIETOM W PODOBNEJ SYTUACJI DO MOJEJ?

Aby nie obarczały siebie poczuciem winy za nieodpowiedzialne zachowania drugiego człowieka. Aby nie brały odpowiedzialności za dobre funkcjonowanie rodziny tylko i wyłącznie na siebie; aby podzieliły się tą odpowiedzialnością z drugą osobą. A jeśli ona nie będzie chciała jej nieść, to warto skontaktować się ze specjalistą, aby z jego pomocą i jego oczami przyjrzeć się tej sytuacji.

 

POMOC W NIEBIESKIEJ LINII

Poradnia Telefoniczna Niebieskiej Linii: 22 668-70-00 (dni powszednie: 12.00-18.00; soboty, niedziele i święta: 12.00-22.00)

Poradnia internetowa: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Zapisy na konsultacje: Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia" IPZ, ul. Korotyńskiego 13, 02-121 Warszawa | sekretariat: 22 824 25 01

 

Zobacz także: