By wyrastały kwiaty...

Anna Staszewska

Niebieska Linia nr 5 / 2002

Z Tomaszem Polkowskim, przewodniczącym Zarządu Towarzystwa "Nasz Dom", rozmawia Anna Staszewska

   Anna Staszewska: Od kiedy istnieje Towarzystwo "Nasz Dom"?

   Tomasz Polkowski: Zostało założone w 1921 r. przez Marynę Falską i Janusza Korczaka. Później ich drogi się rozeszły, po ludzku mówiąc - trochę się pokłócili. Po wojnie Towarzystwo zdelegalizowano, a jego majątek przejęło Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Zastało reaktywowane po zmianach politycznych w 1991 roku. Zaczynaliśmy od działalności typowo charytatywnej, bo wtedy wydawało nam się, że pomagając domom dziecka, pomożemy dzieciom. Ale szybko zorientowaliśmy się, że robimy błąd i szkodzimy dzieciom.

   ???

   Dom dziecka to instytucja, a więc środowisko absolutnie nienaturalne dla jego rozwoju. To środowisko, w którym potrzeby dziecka nie mają szansy być zaspokojone, szczególnie dotyczy to potrzeb związanych z jego rozwojem emocjonalnym. Tu rolę przewodnika dzieci przejmuje siłą rzeczy grupa i to grupa dzieci równie pokrzywdzonych, w związku z tym mogą one tylko wzrastać w poczuciu krzywdy, nieszczęścia i jednocześnie pewnego buntu, nienawiści do całego świata za to, że to nieszczęście im właśnie się przytrafiło.

   Na czym więc polega wasza działalność?

   W domach dziecka i innych instytucjach opiekuńczych przebywa obecnie 62 tys. dzieci. Staramy się wpływać na opinię publiczną i pokazywać, że tworzenie takich placówek i zaspakajanie naszych sumień poprzez przywożenie dzieciom prezentów niczego tak naprawdę nie zmienia w ich życiu. Nie chcę powiedzieć, że nie pomagamy domom dziecka. Pomagamy im, ale w przekształcaniu się w mniejsze struktury. Tak było choćby ostatnio w przypadku dwóch domów - Ustki i Kwidzyna, kiedy to powstał pomysł polegający na zamianie tych domów, poprzez sprzedaż budynków, w kilka mniejszych mieszkań. Wychowawcy sami stwierdzili, że jeśli mają wziąć indywidualną odpowiedzialność za dzieci, to w takich warunkach jest to niemożliwe. Nie można przecież całe życie mieszkać w hotelu. Jednak wiele osób pracujących w domach dziecka boi się zmian. Dla nich Karta Nauczyciela to była świętość, teraz więc okopują się w swoich twierdzach i żądają powrotu do Ministerstwa Edukacji. Nie chcę powiedzieć, że domy dziecka to miejsca, w których pracują wyłącznie źli ludzie. Wielu moich przyjaciół działa w tych środowiskach i wiem, że nawet w tak trudnych warunkach próbują cokolwiek dla dzieci zrobić.

   Co więc da się zrobić w takiej sytuacji?

   Jednym z najważniejszych naszych zadań jest tworzenie mieszkań dla młodzieży i dzieci, które nie mogą lub nie chcą trafić do rodziny zastępczej, rodzinnych domów dziecka czy wrócić do własnego domu. Jest to jeden z pomysłów na to, żeby dzieci miały szansę mieszkać nie w "bidulu", jak to nazywają, tylko w miejscu, które daje im szansę uczyć się samodzielności. Tam w niewielkich grupach przygotowują się do dorosłości. Idea jest taka, żeby dzieci nauczyły się brać większą odpowiedzialność za własne życie, łącznie ze wszystkim, co jest związane z samoobsługą - robieniem zakupów, gotowaniem, praniem, załatwianiem spraw urzędowych. W tych mieszkaniach są pod opieką kogoś, kogo właściwie trudno nazwać wychowawcą. To raczej przyjaciel i doradca, który jest członkiem tej społeczności. W tej chwili takie mieszkanie powstaje w Krakowie. Trochę będzie wyglądało jak to z Big Brothera, dlatego że dzieci zastaną kompletnie puste ściany i będą musiały od początku wszystko współtworzyć, łącznie z kupieniem i złożeniem łóżek.

   Czy takie mieszkania powstają wyłącznie z inicjatywy Towarzystwa "Nasz Dom"?

   W ich tworzeniu pomagamy również publicznym placówkom. Mieszkanie, do którego spokojnie mógłbym się przyznać, jest tworzone według naszego programu w Mrągowie, jako filia domu dziecka.

   Jak dużo tego rodzaju mieszkań znajduje się w Polsce?

   Ponad dwadzieścia - trzy w Krakowie, sześć we Wrocławiu, kilkanaście na Śląsku. Jest to nowy ruch, ale takich mieszkań będzie coraz więcej, bo i coraz więcej powiatów się tym interesuje. Zresztą nie jest to nasz polski pomysł. Jeśli popatrzeć na opiekę instytucjonalną w krajach Unii Europejskiej, szczególnie w Holandii, to tak to właśnie wygląda.

   W jaki sposób mieszkania te funkcjonują?

   Powinno mieszkać w nich maksymalnie 12 osób. Byłoby oczywiście lepiej, gdyby mieszkało jeszcze mniej, ale tu ekonomia wymusza pewne rozwiązania. Wiek dzieci nie jest tak bardzo istotny. Głównie jednak są to nastolatki, od wieku gimnazjalnego wzwyż, choć w mieszkaniu krakowskim zamieszka również dwunastoletni chłopiec - po prostu będzie ze swoim starszym rodzeństwem. Opiekunowie pracują tam zgodnie z indywidualnymi planami pracy z dzieckiem i jego rodziną. Plan pracy jest opracowywany w zależności od potrzeb dziecka. Grupa nie istnieje; nikt nie jest odpowiedzialny za grupę ani grupa odpowiedzialna za kogoś. Tam każdy jest odpowiedzialny za własne zadania. Ten model wygląda dość biurokratycznie, ale w rzeczywistości odbywa się to inaczej. Są to plany rozwoju dziecka w różnych sferach, np. w sferze edukacyjnej czy w sferze wzmacniania poczucia własnej wartości lub więzi z rodziną naturalną.

   A jaka jest rola wychowawcy?

   Opiekun odpowiada za wszystko, co dotyczy danego dziecka, od początku do końca - za paznokcie, za pierwszą miłość, za stopnie w szkole, za zdrowie, za kontakty z rodziną naturalną. To wychowawca, a nie dziecko, jest rozliczany za niezdanie do następnej klasy, to jego się pyta, dlaczego nie załatwił korepetycji, skoro sam nie umie matematyki itd. Jeśli są sprawy ważne dla dziecka np. trzeba je zawieźć do rodziny, ma komunię, to wychowawca nie może powiedzieć - słuchaj, ja nie mam teraz dyżuru. Dziecko razem z opiekunem wytycza sobie plan miesięczny i długofalowy. Muszą one być realne i tak skonstruowane, żeby dziecko zawsze osiągnęło sukces, a naszym zadaniem jest to wzmacniać. Nasze dzieci nigdy nie mają wad, a zawsze zalety i potrzeby, które musimy zaspokoić. Ich podstawowym problemem jest bardzo niskie poczucie własnej wartości, wynikające z odrzucenia. I dlatego naszym zadaniem jest pokazać im, że są dużo warte. Robimy to małymi kroczkami, aż do takiego momentu, kiedy dzieci zaczynają w siebie wierzyć. Gdybyśmy postępowali tak w naszych domach, to dzieciom prawdopodobnie przewróciłoby się w głowach, tym jednak jest do tego bardzo daleko, więc można i trzeba tak robić.

   Czy osoby, które nazwaliśmy tutaj doradcami, są specjalnie selekcjonowane, dobierane pod jakimś kątem?

   Staramy się dobierać osoby, które mają wyższe wykształcenie kierunkowe, a więc są pedagogami, psychologami albo po resocjalizacji czy socjoterapii, ale raczej nie z doświadczeniem pracy w domu dziecka. To doświadczenie bowiem bardzo przeszkadza; nawet jeśli się odrzuca pewne nawyki, one są. Poza tym pamiętając, że dzieciaki mają lepszy kontakt z młodszymi rodzicami, staramy się dobierać ludzi młodych, zaraz po studiach albo kilka lat po ich ukończeniu.

   Czy to, że mają oni swoje rodziny, jest istotne?

   Raczej nie. Chociaż jeśli jest to osoba samotna, to jej poświęcenie się dziecku, z którym trzeba nawiązać więzi emocjonalne, może być większe. Z kolei jeśli ma rodzinę, to może stanowić ona pewien wzorzec. Faktem jest, że osoby pracujące z dziećmi z domów dziecka, wchodząc w relacje emocjonalne z nimi, popadają czasem w pewnego rodzaju schizofrenię. Niekiedy powstaje tu konflikt z własnymi relacjami emocjonalnymi, szczególnie z dziećmi naturalnymi. Wiem coś na ten temat, bo też mam swoje dzieci i jestem opiekunem dzieci z domów dziecka. Mimo to uważam, że nawiązanie głębokiej więzi emocjonalnej z dzieckiem jest niezbędne, jeżeli chcemy poznać jego potrzeby i pomóc mu.

   W jaki sposób pracujecie z dziećmi?

   Szkolimy wychowawców w całej Polsce w zakresie przygotowywania wspomnianych wcześniej indywidualnych planów. Nie jest to jedynie metoda papierkowa, polegająca na robieniu tabelek, sporządzaniu karty pobytu dziecka w domu dziecka i stawianiu punktów za różne rzeczy, tak jak to sugeruje rozporządzenie ministerialne. Jest to również nauka otwartej komunikacji, empatii, ułatwianie wychowawcom możliwości wchodzenia w więzi emocjonalne z wychowankami. W przeciwieństwie do doświadczeń kilkudziesięcioletniej akademickiej pedagogiki - według której rzeczą niepożądaną jest wchodzenie w więzi emocjonalne z dziećmi, bo to im szkodzi i sprawia, że są nierówno traktowane - my uważamy, że bez więzi emocjonalnej nie ma szans na to, żeby dziecku pomóc, bowiem jeśli się z kimś nie zaprzyjaźnimy, to nie poznamy jego prawdziwych potrzeb. Później okazuje się, że dzieci wkraczają w wykreowaną przez nas dorosłość i nie radzą sobie w tym świecie. A nasze dzieci rozkwitają, wierzą w siebie, odnoszą sukcesy, nie boją się szukać pracy, przechodzą przez dobre szkoły, wiedzą, czego chcą i w czym są dobre. To jest tak, jakby ktoś nagle zaczął podlewać wyschniętą ziemię i wyrosły kwiaty...

   Dzieciaki z domów dziecka nie radzą sobie w dorosłym świecie nawet z najprostszymi rzeczami: nie potrafią ukroić chleba, nie wiedzą, że trzeba zapłacić rachunki, zrobić zakupy, wyprać ubrania. Bo w domu dziecka mają wszystko podane i przygotowane. Są tam jak na nieustającej kolonii.

   I temu właśnie służy dość brutalna, choć odbywająca się w atmosferze miłości, metoda pracy z dziećmi w tworzonych przez nas mieszkaniach. Jak nie kupisz i nie ugotujesz, to nie zjesz, jak nie upierzesz, to nie będziesz miał czystych ubrań. Oni oczywiście dzielą między siebie wszystkie obowiązki, ale tak czy siak uczą się odpowiedzialności. Wychowawca jest kimś, kto może pomóc, poradzić, i w sprawach poważnych i w kwestii gotowania zupy, natomiast on za nich tego nie zrobi. Może obrać ziemniaki, jako część zespołu, ale nic więcej.

   Skąd pochodzą fundusze na tworzenie takich mieszkań?

   To zależy, czy mają one funkcję placówki publicznej, czy niepublicznej. Jeżeli jest to nasza placówka, tak jak np. w Krakowie, to wtedy rejestrujemy ją w Urzędzie Miasta i z Ośrodkiem Pomocy Społecznej negocjujemy stawkę dotacji na dziecko. Z tej dotacji musimy opłacić też wychowawców. Utrzymanie dziecka w domu dziecka wynosi miesięcznie około 2000 zł, przy czym koszty etatów to ponad 85%. U nas utrzymanie jednego dziecka kosztuje mniej. Nie mamy jeszcze, niestety, w kraju takiego systemu, w którym powiaty mogłyby wybierać te usługi, które są tańsze i bardziej efektywne. Obecnie jeśli w jakimś powiecie znajduje się dom dziecka, to pieniądze przyznawane są na to centralnie. Jeśli jednak ten sam powiat chce utworzyć rodzinne domy dziecka, to musi na nie zdobyć odrębne pieniądze. Starosta nie ma możliwości wyboru tańszego i bardziej korzystnego dla dziecka miejsca. I tak musi utrzymywać dom dziecka. Dopóki jednak pieniędzmi na ten cel nie będą dysponowały samorządy, to reforma pomocy społecznej nie ruszy. Wyobraźmy sobie, że w domu dziecka przebywa czteroosobowe rodzeństwo, a jeszcze jedno dziecko w domu małego dziecka, gdzie koszty są jeszcze większe. Okazuje się, że miesięcznie na to rodzeństwo wydajemy ponad 10 tys. zł. Przecież za te same pieniądze można dać pracę niejednej osobie i pomóc rodzinie tak, by nie trzeba było dzieci oddzielać od rodziców. A do domów dziecka mnóstwo dzieci trafia z powodu katastrofalnej biedy. Jeżeli więc nie możemy pomóc rodzinie, a wydajemy miesięcznie 2 tys. zł na dziecko w domu dziecka, to jest to zbrodnia.

   Czym poza tym zajmuje się Towarzystwo "Nasz Dom"?

   Kolejny poziom naszej działalności to wspieranie rodzinnych domów dziecka. Pomijając fakt, że jest to dość sztuczna instytucja, bo przecież ni stąd ni zowąd w prywatnych domach tworzy się placówkę opiekuńczo-wychowawczą, robi się z jakiejś kobiety dyrektora, załatwia nipy, regony, pieczątki i rozliczenia, to jednak rodzinne domy dziecka są bardzo potrzebne. Większość dzieci, które tam trafiają, to rodzeństwa trzy- i więcej osobowe. Dla nich trudno znaleźć rodziny zastępcze i czasami rodzinny dom dziecka to jedyne wyjście.

   Jest to alternatywa dla domów dziecka.

   Tak, ale wiele spośród rodzinnych domów dziecka znajduje się w tej chwili w bardzo złej kondycji. Ja już nie mówię o kondycji materialnej, ale także wychowawczej. W pewnym momencie tworzono sporo tych domów, angażując osoby bez jakiegokolwiek przygotowania. A przecież w takim domu mieszka przynajmniej kilkoro dzieci z ogromnym bagażem złych doświadczeń, zaniedbanych, krzywdzonych, czasem molestowanych. Takie nagromadzenie problemów pod jednym dachem dla dwojga ludzi, z których jedno z reguły jeszcze pracuje zawodowo, bez wsparcia z zewnątrz jest trudne do udźwignięcia. Ci ludzie dość często wypalają się i jest sporo wypadków, kiedy im się nie udaje. Naszym zadaniem jest więc przygotowywanie kandydatów do prowadzenia rodzinnych domów dziecka oraz decydujących się na sprawowanie opieki zastępczej.

   W jaki sposób ich przygotowujecie?

   Obecnie w całym kraju prowadzimy program o nazwie PRIDE (w jęz. angielskim "duma"). Jest to jeden z dwóch funkcjonujących w Polsce tego typu programów, przygotowany niezwykle solidnie. W dużym stopniu może on ograniczyć zjawisko umieszczania dzieci w złych miejscach. Mam nadzieję, że dzięki temu programowi rozwinie się ruch na rzecz rodzinnej opieki zastępczej. W ramach tego programu ponad 1500 rodzin przyjęło dzieci, a więc jest to liczba znacząca. Chcemy przyzwyczaić opinię publiczną, że rodzina zastępcza to nie jest babcia czy dwie mulatki z filmu "Rodzina zastępcza", tylko dzieci, które trafiły do domu dziecka z różnych przyczyn i bardzo tęsknią do tego, żeby kogoś mieć i żeby ktoś się nimi zajął. Jednak taki opiekun musi spełniać pewne wymogi.

   Co jeszcze robicie?

   Kolejna sprawa to lobbing i uczestniczenie we wszelkich inicjatywach na rzecz wprowadzania zmian prawnych. Jest pewna grupa osób, ale mogę te osoby policzyć na palcach obu rąk, które od lat naciskają na zmiany w rozporządzeniach czy ustawie o pomocy społecznej, zmiany strukturalne prowadzące do zintegrowanego systemu pomocy dziecku i jego rodzinie. Należymy do nich również my. Robimy to, wykorzystując media. Dzieci czekają i trzeba im pomóc - każdy dzień spędzony w domu dziecka to dla wielu z nich ogromna tragedia. Dlatego nie zastanawiamy się, czy ktoś się na nas obrazi, kiedy mówimy np. o zamknięciu wszystkich domów dziecka. Każde nowe miejsce w rodzinie zastępczej, rodzinnym domu dziecka czy uleczonej rodzinie biologicznej to wielki zysk. O tym trzeba myśleć, a nie o tym, czy trzeba będzie pracować 40 zamiast 26 godzin.

   
Mamy też sporo nowych pomysłów. Pomagamy finansowo kilkudziesięciu publicznym i niepublicznym placówkom opiekuńczo-wychowawczym rocznie, a środki czerpiemy z różnych akcji medialnych. Niedługo na przykład rozpoczynamy akcję "Góra grosza" - w całym kraju dzieci będą zbierały groszówki, będziemy mieli też dziesiątą edycję "Pocztówki do Świętego Mikołaja". Przygotowujemy się do akcji o roboczym tytule "Dom dla dzieci", wzorowanej na akcji "Szkoła z klasą", prowadzonej przez "Gazetę Wyborczą". W ramach akcji będziemy przyznawać certyfikaty tym domom dziecka i podobnym instytucjom, które spełnią pewne wymogi, takie jak brak przemocy, odpowiedni, pozytywny i wzmacniający stosunek do dzieci i ich rodzin, indywidualne podejście do dziecka i wyposażanie go w takie umiejętności i możliwości, aby było w stanie wziąć odpowiedzialność za siebie, uczenie dziecka m.in. samoobsługi, podejmowania decyzji co do wydatków finansowych itd. Chcemy, żeby placówki z certyfikatem były "lansowane" przez media. To być może sprawi, że sponsorzy i organizacje pozarządowe będą chciały pomagać tylko takim domom.

   Co jest dla was największym problemem?

   Pieniądze na konkretne programy i na przeżycie, bo przecież nie możemy tego wszystkiego robić społecznie. Utrzymanie biura i kilku etatów to nieustający problem, np. ciągle musimy wstrzymywać pensje. Mam świadomość pewnych osiągnięć, ale mam też uczucie pewnego niespełnienia.

   Kto tworzy zespół Towarzystwa?

   Jest to siedmioosobowy zarząd i około dwustu członków. Najbardziej jesteśmy rozwinięci we Wrocławiu, gdzie mamy swój oddział i gdzie bardzo dobrze współpracuje nam się z władzami miasta.

   Z jakim instytucjami współpracujecie?

   Zmiany w systemie pomocy dziecku i rodzinie czy przekształcenia domów dziecka, znajdują duże zainteresowanie ze strony Rzecznika Praw Obywatelskich. Jest to człowiek o niezwykłej klasie, cieszący się wielkim autorytetem, w związku z tym jego działania są często bardzo skuteczne. Tam gdzie pojawi się Profesor Zoll i powie, że to warto wspierać, od razu zaczynają wiać lepsze wiatry. Rzeczywiście interesuje się naszymi problemami, odwiedza nasze mieszkania i rodzinne domy dziecka. Na pewno mamy jego poparcie. Poza tym organizuje wiele spotkań opiniotwórczych, jak np. spotkanie sędziów z Sądów Rodzinnych z kadrą domów dziecka. W sprawach indywidualnych naszych wychowanków najczęściej zwracamy się do Komitetu Ochrony Praw Dziecka.

   Bardzo dziękuję za rozmowę.

A.S.