Miłość erotyczna a przemoc

K.K.

Niebieska Linia nr 3 / 2001

Z PRAC STUDENTÓW Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej

Katedra Psychologii Uzależnień i Profilaktyki Przemocy Interpersonalnej SWPS prowadzi zajęcia fakultatywne i specjalizację z zakresu przemocy domowej. W kolejnych numerach przedstawiamy pisane przez studentów prace poświęcone tej problematyce, z nadzieją, że okażą się interesujące dla Czytelników NIEBIESKIEJ LINII i z prośbą o życzliwe potraktowanie ewentualnych potknięć warsztatowych.

Jerzy Mellibruda

 

   "Przemoc emocjonalna może być równie niszcząca dla psychicznego samopoczucia obiektu jak przemoc fizyczna, ponieważ rodzi takie same poczucie upokorzenia, lęku, bezbronności, frustracji i wściekłości". (Susan Forward & Craig Buck, 1991).
   Wiem o tym dobrze, bo od siedmiu lat żyję w związku, w którym jest przemoc. Mam 26 lat i starszego o czternaście lat męża. O nic w życiu tak nie walczyłam jak o ten związek. Niczego również tak bardzo nie żałuję. Teraz już nie obwiniam siebie za to, co się w nim dzieje i nie myślę, że dzieje się to za karę. Nadal jednak wstydzę się niektórych swoich zachowań. Teraz potrafię już zadbać o swoje samopoczucie psychiczne i wiem, gdzie szukać pomocy. Wiem, jak ciężko do tego dojść. Wiem, ile czasu i wysiłku potrzeba, żeby mówić głośno o swoich doświadczeniach życiowych i przyznać się do życia w destrukcyjnym związku. Także przed sobą.
   Miłość erotyczna oznacza układ między kobietą a mężczyzną, w którym występuje pewien rozdaj zależności emocjonalnej. Ale nie odnoszę tego określenia tylko do sfery seksu, bo pojęcie erotyki ma szersze znaczenie. W jego skład wchodzi też głębokie uczucie, zaangażowanie, zależność, współodpowiedzialność, potrzeba dotyku, ciepła, bezpieczeństwa. "Erotyczny" to, według Słownika psychologii, "ogólnie: seksualny lub libidialny. W szerszym użyciu może odnosić się do: (...) miłości w dowolnym jego przejawie". (Arthur S., Reber, 2000).
   Erotyzm to bliskość drugiej osoby - cielesna, ale też duchowa. I choć każdy ma pozytywne założenia i oczekiwania, to niekiedy późniejsze życie nie przypomina bajki. Większość ludzi, którzy nie zetknęli się z przemocą w rodzinie bezpośrednio, najczęściej utożsamia ją z bijatykami po alkoholu. Mówią: patologia i środowisko kryminogenne i że to rzadkość. Tymczasem pod pojęciem przemocy mieści się dużo więcej zachowań niż "zwykłe" pobicie. Zaczyna się na ogół od "popisów" słownych - wulgaryzmy, poniżenia, szantaż. Często jest to odbierane (szczególnie w okresie zalotów) jako demonstracja siły i przewagi mężczyzny - partnera. Nie na darmo mówi się, że miłość jest ślepa - nie zauważamy niektórych sygnałów, lub też opacznie je sobie tłumaczymy. Wybranek jest widziany jako silny typ macho. Taki bardziej podoba się kobietom niż uległy, miękki, kulturalny chłopiec, maminsynek, który nie potrafi zakląć bez zaczerwienienia. W ostatnich czasach daje się zauważyć tendencję do preferowania facetów w typie Lindy - brutal, ale jednak słodki. Wielokrotnie na ulicy, w kinie, na dyskotekach, zauważam młode dziewczyny wpatrzone z zachwytem w popluwającego, brudnawego, klnącego chłopaka. Pozwalają się ciągnąć, popychać, szturchać i prowadzić za szyję. Nie można popadać w skrajności, ale nieokazywanie kobiecie szacunku (także strojem, wyglądem, higieną, słownictwem) może prowadzić do innych, bardziej destrukcyjnych zachowań.
   "Istotą przemocy jest to, że buduje się ją na asymetrii sił - ktoś jest silniejszy, a koś słabszy. (...) W przemocy ta przewaga jest używana do wyrządzenia krzywdy (...)" (Jerzy Mellibruda, 1996). Na początku znajomości mężczyzna i kobieta wczuwają się w swoje role - stereotyp słabej kobietki i silnego, opiekuńczego Adonisa. Jej imponuje ktoś, kto siarczyście zaklnie, wyzywa kierowcę jadącego wolniej maluchem i rzuci się z pięściami do potencjalnego rywala. Jemu odpowiada jej ciągły zachwyt i akceptacja jego zachowań. Rośnie w jej i swoich oczach. W późniejszej fazie znajomości kobieta zaczyna dostrzegać, że ten doskonały facet wcale tak cudowny nie jest. To, co dotychczas jej się podobało i imponowało, teraz raczej przeszkadza. Nie można całe życie zachwycać się tańcem godowym. Mężczyzna zaczyna wyczuwać, że nie jest tak bezkrytycznie podziwiany i akceptowany. Zaczyna mu brakować ciągłego zachwytu - Nie sprawdzam się jako facet, ona mnie nie kocha, przestałem jej imponować. Co się stało? Przecież kiedyś było inaczej. Uwielbiała mnie i wszystko, co robiłem, podobało się jej. Zawsze robiła to, co chciałem. Muszę jej udowodnić, że nadal jestem ekstra. Niech nie myśli, że może mnie krytykować. Ja jestem lepszy od innych. Ja jej pokażę! I udowadnia sobie, że jest prawdziwym mężczyzną. Najczęściej robi to przez pokazanie siły fizycznej - na pewno jest silniejszy. Nie musi się specjalnie wysilać, a efekt jest natychmiastowy. Uderzę ją, za karę, tak jak się daje klapsa niegrzecznym dzieciom - ona popłacze - typowy objaw skrzywdzenia, pokazania, że czuje się źle. Na drugi raz zachowa się tak, jak chcę. Wie, że źle robi i spotka ją za to kara. Uwarunkowuje partnerkę.
   Jerzy Mellibruda (1996) pisze: "Najważniejszym motorem postępowania sprawcy - oprócz potrzeby rozładowania wzbierającej złości - jest rozpaczliwa, choć bardzo naganna moralnie, próba utrzymania swojej mocy i kontroli nad sytuacją. Akty przemocy zaspakajają jego wewnętrzną potrzebą poczucia się silnym".
   Piszę z punktu widzenia ofiary - kobiety. Jednak ofiarami są nie tylko kobiety. "Skala, w jakiej mężowie są ofiarami przemocy w swoich rodzinach, jest do pewnego stopnia kontrowersyjna. Większość autorów piszących o przemocy w rodzinie twierdzi, że niektóre kobiety mogą być agresywne w stosunku do swoich mężów, lecz ta forma przemocy nie jest tak powszechna jak przemoc wobec żon. Kobiety zazwyczaj działają w obronie własnej. Stosowana przez nie przemoc nie ma charakteru powtarzającego się i nie powoduje obrażeń. (...) mąż będący obiektem ataku, nie żyje w stanie stałego strachu".(Strategie postępowania z przemocą w rodzinie - podręcznik, 1993).
   Z własnego doświadczenia wiem, że kobieta ma niewielką szansę w walce fizycznej z mężczyzną. Nawet jeśli on jest wagi piórkowej i tak będzie silniejszy i sprawniejszy od partnerki. Mój mąż uderzył mnie trzy razy. I chociaż wiem, że może się to powtórzyć (jego zapewnienia, że nigdy tak się już nie zachowa, są nic niewarte), że boję się każdej awantury - nie umiem odejść. Dałam się wciągnąć w grę. Na początku w formie zabawy, własnego slangu, kodu, odzywaliśmy się do siebie, używając niecenzuralnych słów, np. "odpieprz się". Szturchaliśmy się i popychaliśmy, siłowaliśmy się na słowa i czyny. Nie widzieliśmy w tym nic złego. Ale później nie potrafiliśmy już inaczej odezwać się do siebie i zachować. Wciągnęła nas ta "zabawa". To jest jak spirala, jak domino, którego nie da się zatrzymać. Jedno zachowanie pociąga następne i kolejne, itd. Znieczuliliśmy się na brzydkie słowa i używamy ich nagminnie. Co ciekawsze, nie ranią aż tak bardzo - stały się codziennością. I choć mam świadomość, że tak być nie może - nie umiem przestać.
   Przemoc to nie tylko bicie - dla mnie tysiąckrotnie gorsze jest obrażanie ("ty debilu, kretynko"), poniżanie ("ty nawet dziecka nie umiesz urodzić, jesteś wyjałowiona jak gaza") docinki słowne, ubliżanie ("ty kurwo, suko, puszczalska"), pomniejszanie mojej osoby ("nie myśl, bo niewprawnym szkodzi"), groźby ("popamiętasz mnie, spróbuj jeszcze raz, a zobaczysz"), szykanowanie, kontrola (tysiące telefonów do domu, pracy), nieuzasadnione ataki zazdrości (każdy mężczyzna na ulicy to mój kochanek), awanturowanie się w domu, groźby zabicia, niszczenie domowych sprzętów, zdzieranie ubrania, wystawianie nago za drzwi, wyrzucanie z domu.
   Moje małżeństwo jest typowym przykładem trzech faz przemocy: narastania napięcia, wybuchu i "miodowego miesiąca". Tych dwóch pierwszych nikt poza mną nie widzi, natomiast świadkami "miodowego miesiąca" są wszyscy wokół. Dlatego przyjaciele i znajomi uważają, ze mój mąż jest doskonałym facetem. Robi zakupy, sprząta, gotuje, przynosi mi kwiaty i pierścionki. To bardzo mi przeszkadza w podjęciu jakiejś radykalnej decyzji. Boję się ludzkiego gadania. Boję się odrzucenia. Myślę, że ktoś, kto tego sam nie doświadczył, nie zrozumie. Stąd bierze się typowy, szeroko rozpowszechniony pogląd, że kobiety prowokują, tolerują, czy nawet lubią do pewnego stopnia, gdy ich mężowie stosują wobec nich przemoc. Nie lubią! Ale czasami wybierają partnera, który zagłusza swoje kompleksy, odreagowuje niepowodzenia w pracy, przenosi wzorce znane ze swojego domu rodzinnego.
   Do tej pory nie wierzyłam, że wybieramy partnera na wzór rodzica. A jednak tak jest. Szukamy zastępstwa. Po pierwsze, odgrywamy znane już role, mamy wzór postępowania w rodzinie (czasem jest to bardzo zły wzór), a po drugie czujemy się bezpieczniej, (co za paradoks!) w czymś znanym od lat. Nieświadomie powielamy schemat rodziców, a na nas wzorują się dzieci. I tak uczymy się przemocy w rodzinie. Oboje z mężem pochodzimy z rozbitych rodzin. Mnie wychowała nieszczęśliwa matka, a mojego męża rodzice po rozwodzie oddali do internatu. Oboje czuliśmy, że krzywdzą nas bliskie osoby, od których całkiem jesteśmy zależni i które bardzo kochamy. Przemoc stała się częścią doświadczenia naszego intymnego związku i odradza się we wzajemnych relacjach.
   "O przemocy w rodzinie wiemy, że największe szkody to nie rozcięte nosy i podbite oczy, tylko wyniszczenie psychiczne ofiar" - pisze J. Mellibruda. Przychylam się do tej opinii. Przede wszystkim dlatego (może to proste, infantylne rozumowanie), że rany, uderzenia, siniaki znikają, a blizny w pamięci i myśleniu pozostają. Dają o sobie znać nagle i są bardzo dokuczliwe. Kształtują życie. Myśli, uczucia i świadomość krzywdy dużo bardziej boli niż rany ciała.
   Kiedy ktoś, wydawałoby się bliski, upokarza nas, ubliża, krzyczy i wmawia nam beznadziejność - czujemy, jakbyśmy tracili kilka centymetrów siebie. Stajemy się malutkimi człowieczkami. Jeżeli zdarza się to często, codziennie, zaczynamy w to wierzyć. Już sami o sobie mówimy i myślimy źle. Nie doceniamy siebie. Nie mamy wiary we własne umiejętności i moc. Zaczynamy być bezwartościowym kawałkiem ciała. Sami nic nie znaczymy. Musimy mieć kogoś, kto nam pomoże, kto nas poprowadzi i pokieruje. Z tego najbardziej zadowolony jest sprawca. Wtedy czuje swoją siłę, utwierdza się w przekonaniu własnej wielkości, mocy, wartości. Wtedy jest panem sytuacji i nas - ofiar. W taki sposób dowartościowuje się, zagłusza kompleksy. A na niekontrolowaną agresję pozwala sobie, dopóki czuje się bezkarny. I to jest zamknięte koło.
   Najczęstszym objawem, który powstaje w wyniku długotrwałego przebywania ofiar w krzywdzącym związku, jest "wyuczona bezradność". Składa się z dwóch etapów: najpierw doznawane krzywdy i poniżenia wzbudzają protest, bunt ofiary (u mnie były to powroty do mamy, spanie u przyjaciółek albo w innym pokoju, wezwanie policji, ciche dni, rzucanie w męża różnymi przedmiotami, próby walki), a następnie - zwątpienie i poczucie bezsilności. Bo podjęte przez kobietę działania nie przynoszą efektu - agresor nie staje się nagle potulny, kochający, a świat nie staje się nagle lepszy. Małżeństwo trwa nadal. Nic się nie zmienia, a u ofiar budzi się poczucie winy za przemoc w związku. Kobieta zaczyna wierzyć, że to ona jest beznadziejna, głupia, mało inteligentna, nie potrafi stworzyć domu, (co przyjęło się uważać za jej obowiązek), nie spełnia oczekiwań męża, nie nadaje się do życia w rodzinie. Zaczyna myśleć, że nic nie da się zrobić, że nie może oczekiwać pomocy od nikogo, bo to ona sama jest winna. Popada w depresję. Nie może też oczekiwać zrozumienia otoczenia ("Dlaczego nie odejdziesz, jesteś masochistką, sama tego chcesz"). Tego rodzaju komunikaty pogłębiają depresję i bezradność.
   Przemoc w miłości erotycznej może wyrażać się też poprzez wymuszanie kontaktów seksualnych. Wiele ludzi nie zgadza się z istnieniem gwałtu w małżeństwie, bo przecież współżycie seksualne jest wpisane w przysięgę małżeńską. "Jednak obowiązek współżycia seksualnego w żadnym razie nie usprawiedliwia stosowania przymusu czy przemocy, gdyż słuszność celu nie zakłada jeszcze dowolności zastosowania środka. Rzecz ma się tak, jak w przypadku innych przestępstw, na przykład prawo do leczenia nie oznacza jeszcze, że można lekarz zmusić do zabiegu, przystawiając mu pistolet do głowy (...). Podobnie rzecz wygląda z gwałtem w małżeństwie. Sprawca odpowiada nie za to, że dąży do realizacji stosunku seksualnego, ale, że uczynił to w niewłaściwy sposób, użył niedozwolonego środka" (Irena Pospieszyl, 1994).
   Gwałt w małżeństwie istnieje. I jest o tyle dotkliwszy dla ofiary, że zadaje go bliska, kochana osoba, od której oczekuje się (wciąż) czułości, opieki, bezpieczeństwa. Pod tym pojęciem rozumiem nie tylko odbycie stosunku seksualnego, ale również jego formę. Gwałtem można nazwać akt, w którym jedyną ważną osobą jest sprawca (jego zaspokojenie), pomimo że może się to odbyć bez walki i użycia siły. Potraktowanie kobiety jako przedmiotu jest zadaniem jej gwałtu, upokorzeniem, pomniejszeniem do roli rzeczy.
   Nie czytałam o przypadkach zgwałcenia męża przez żonę. Dlatego piszę o gwałcie kobiecym. Kobieta nie ma prawie żadnych szans w starciu z podnieconym mężczyzną. Jest słabsza, mniejsza i przerażona sytuacją, sparaliżowana.
   Wiele kobiet unika seksu. Wiele kobiet unika seksu w małżeńskich, destrukcyjnych związkach. To taka nasza obrona. W taki sposób każemy sprawcę naszych cierpień. Wiem, że wielokrotnie kończy się to gwałtem. A już na pewno nie pomaga w poprawieniu wzajemnych kontaktów. Ale wiem też (czego najczęściej nie rozumieją panowie), że aby życie erotyczne nabrało barw - musi najpierw nabrać koloru cały związek. Musi zniknąć w nim przemoc i podział sił. Małżeństwo (czy jakikolwiek związek) to nie ring. Myślę, że stroną cierpiąca jest nie tylko ofiara - także sprawca nie czuje się dobrze w takim układzie (pomijam osoby patologiczne). Nikt nie jest szczęśliwy, kiedy w jego domu są łzy i smutek. Myślę, że w takich wypadkach pomocą psychologiczną trzeba objąć zarówno kobietę, jak i mężczyznę. I może trzeba będzie się rozstać.
   Bardzo boję się takiej decyzji. Nie tylko ze względu na przyzwyczajenie do pewnego standardu życia, na rozpad niektórych przyjaźni, na gadanie rodziny, na konieczność budowania wielu rzeczy od początku. Ale najbardziej boję się tego, że już przyzwyczaiłam się do pewnych zachowań, do gry, i nie będę umiała żyć inaczej. Boję się, że kolejny mój związek też nie będzie satysfakcjonujący, bo nie znam "normalnych" zachowań w małżeństwie. Jak już wspomniałam, w podejmowaniu radykalnych decyzji bardzo przeszkadza "miesiąc miodowy", nawet jeśli się wie o jego istnieniu. Pozwala na "mienie nadziei" i jest silniejszy niż racjonalizm.
   Przemoc w związkach intymnych istnieje i istnieć będzie, bo sami uczymy się takich zachowań od naszych rodziców i przekazujemy je naszym dzieciom. Trzeba jednak pamiętać, że przemoc najczęściej zaczyna się niewinnie i przejawia się w tych zachowaniach, których nie podejrzewamy o destrukcyjność. To, co na początku jest niewinną gierką, później może stać się prawdziwym przekleństwem. Przemocą są nie tylko rękoczyny, ale także wszelkie inne formy, wielokrotnie bardzo subtelnie przemycane, demonstrowania swojej siły i przewagi jednego partnera nad drugim, prowadzące do zadania bólu i wyrządzenia krzywdy. Nikt, poza jednostkami, nie rodzi się zły - tak zostaje natomiast ukształtowany przez doświadczenia swoje i swoich bliskich. Z przemocą można i należy walczyć. Niekiedy trzeba ratować siebie, swój spokój i równowagę psychiczną nie oglądając się na partnera. Czasem lepiej jest odejść. Trzeba przerwać chory układ i nie bać się o tym mówić. Dla mnie pierwszym krokiem była decyzja o przyznaniu się przed sobą do tego, co dzieje się w moim związku. Można popełniać błędy, ale trzeba też umieć je naprawiać.

K.K.