Primum non nocere

Małgorzata Jodko

Niebieska Linia nr 4 / 1999

Z Ryszardem Praszkierem, licencjonowanym psychoterapeutą i superwizorem, rozmawia Małgorzata Jodko

   Jesteś jedną z osób, które około 20 lat temu stworzyły Osiedlowy Ośrodek Pomocy Psychologicznej Synapsis. Powstawał on niemal równolegle z zasiedlaniem jednej z największych podwarszawskich dzielnic mieszkaniowych, Ursynowa i służyć miał lokalnej społeczności. Początkowo w centrum waszego zainteresowania były przede wszystkim dzieci i młodzież, a zatem w sposób naturalny - rodzina. Wiem też, że byłeś współautorem Programu przeciwdziałania przemocy w rodzinie (fizycznej i seksualnej przemocy wobec dzieci) zainicjowanego wiosną 1991 roku. Co myślisz w tej chwili, z perspektywy czasu, na temat tego co wtedy robiliście?

   To samo co myśleliśmy wtedy: że nie można wzbudzać ludzkich nadziei, szczególnie tych osób, które potwornie cierpią, dopóki nie ma naprawdę czegoś konkretnego, realnego do zaproponowania. Wtedy też najpierw próbowaliśmy zbudować zaplecze, czyli stworzyć lokalny system współpracy służb społecznych. Odbył się cykl spotkań. Wydaliśmy szereg informatorów: oddzielny dla nauczycieli, dla rodziców, dla lekarzy, dla pracowników społecznych. Ponieważ baliśmy się jak ognia, że przyjdzie taka rodzina i okaże się, że zupełnie co innego robi się na policji, co innego robi prokurator, co innego lekarz itd.
   Ale ten program nie zakończył się happy endem. Musieliśmy go zamknąć, ponieważ nie udało się stworzyć sieci współpracy, co było podstawowym założeniem programu. Po prostu nie udało się opanować systemu. Ciągle zmieniali się policjanci, nauczyciele i pracownicy socjalni. Prawo było kompletnie dziurawe. Na przykład lekarz nie miał obowiązku zgłaszania faktu pobicia dziecka do prokuratury. Bywało zwykle tak, że lekarz jedynie posyłał posiniaczone dziecko do szpitala. A tam też nic z tym dalej nie robiono. Co najwyżej dzwoniono do nas i dopiero my zaczynaliśmy sprawę. A dla nas było szalenie niewygodnie rozpoczynanie naszego udziału w procesie pomagania od stwierdzenia: u was jest przemoc.
   W USA każdy, kto dowiaduje się o przemocy wobec dziecka - nauczyciel, ksiądz, lekarz - ma ustawowy obowiązek natychmiast zgłosić to na policję. Policja interweniuje, ma swoje procedury, zapewnia bezpieczeństwo. Dopiero po ujawnieniu i powstrzymaniu przemocy zaczyna się terapię rodziny czy jakiekolwiek oddziaływania psychologiczne. U nas to było postawione na głowie: nikt nie chciał zgłaszać sprawy! Nikt nie dbał o bezpieczeństwo dziecka! Przemoc wobec niego trwała nadal, więc w końcu my ujawnialiśmy całą sprawę. Spotykaliśmy się z rodziną i często dochodziło do strasznych awantur, bo to właśnie przy nas mąż po raz pierwszy się dowiadywał, że ktoś z rodziny w ogóle gdzieś był i że przemoc została odkryta. Ale ponieważ nie było żadnego wsparcia, facet dalej terroryzował rodzinę. Czasami jeszcze bardziej.
   Było tylko kilka przypadków, kiedy udało się skoordynować współpracę służb i te przypadki poprowadziliśmy z dużym sukcesem. Nie dopuściliśmy do tego, żeby sprawca się wywinął. Mówiliśmy mu wprost, że to jest nawyk, że to jest przymus, że to będzie się powtarzać, że dla jego własnego dobra i dobra dziecka nie ma sensu temu zaprzeczać, tylko poddać kontroli społecznej i zabezpieczeniom tak, by nie mogło dojść do kolejnych aktów przemocy. Sieć współpracy służb była szczelna, nikomu z rodziny nie udało się w żaden sposób wyślizgnąć. Jednak przede wszystkim zabezpieczaliśmy interes dziecka, np. gdzieś je umieszczając na jakiś czas (mieliśmy umowę z ogniskami młodzieżowymi dziadka Lisieckiego). Potem mogliśmy prowadzić spotkania z dzieckiem, z matką, nawet ze sprawcą, nawet ze wszystkimi razem. Ale uważam, że jakiekolwiek miękkie interwencje psychologiczne przed zabezpieczeniem interesu dziecka od strony formalno-prawnej, a nawet represyjnej, nie mają najmniejszego sensu, są tylko sankcjonowaniem opresyjnej sytuacji! Dziecko przecież wie, że choć ono przychodzi na rozmowy, przychodzi mama i babcia, nawet tata spotyka się z psychologiem, to i tak przemoc się powtarza, a zatem wszyscy ci rozmawiający dorośli tak naprawdę są w zmowie... To jest bardzo niebezpieczne.

   Dlaczego?

   Dziecko doznające przemocy w rodzinie żyje w grze pozorów i to jest druga trauma, po agresji fizycznej czy wykorzystaniu seksualnym. Nie ma tego typu rodziny, w której nie byłoby gry pozorów i oszustwa. I ta gra jest również niebezpieczna jak bezpośrednie sprawstwo. Szczególnie, że jest w nią uwikłana najczęściej trzecia osoba, czyli matka, jeżeli sprawcą jest ojciec. Bo przecież ta matka też usiłuje sprawę jakoś zatuszować, żeby to nie było widać, żeby się o tym się nie mówiło, żeby zrobić wszystko, aby rodzina się nie rozpadła. Gdyby jakaś opresja (np. przemoc fizyczna) zaistniała w sposób czysty, to nie byłoby to tak straszne i destrukcyjne dla osobowości dziecka. Pan Bóg stworzył nas tak, że jesteśmy w stanie przeżyć niejedną traumę - musimy przeżyć śmierć naszych bliskich - bo inaczej wyginęlibyśmy jako gatunek. Nie zrobił natomiast nic, żeby nas uodpornić na grę pozorów i kłamstw, która towarzyszy traumie. Zwykle bywa tak, że grunt usuwa się dziecku spod nóg nie kiedy zostaje ofiarą przemocy, bo wtedy jeszcze można pomóc, można odreagować, można znaleźć wsparcie... Ale właśnie! Jeżeli ma wsparcie! Na przykład w matce, która opuszcza dom, trzaska drzwiami, zakłada sprawę sądową, ojca aresztują itd. To jest tragiczne, ale jest to czysta rozpacz, czyste rozstanie z ojcem, bo oczywiście tego ojca żal. To bardzo ciężkie i trudne do zniesienia przeżycie, ale znacznie mniej destrukcyjne dla psychiki dziecka niż utrzymywanie wieloletniej gry pozorów. Zatem pierwszym warunkiem w pracy z rodzinami uwikłanymi w przemoc jest zabezpieczenie rodziny, tak aby nie powtarzała się sytuacja opresyjna. Musi być zabezpieczenie formalno-prawne, fizyczne po prostu: albo zabranie dziecka z domu, albo posyłanie raz dziennie policjanta... Sprawca przemocy przypomina osobę uzależnioną. Może pracować, robić różne rzeczy dla dobra rodziny, być miłym i dobrym człowiekiem, ale co jakiś czas nie wytrzymuje. Nie ma takiej możliwości, żeby sam sobie poradził. Musi mieć zewnętrzną kontrolę.
   W jednych z amerykańskich badań na temat sprawców przydzielano ich losowo albo do grupy z psychoterapią i rozmowami z psychologiem albo do grupy, gdzie wkraczała policja i stosowała policyjne metody: sprawcę aresztowano, trzymano 48 godzin itd. I okazało się, że zero poprawy było w tej psychologicznej grupie, zero!, podczas gdy znacząca ilość popraw była w tej drugiej.
   W momencie opętania przymusem, nie można wyjść z tego samemu. To jest strasznie trudne. Trzeba sięgnąć jakiegoś dna, odbić się od czegoś. Przy czym ludzie, którzy wychodzą z narkomanii sami sięgają jakiegoś dna i w którymś momencie widzą, że już dalej nie można, a tutaj jakiego dna można sięgnąć? Już się sięgnęło wszystkiego. Sięga się jeszcze raz i jeszcze raz, po dziecko. Dopóki się tego nie uniemożliwi. Dosłownie.
   Te dobre ciocie, które się tym zajmują tak, że porozmawiają z rodziną, potem przytulą dziecko i znowu porozmawiają z mamą, robią strasznie złą robotę, gdyż tak naprawdę, nie wiedząc o nieuniknionym nawrocie przymusu, wchodzą w grę pozorów. W oczach dziecka jeszcze jeden dorosły zaczyna grać w tę niezwykle subtelną grę polegająca na ukrywaniu jego krzywdy. A tymczasem zachowanie sprawcy jest powtarzalne, odnawialne. Nie wolno liczyć na żadne cudowne wyleczenia, na żadne obiecanki, że "już nigdy tego nie zrobię", że "rzeczywiście to złe" i wszyscy zadowoleni idą do domu, bo nastąpiła poprawa i wypis z poradni. To oznacza tyle, że skazujemy tę rodzinę na dalszą, powtarzającą się traumatyczną sytuację, która trwa miesiącami i latami z towarzyszącą jej grą pozorów. A to jest znacznie gorsze niż jednorazowy ostry stres. Dziecko nie zna innego świata i uczy się żyć w takim świecie, gdzie się udaje, gdzie się kłamie, gdzie tego, co się dzieje, nie ma.

   Od tych, którzy mają zamiar pracować z rodzinami, w których maltretowane są dzieci, wymagasz zatem rzetelnej wiedzy o zjawisku maltretowania dzieci, przygotowania zaplecza, ostrożności, wyobraźni w przewidywaniu skutków tego co robią, żelaznej konsekwencji... Niemało.

   Tak. Bo wiem jakie skutki ma tu zła robota. Wiem też, jak silną potrzebę zrobienia czegokolwiek w obronie dziecka wywołuje świadomość, że jest maltretowane. Niestety wiem też, że to "cokolwiek" częściej przynosi ulgę sumieniu dorosłego niż ratuje dziecko. A w tej dziedzinie szczególnie ważna jest zasada primum non nocere - przede wszystkim nie szkodzić!

Małgorzata Jodko