Nadużywanie siebie

Agnieszka Czapczyńska

Niebieska Linia nr 2 / 1999

Sama dla siebie stałam się niezrozumiałym kłębkiem ambiwalencji i niejasności.

Myślę, że kobiety w mojej rodzinie mają skłonność do nadużywania samych siebie. Moja matka ma kochającego męża, dom i dwie córki. A jednak zawsze jest czymś przygnębiona. Moja starsza siostra jest dojrzałą, piękną kobietą, która świetnie sobie radzi w życiu. Mimo to wciąż czuję w niej smutek. Wydawało mi się, że ja jestem najwyraźniej ulepiona z innej gliny. Umiem cieszyć się życiem i robić w życiu to, na co mam ochotę. Wszystko zmieniło się, kiedy założyłam własną rodzinę i urodziłam dziecko. Po wielu miesiącach bycia żoną i matką zorientowałam się, że idę ścieżką wszystkich kobiet w mojej rodzinie. I jestem coraz smutniejsza.

Chciałabym opowiedzieć o macierzyństwie.

Jeszcze zanim urodziło się moje dziecko, pragnęłam być najlepszą matką pod słońcem. Od początku ciąży robiłam wszystko, co wydawało mi się najwłaściwsze dla mojego maleństwa. Przez pierwszy rok po urodzeniu dziecka byłam całkowicie skoncentrowana na moich nowych obowiązkach. Czułam się szczęśliwa i całkowicie spełniona. Mój rosnący syn odwdzięczał mi się za wszystkie poniesione trudy. Czasem dziwiło mnie, jak inne kobiety w mojej sytuacji znajdują czas na czytanie książek czy pracę zawodową. Ja byłam zajęta od rana do nocy karmieniem, przewijaniem, spacerkami, sprzątaniem.

Teraz widzę, że pierwszym nadużyciem, jakie zrobiłam wobec siebie w tamtym czasie, było poddanie się bezlitośnie perfekcyjnemu obrazowi "dobrej mamy". Ten czas, który mogłam poświęcić sobie, wypełniało mi prasowanie malutkich ubranek czy pucowanie mieszkania. W pierwszych tygodniach życia dziecka miało to sens, ale teraz widzę, że przez kolejne miesiące robiłam to tylko po to, żeby przekonać samą siebie, jak dobrze sprawdzam się w roli mamy. Z osoby nie przywiązującej zbyt dużej roli do sprzątania zamieniłam się w obsesyjną higienistkę. Wynikało to przede wszystkim z lęku, że będę nie dość doskonałą, przewidującą i porządną matką mojego syna. Z miesiąca na miesiąc czułam się coraz gorzej w tym sztywnym scenariuszu.

Apogeum złego samopoczucia nastąpiło kiedy przestałam karmić piersią. Mój syn z dnia na dzień zaczął się stawać bardziej niezależny ode mnie. Mogłam już bez strachu zostawić go pod opieką innej osoby i zająć się czymś własnym. I wtedy zaczęłam uświadamiać sobie, że cenne godziny "wolności" tracę na robienie rzeczy w gruncie rzeczy nikomu niepotrzebnych - kolejne mycie okien czy mało interesujące mnie zajęcia zarobkowe, które nic znaczącego nie wnosiły do naszego domowego budżetu.

Moje uczucia nie dały się jednak długo oszukiwać. Coraz trudniej mi było dorównać obrazowi "dobrej mamy", która wszystko oddaje tym, których kocha, jest zawsze wyrozumiała i cierpliwa oraz gotowa do wszelkich wyrzeczeń. Ja na przekór własnym wysiłkom zaczęłam robić się zniecierpliwiona, na przemian smutna lub zła. Czułam się bardzo winna z tego powodu. Chyba po raz pierwszy zobaczyłam, że odtwarzam postawę mojej własnej matki, czyli stawiam potrzeby ludzi, których kocham, na pierwszym planie, zza którego nie dostrzega się już samej siebie. Niepostrzeżenie doprowadziłam się do stanu, w którym straciłam orientację co do własnych uczuć, tęsknot i aspiracji. Byłam świadoma zmieniających się potrzeb i uczuć mojego dziecka, a sama dla siebie stałam się niezrozumiałym kłębkiem ambiwalencji i niejasności.

Jestem głęboko przekonana, że miłość nie wymaga ofiar. W mojej rodzinie scenariusz bycia matką wymagał rezygnacji z siebie. Myślę, że jest to nie do końca nazwane przekonanie funkcjonujące w wielu rodzinach. Przypomina mi się ekranizacja powieści Brandysa "Matka Królów". Tytułowa bohaterka jest ucieleśnieniem naszych narodowych przekonań na temat macierzyństwa - twardo stojąca na straży domowego ogniska, rezygnująca z osobistych planów na rzecz dzieci, żyjąca tylko marzeniami o przyszłości synów - tak jakby ona sama nigdy nie liczyła się w tym wszystkim. Zawsze poruszało mnie piękno tej postaci, jej ciepło i zarazem ogromna, kobieca siła. Dopiero teraz wiem, że podążanie taką drogą zmusza do wyparcia się wielu uczuć, marzeń i planów.

Innym źródłem nadużyć wobec samej siebie stały się w moim życiu przekonania na temat mężczyzn oraz tego, jaką mam być żoną. Kiedy wychodziłam za mąż, moja siostra oraz najukochańsza przyjaciółka (obie nie znają się prawie wcale) przestrzegały mnie przed zasadzkami życia po ślubie. Chodziło im o to, żebym zawsze starała się dbać o niezależność finansową oraz pamiętała o zabezpieczeniu swoich interesów. W końcu nigdy nie wiadomo, kim okaże się za parę lat mój mąż...

W tamtym momencie wydawało mi się to neurotycznym idiotyzmem, ale kiedy urodziłam dziecko, odkryłam także w sobie ten lęk - lęk przed utratą partnera i samotnym szamotaniem się z trudami macierzyństwa. W mojej konkretnej sytuacji życiowej nie miało to na szczęście żadnej racji bytu, a jednak mimo to czułam wewnętrzny przymus szybkiego powrotu do pracy i zarabiania własnych pieniędzy. Czułam się rozdarta między głęboką potrzebą bycia jak najdłużej z dzieckiem, a nakazem zadbania o swoją samodzielność. Bo przecież teraz jest dobrze, ale za parę lat....

Odkryłam, że za tymi obawami stoi wiele przekonań dotyczących natury mężczyzn. Racjonalnie wydają mi się bez sensu, ale dostrzegłam w głębi duszy szereg "seksistowskich" przeświadczeń:

Pochodzę z pełnej, stabilnej rodziny, w której nigdy nie zetknęłam się z problemem alkoholowym, a jednak mój świat ukrytych przekonań jest jakby żywcem wzięty z horroru o mężu alkoholiku. Równocześnie przy całym tym zestawie antymęskich poglądów, dostrzegłam też inne, równie paraliżujące i lękotwórcze przekonanie: jeśli nie spełnisz oczekiwań swojego partnera, możesz go stracić. Ta myśl hamowała złość, jaka mogłaby pojawić się w różnych momentach naszego wspólnego życia i najprawdopodobniej pomogłaby ułożyć je w przyszłości w bardziej harmonijny sposób. Sądzę, że w sytuacji wielu kobiet przekonanie to zmusza do jeszcze drastyczniejszych wyrzeczeń, oddzierając je całkowicie ze spokoju ducha, a czasami i ciała.

Nadużywanie siebie nigdy nie prowadzi do bliskiej i satysfakcjonującej więzi ze swoim partnerem czy dzieckiem.

A.C.