Sposób na bezpieczną szkołę

Lucyna Bojarska

Niebieska Linia nr 6 / 2006

Szkoły coraz częściej szukają na zewnątrz pomocy w zapobieganiu przemocy rówieśniczej. Zdesperowani dyrektorzy sięgają po psychologów, policjantów, pracowników organizacji pozarządowych specjalizujących się w przeciwdziałaniu temu zjawisku. To dobrze. Jednak najczęściej wcale się to dobrze nie kończy.

Problem leży w specyfice szkoły, w tym, że choć każdy z nas chodził do niej przez co najmniej 12 lat, to właściwie nikomu nie udało jej się zgłębić w stopniu wystarczającym, by bez przygotowania strategicznego, z marszu, ogarnąć wszystko, co się w niej dzieje, a ma znaczenie dla zjawiska przemocy. I dlatego większość takich konsultacji nie przynosi pełnej satysfakcji zainteresowanym. I warto to zmienić. Dlatego zdecydowałam się spisać kilka przemyśleń, które wynikają z mojej praktyki. Mam nadzieję, że odezwą się inni Czytelnicy, którzy zechcą zabrać głos na ten temat.

Jaka szkoła?

Przemoc rówieśnicza istniała zawsze. Wcale nie wymyśliły jej współczesne dzieci. Nie ma też żadnych naukowych dowodów na to, że młodzież jest obecnie coraz bardziej agresywna. Co się w takim razie zmieniło, że dawniej nikt nie bił na alarm, a prasa nie pisała o agresywnych uczniach? Otóż zmienili się dorośli i ich podejście do agresji wśród dzieci. Do końca lat 80. ubiegłego wieku byliśmy szykowani do wojny (lub kolejnego powstania). Wszyscy byliśmy przekonani, że ona prędzej czy później nastąpi. Dlatego dzieci musiały być twarde, bojowe, umieć walczyć o swoje. Rozwiązywanie konfliktów przy pomocy pięści było w porządku; w drodze pojedynku – gwarantowało szacunek i w domu, i wśród nauczycieli. Za to nie wolno było skarżyć, rozwiązywać swoich problemów rękoma dorosłych. Należało bić się i zwyciężać. Lebiega, choćby nawet miał najlepsze wyniki w szkole, był traktowany co najmniej lekko pogardliwie. Jeśli go nikt nie
zaczepiał, to tylko z powodu pogardy. Rodzice, którzy wychowali takie dziecko, mieli poczucie, że się nie sprawdzili, że coś zrobili źle. A na pewno – dziecku wyrządzili krzywdę. Bo nie da sobie rady. I jest niepełnowartościowe.

Wiele się zmieniło od tamtej pory. Nasz problem rozwiązaliśmy bez powstania i uwierzyliśmy, że wszystkie problemy można rozwiązywać pokojowo. Już nam nie zależy na tym, żeby nasze dzieci były twarde i agresywne. Ich zwycięstwo pod trzepakiem nie wprawia nas w euforię. Wręcz przeciwnie – wpadamy we wściekłość, bo wiemy, że teraz nie da się iść przez życie rozbijając innym nosy. Powodzenie w życiu zależy od zestawu zupełnie innych umiejętności. I staramy się je wpajać swoim dzieciom.

Tego samego podejścia rodzice żądają od szkoły. A szkoła nie jest do tego przygotowana. Bo dla niej to jest prawdziwa rewolucja. Nauczyciele, jak wiadomo, w mniejszym stopniu uczą się metod pracy i postaw zawodowych w toku studiów, w większym – dziedziczą je po swoich własnych nauczycielach. A ich nauczyciele bojowość dzieciaków uważali za wartą podtrzymania i rozwinięcia. Taki wzorzec postępowania przekazali swoim następcom. I ci się gubią...
To przede wszystkim jest powodem tego, że nauczyciele boją się uczniów – są zdezorientowani, zagubieni. Znaleźli się między młotem żądań środowiska a kowadłem własnego braku wiedzy i umiejętności, które pozwoliłyby tym oczekiwaniom sprostać.

W dodatku stają przed mnóstwem zgoła zasadniczych problemów, które dawniej rozwiązywały się same. Na przykład: jak zarządzać sporymi liczebnie grupami, które nie są zwarte i nie tworzą żadnej struktury, które na dobrą sprawę wcale nie są grupą?

Fala

Niektóre szkoły wcale nie chcą likwidacji przemocy, szczególnie fali, bo podobnie jak w wojsku, jest to niezwykle skuteczna metoda okiełznania najmłodszego rocznika: przerażeni, sterroryzowani pierwszoroczni łatwiej ulegają kadrze, zdyscyplinowanie ich wymaga znacznie mniejszego wysiłku. Łatwiej też tolerują przemoc i akty niezrozumiałej niesprawiedliwości ze strony nauczycieli. Głównie dzięki temu, że istnienie fali sprawia, że hierarchia szkoły staje się bardzo wyrazista, łatwa do ogarnięcia (dyrekcja – nauczyciele – ostatni rocznik – środkowy rocznik – długo, długo nic – koty). Dlatego w wielu szkołach fala staje się istotnym elementem tzw. ukrytego programu wychowawczego. To dlatego pierwszaki, które za żadne skarby nie chciały podporządkować się fali, a szczególnie te, które w oporze przed nią były wspierane przez rodziców, usuwano ze szkoły: pod rozmaitymi pretekstami skreślano ich z listy uczniów lub „życzliwie radzono” rodzicom, żeby sami zabrali papiery, bo kiedy już skreślenie będzie na piśmie – żadna inna szkoła nie przyjmie dziecka.
W większości wypadków rodzice przenoszą swoje dzieci do innej szkoły, nim afera osiągnie aż taki poziom. I większość z nich stara się robić to jak najciszej, ponieważ kiedy się na to decydują, ich dziecko bardzo często ma już przypiętą łatkę łobuza, a oni sami – rodziców konfliktowych, chroniących niezdyscyplinowane, agresywne dziecko.

Fala może działać tylko w tych placówkach, gdzie ma poparcie znacznej większości kadry. Tam, gdzie większość nauczycieli sprzeciwia się jej, jest bardzo szybko wygaszana. Bo fala nie może działać w próżni, bez oparcia w „wyższych warstwach” hierarchii. Mało tego – dzieci bardzo chętnie zamieniają falę na inne formy działalności organizacyjnej, w których będą mogły współpracować z dorosłymi. Dotyczy to szczególnie tych uczniów, którzy zajmują wysokie pozycje w hierarchii fali.

Przekształcenie tej formy zachowania w inną jest znacznie łatwiejsze niż zbudowanie organizacji od zera. Jestem o tym przekonana, bo stworzenie efektywnego i cieszącego się autorytetem skrzyżowania samorządu uczniowskiego z bandą (w rozumieniu Baden-Powella) w takich warunkach wyjściowych zajęło mi niecałe dwa tygodnie. A wiem o przypadku zbudowania na bazie fali świetnej drużyny harcerskiej w ciągu... trzech dni.
Dlaczego to tak szybko działa? To proste. Przechwytuje się gotową strukturę społeczną, gotowe autorytety, już wcześniej wyodrębnionych „aktywnych społecznie”; wspólnie z nimi ustala się, kto komu będzie podlegał, kto z kim będzie współpracował; oferuje się im trzy rzeczy niesłychanie dla nich ważne: zachowają dotychczasową władzę, będą mogli działać dynamiczniej, działania destrukcyjne zamienią na konstruktywne. W ten sposób zyskują w kilku kategoriach, ale przede wszystkim podnosi to ich samoocenę i uznanie społeczne. Dzieci wchodzą w to łatwo. Głównym problemem jest... osoba wychowawcy, który pokieruje tym procesem i będzie umiał moderować go dalej. Nie dość silny, próbujący pracować z wyselekcjonowanymi, najsilniejszymi w szkole osobowościami – po miodowym miesiącu „da ciała”. Bo taka grupa intensywniej niż inne prowadzi stałą weryfikację kadr – co rusz wychowawca będzie musiał potwierdzać swoje prawo do określania wzorców zachowań, norm itd.

Profesjonalna ochrona

Można się długo borykać z problemami, które pojawiają się w szkole. Można się nimi zamartwiać, szukać sposobów zaradzenia, ściągać konsultantów, szkolić kadrę, opracowywać programy naprawcze i profilaktyczne. A można nałożyć na rodziców kolejny szkolny podatek, zatrudnić fachowców na stałe i mieć sprawę z głowy. I to tak dalece, że można nawet... nie przyjmować skarg na to, co wydarzyło się w szkole.

Damian, uczeń LO, został „skrojony”, kiedy wszedł do toalety. Zabrano mu discmana, trzy płyty i pieniądze na opłacenie obiadów za cały miesiąc. Matka zgłosiła to dyrektorowi. Był nieprzyjemny i nie miał ochoty rozmawiać. Szkoła ma profesjonalną ochronę i monitoring z wielu kamer. Wszyscy wiedzą, ile to kosztuje. I już nic więcej nie da się zrobić. Była propozycja, żeby założyć kamery również w toaletach, ale rodzice nie chcieli się zgodzić na dodatkowy wydatek. I to są skutki. Podobnie były traktowane wszelkie skargi na kradzieże lub przemoc, zgłaszane przez rodziców na zebraniach – to wina uczniów (bo tacy są) i rodziców (bo nie chcą ponieść dodatkowych kosztów). I zawsze padały propozycje, co jeszcze można objąć profesjonalną ochroną.
Szkoły, które bezpieczeństwo uczniów powierzyły wyspecjalizowanym firmom, są z takiej decyzji zadowolone. To, czy koszty ponoszone w związku z tym przez rodziców w rzeczywisty sposób wpływają na poprawę bezpieczeństwa, nigdy nie zostało zbadane. Wiadomo, że w istotny sposób wpływają na poczucie bezpieczeństwa.

Myślę, że warto tu umieścić dodatkowe ostrzeżenie. Z tymi szkołami współpracuje się najtrudniej, bo one mają luksusowe poczucie „odfajkowania problemu walki z patologiami”. I tak na wszelki wypadek, dla świętego spokoju, od czasu do czasu fundują jakąś pogadankę, prezentację, coś nieszkodliwego. Jedyne, co można o nich powiedzieć z całą pewnością, to to, że starają się być jak najbardziej hermetyczne.

W całej swojej karierze poznałam tylko jedną ściśle chronioną szkołę, w której prowadzono rzeczywistą działalność wychowawczą i profilaktyczną. Dyrektor odziedziczył dobrodziejstwo krat, kamer i strażników po swoim poprzedniku. Zostawił, bo inaczej wywołałby rewolucję. Tyle, że zagroził zerwaniem umowy z firmą ochroniarską, jeśli strażnicy będą codziennie się zmieniać. Może ich być najwyżej dwóch. Muszą szybko nauczyć się rozpoznawać uczniów i przede wszystkim – być sympatyczni. I od paru lat nie pozwala właścicielowi firmy przedstawić rodzicom kolejnych „koncepcji unowocześnienia i usprawnienia systemu ochrony”. Twierdzi, że szkoła nie może funkcjonować jak więzienny oddział dla szczególnie groźnych bandytów. Wszystkie kraty pomalowano na piękny, głęboki błękit.

Inne rozwiązania

Czy identyfikatory zwiększają poziom bezpieczeństwa w szkołach? Tak! W dodatku najlepiej służą podnoszeniu poczucia bezpieczeństwa wśród pierwszaków. Po to je wymyślono.

Pomysł wprowadzenia w szkołach identyfikatorów przeniesiono do nas ze szkół na Zachodzie. Tyle tylko, że wprowadzający chyba nie do końca słuchali tych, którzy im je rekomendowali. Otóż na Zachodzie identyfikatory są stosowane w dwóch różnych funkcjach, dla dwóch bardzo różniących się typów szkół. W wielkich amerykańskich molochach obsługujących trudne wychowawczo dzieci z tzw. złych dzielnic, gdzie wszędzie są umieszczone kamery, po korytarzach chodzą uzbrojeni ochroniarze, w wejściach instaluje się bramki do wykrywania metalu, a i tak co jakiś czas dochodzi do walk między gangami,
bywa wprowadzany również obowiązek noszenia przez uczniów identyfikatorów. Ma ułatwić rozpoznawanie sprawców przestępstw i ewentualnych ofiar (bo te też nie zawsze są skłonne współpracować z personelem lub wezwaną policją). Zdania na temat przydatności tego środka są podzielone.
Drugi typ szkół, który, jak wiem, stosuje identyfikatory, to szkoły, które chcą, by uczniowie, którzy dopiero rozpoczynają naukę, czuli się jak najbezpieczniej, napotykali na jak najmniej trudności w adaptacji w nowym miejscu i środowisku. Dlatego przez pierwsze parę miesięcy w każdym roku szkolnym identyfikatory noszą wszyscy... pracownicy szkoły (kadra nauczycielska i pozostały personel) i właśnie pierwszoklasiści. Ci ostatni po to, by każdy „stary” użytkownik szkoły mógł bez trudu rozpoznać kogoś, na kogo trzeba zwracać uwagę – po to, by w razie potrzeby pomóc w jakichś drobnych, przejściowych trudnościach.
O tym zastosowaniu identyfikatorów moja znajoma, która brała udział w wizycie studyjnej w kilku amerykańskich szkołach, opowiadała kilkanaście lat temu, kiedy pełniłam funkcję warszawskiego rzecznika praw ucznia. Temat był gorący, bo w wielu stołecznych szkołach na gwałt wprowadzano wtedy obowiązek noszenia przez uczniów identyfikatorów, które miały zapobiegać przenikaniu do szkół dealerów narkotyków. To, że nie ochronią, było widoczne gołym okiem, tym bardziej, że większość szkół miała już wtedy własne, sprawnie działające sieci dealerów wewnętrznych – uczniów, a w paru przypadkach nawet pracowników.

Mapa czarnych punktów

Każda szkoła ma swoją własną specyfikę, wynikającą i z osobowości dzieci, i pracowników, ze sposobu, w jaki jest zarządzana, z otaczającego ją środowiska i z jej własnej architektury, która – o czym często zapominamy – o wielu rzeczach przesądza lub wydaje się przesądzać. To wszystko trzeba uwzględnić, jeśli chce się stworzyć szkołę naprawdę bezpieczną, wolną od przemocy.

Ćwierć wieku temu, kiedy byłam jeszcze nauczycielskim narybkiem, pewien wytrawny pedagog, tłumaczył mi: „Klimat wychowawczy to rzecz najważniejsza. Ale jeśli chce się, by dzieci nic złego nie robiły, to nie mogą mieć gdzie i kiedy tego robić”. Coś w tym jest. Kto był dzieckiem, ten bez trudu jest w stanie uświadomić sobie, że badanie świata pod kątem co, gdzie i kiedy można by zmalować (chociaż w większości przypadków bez świadomej złej intencji), bywa ulubioną formą aktywności. U sporej części populacji na takich właśnie badaniach polega ten okres rozwojowy. Może teraz u mniejszej niż dawniej, ale nadal istotnej statystycznie.

Najprostszą drogą do określenia tego „gdzie i kiedy”, jest zebranie informacji o tym, co złego dzieje się w szkole, gdzie i kiedy, i uporządkowanie tego w postaci „mapy czarnych punktów”. Wbrew pozorom wcale nie jest to proste zadanie. Przede wszystkim dlatego, że nie możemy liczyć na to, że ktoś w szkole ma pełną wiedzę o tym, co złego się w niej dzieje. Nawet po jakiejś straszliwej aferze, kiedy nauczyciele zaczynają zbierać i wymieniać takie informacje, może nie wypłynąć wszystko. Dlatego badaniem trzeba objąć wszystkich – nie tylko nauczycieli. No i najważniejsze: najwięcej na ten temat wiedzą uczniowie. Ale nie wystarczy rozmawiać z samorządem.

Szkolne toalety

Radzę od razu zwrócić na nie uwagę, bo to miejsce szczególne. Na przykład toalety chłopców w wielu szkołach stanowią jedyną „strefę całkowicie wolną od dorosłych”. Czasami po jakichś szczególnie groźnych wybrykach szkoła próbuje opanować ten teren, przymuszając dyżurujących nauczycieli do robienia „nalotów” na toalety. Ale mężczyzn jest w większości szkół niewielu, a poza tym większość czuje się nieswojo w takiej roli. Przyznam się, że też bym jej na siebie nie przyjęła. I na sugestię, że mam systematycznie zaglądać do toalet, prawdopodobnie, podobnie jak jeden ze znajomych nauczycieli, odpowiedziałabym, że „nie po to się tyle lat uczyłam, żeby teraz podglądać smarkaczy w szaletach”. I to mimo że wiem więcej niż większość nauczycieli, dostrzegających jedynie kłęby papierosowego dymu buchające na każdej z przerw z tego pomieszczenia, nie czujących nawet, że czasem ten dym pachnie dziwnie „ziołowo”. Ja po prostu pamiętam z własnego uczniowskiego okresu, jak bardzo rola „szaletowego szpiega” obniża autorytet nauczyciela. Z drugiej strony pozostawić spraw własnemu biegowi, nie wolno, bo właśnie w tych miejscach dzieje się bardzo wiele złego. A są to miejsca, z których dzieci muszą korzystać.

Pierwszy dzień w szkole

Pierwszaki powinny spotykać się w szkole nie 1 września, tylko dzień wcześniej. Na spotkaniu ogólnym poznawałyby swoich wychowawców, dyrekcję i nauczycieli. W takich warunkach znacznie łatwiej byłoby im skupić uwagę również na informacjach o zasadach, które obowiązują w ich nowej szkole. Poznałyby także członków władz samorządu uczniowskiego, którzy pokrótce opowiedzieliby, czym się ta instytucja zajmuje, jak działa i z czym można się do niej zgłaszać. Oczywiście wszyscy powinni mieć identyfikatory. Na koniec samorząd przedstawiałby opiekunów roku – uczniów klas wyższych, wybranych jeszcze w czerwcu, których obowiązkiem przez kilka pierwszych miesięcy będzie otaczanie szczególną opieką pierwszoklasistów.

Potem klasy razem ze swoimi wychowawcami i opiekunami szłyby do swoich sal na spotkanie integracyjne. I tu mamy kolejny argument przemawiający za organizowaniem takiego „otwarcia” przed rozpoczęciem roku szkolnego – bo jak przeprowadzić takie spotkanie w sali, w której stoi w ordynku kilkanaście ławek? Próba wyniesienia ich na korytarz „w tym wyjątkowym, świątecznym dniu”, jakim jest 1 września, skończyłaby się awanturą. Tymczasem dzień wcześniej nauczyciel może wybrać: czy woli wprowadzić wychowanków do sali, w której są same krzesła, czy mają być zawczasu ustawione w krąg? A może dla rozluźnienia woli zacząć od pozornie naturalnego zadania: wynosimy na korytarz stoliki, ustawiamy krzesła w określony sposób. A bez względu na to, od czego kto zacznie, wspólne wnoszenie ławek do klasy i staranne ustawianie po zakończeniu integracyjnej części spotkania – pomoże każdej grupie.
Zapoznanie nowych uczniów z budynkiem, czyli kolejny stały element programu pierwszego dnia w szkole też znacznie łatwiej byłoby przeprowadzić poprzedniego dnia. Hałas, przepychanie się 1 września w tłumie podnieconych starszych uczniów, komu udaje się w takich okolicznościach wsunąć głowę do kolejnych pomieszczeń pokazywanych przez wychowawcę? A jeśli się już uda, to dzieciaki prawie nic nie zapamiętują, zajęte przede wszystkim tym, żeby trzymać się swojej grupy i nie zagubić w tłumie. Po takiej „wycieczce” wszyscy jej uczestnicy mają zwiększone poczucie zagrożenia. Z całą pewnością pokazano im tylko jedno: są drobinką w chaosie. Państwo bez problemu rozpoznają tę technikę, prawda? Rozmiękczanie. Dzieciaki są już przygotowane do przyjęcia roli ofiar.

Najdziwniejsze jest to, że takie „zabiegi” przeprowadza się również w tych szkołach, w których nie dopuszcza się do przemocy. Stąd podejrzewam, że tam, gdzie to się dzieje wyłącznie z powodu niewiedzy, sprytny ekspert jest w stanie sytuację zmienić. Jedyną barierą może się okazać konieczność podjęcia przez nauczycieli pracy o dzień wcześniej, niż mieli to dotąd w zwyczaju. Dyrektor ma prawo im to nakazać, ale większość z nich zadowolona nie będzie. Najlepiej przekonać jak najliczniejszą grupę. Bo opór może pojawić się nawet w tych szkołach, gdzie w ostatnich dniach sierpnia odbywają się jakieś poprawki, dopytki i rady pedagogiczne. Myślę, że 98% nauczycieli nienawidzi wracać po wakacjach do pracy.

Z tego wynika jeszcze jeden problem: pierwsze spotkanie z uczniami znakomita część nauczycieli stara się maksymalnie skrócić. Znam szkoły, w których cały ten dzień pracy jest zredukowany do... dwóch godzin, z czego 1,5 godziny zajmuje uroczystość inauguracyjna, a 15 minut rozchodzenie się do klas. I choć uczniowie starszych klas chętnie pobyliby ze sobą, porozmawiali o tym, co się wydarzyło przez poprzednie dwa miesiące – nauczyciele nie wykorzystują tej okazji.

Scenariusze

To jednak nie jest w pełni ich wina. Nawet jeśli wiedzą, albo mają przeczucie, że to wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej, nikt im nie pokazał – jak. W każdej szkole jest paru nauczycieli obdarzonych talentem i motywacją do pracy, którzy ten pierwszy dzień pracy potrafią wykorzystać do budowania swojej pozycji wychowawcy i dobrych relacji z wychowankami. Niektórzy, chociaż nie znają ani jednego scenariusza opracowanego przez specjalistów, potrafią zrobić znakomite „otwarcie” pracy z grupą, tak, by problemy, z którymi walczyli w poprzednim roku, nie mogły się już powtórzyć. Ale jest ich niesłychanie mało.
Dlatego jeśli po wakacjach pierwsze spotkanie z pierwszakami ma się odbyć przed rozpoczęciem roku i ma być skuteczne, w czerwcu trzeba je
pokazać nauczycielom w takiej formie, w jakiej ma być przeprowadzone. Nie opowiedzieć. Przećwiczyć je, przeprowadzić w naturalnych warunkach, gdzie przyszli prowadzący będą grali role pierwszoklasistów, a potem w trakcie omawiania wprowadzali zmiany i modyfikacje. Tyle, że trzeba bardzo uważać wyjaśniając cel pracy i zadanie uczestników: ku zaskoczeniu wielu prowadzących takie zajęcia warsztatowe, w których nauczyciele mają grać role uczniów, niektórzy z nich „ukryci za swoją rolą” energicznie rozwalają zajęcia „pajacując”, a próby zapanowania nad przebiegiem pracy i zapędzenia ich do pracy zbywają stwierdzeniem, że „niektórzy uczniowie właśnie tacy są, no i co z tym zrobić?”. Trochę mi niezręcznie o tym pisać, bo to moja grupa zawodowa, ale pomyślałam, że byłoby mi jeszcze bardziej niezręcznie, gdybym nie napisała i musiała kolejny raz słuchać takiej opowieści z ust kogoś, kto się z tym zderzył. Pocieszam się, że w porę ostrzeżony sprawny warsztatowiec jest w stanie zawczasu wyłapać sygnały zapowiadające takie intencje u uczestnika i zneutralizować go, nim zacznie działać.

I jeszcze jedno ostrzeżenie. Oświata jest od kilkunastu lat wręcz zasypywana scenariuszami. Część z nich jest naprawdę świetna. Może się wydawać, że nauczyciele korzystają z tych gotowców w praktyce. Nic podobnego. Sięga po nie niewielu. Za to bardzo wielu, jak dowiedziałam się od osoby prowadzącej badania rynkowe dla jednego z wydawnictw, nie lubi ich, nawet nie czyta. Potwierdził to pewien nauczyciel, z którym pracowałam, mówiąc, że jeśli coś ma napis „scenariusz”, albo go przypomina wyglądem, to on to od razu odkłada. Dlatego ograniczanie się do dania nauczycielom gotowego scenariusza może nie przynieść zadawalających rezultatów. Za to wykorzystanie go przy omawianiu zajęć, w których przed chwilą uczestniczyli, może przynieść dodatkowe profity, przekonując niektórych, że to naprawdę świetna ściągawka dla nauczyciela i niesamowite ułatwienie życia. Przynajmniej – taką mam nadzieję.

Ostatni dzień wakacji

Czy można coś zrobić w tym ostatnim dniu wakacji dla lepszego włączenia nowych dzieciaków do społeczności? Jedno z zaprzyjaźnionych gimnazjów, kiedy zauważyło, że uczniowie dojeżdżający z odległych wsi są traktowani jak „element obcy” („buraki”), a absolwenci dwóch miejskich podstawówek trzymają się oddzielnie i konkurują ze sobą, dwa dni przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego zarządziło „próbę generalną akcji dojazdowej”, połączoną z ogniskiem i festynem. Bohaterami dnia były pierwszaki – to im starsi uczniowie mieli udowodnić, do jakiej fenomenalnej szkoły przyszli. Były prezentacje wszystkich kółek zainteresowań i dwóch szkolnych zespołów. Ponieważ gmina nie dałaby pieniędzy na kilka dowozów więcej, wszystkich wykonawców zebrano w szkole na całe trzy doby: szkoła wykorzystała to, że prowadzi schronisko PTSM. Kilku nauczycieli i dyrektorka nocowało razem z dzieciakami. Rok później powtórzono imprezę. Jednak tym razem poszło jeszcze lepiej – wiejskie podstawówki, z których pochodzili absolwenci, też pokazały, co potrafią. Do szkoły przyjechały zwarte grupy z własnymi występami. Nic dziwnego, że w pierwszych dniach szkoły te dzieciaki „już inaczej nosiły głowy”, jak to określiła jedna z nauczycielek. Starsze towarzystwo też funkcjonowało inaczej, bo okazało się, że wszystkie miejskie dzieci chcą w czasie przygotowań nocować w szkole.
Przeprowadzenie spotkania z pierwszakami przed oficjalną inauguracją ma jeszcze tę zaletę, że można je potraktować na luzie, umówić się z dziećmi, że tego dnia wszyscy ubierają się zwyczajnie, tak jak lubią.

To szczególnie ważne w tych szkołach, gdzie przykłada się wagę do stroju galowego albo wręcz wprowadza mundurki. Dzięki temu jeden z najbardziej stresujących momentów w życiu dziecka może ono spędzić w ubraniu, w którym czuje się bezpiecznie.

Przy takiej organizacji wprowadzania „nowych” do szkoły można przeprowadzić jeszcze jeden zabieg: wychowawcy i opiekunowie mogą umówić się z klasami w konkretnym miejscu koło szkoły. Znacznie łatwiej będzie im czekać „na to, co dalej” wśród rówieśników, których już trochę znają, niż ćwiczyć „samotność w tłumie”, nawet jeśli towarzyszą w niej rodzice. A wejście pierwszaków grupami klasowymi np. do sali gimnastycznej, gdzie odbywa się uroczystość, może być pierwszym punktem tej uroczystości. To oczywiście przez sprawnego wychowawcę znowu może być wykorzystane jako kolejne ćwiczenie organizacyjno-porządkowe, chytry greps budujący jego przywódczą rolę i integrujący grupę. W miarę zwarte grupy pierwszaków, w dodatku witane przez całą szkołę oklaskami (wystarczy, że klaskać zaczną nauczyciele – spora część uczniów dołączy, zanim się zorientuje, o co chodzi), to już nie te same potencjalne ofiary, które przychodziły do tej szkoły w poprzednich latach. Oczywiście tylko pod warunkiem, że efekt nie zostanie zniweczony przez standardowe niedoróbki organizacyjne: jeżeli wcześniej nie zostanie ustalone, w jakiej kolejności wchodzą klasy i dyrektor nie będzie każdej z pojawiających się klas zapowiadał; jeśli wcześniej nie zostanie wyodrębnione miejsce, do którego pierwszaki mają dotrzeć i gdzie na pewno będą się mieścić; jeśli nie uwzględni się ich właściwości psychofizycznych i nie będą mogły usiąść (choćby na materacach) – jeśli się tego nie zaplanuje, starsi zobaczą w tym tylko „jakieś pajacowanie”, którego ofiarą są oczywiście... koty.

Dlaczego tak łopatologicznie to wszystko opisuję i wyjaśniam, chociaż większość z Was, Czytelników, pewnie zrobiłaby to dużo lepiej? Bo sens i korzyść z poszczególnych działań będziecie musieli wyjaśnić nauczycielom. A oni, wbrew pozorom, nie są fachowcami w dziedzinie metod wychowania. To historycy, matematycy, biolodzy. Tylko niektórzy z nich postarali się zdobyć dodatkowe umiejętności. Przepraszam, chyba źle się wyraziłam: podstawowe umiejętności.

L.B.