Druga szansa

Magdalena Goetz

Niebieska Linia nr 2 / 2010

Doskonale pamiętam moje rozczarowanie sprzed pięciu lat. Rozczarowanie poprzedzone okresem długiej nadziei, że wreszcie przestaniemy się ciągnąć w ogonie Europy i będziemy mieć prawo chroniące ofiary przemocy w rodzinie na poziomie cywilizowanej demokracji. Pamiętam mój głęboki niesmak, kiedy po wszystkim politycy usiłowali mi wmówić, że kadłubek pozostały po okrojeniu projektu jest "ponadpartyjnym kompromisem". Wreszcie pamiętam swój pesymizm, kiedy przewidywałam, na ile ustawa okaże się skuteczna.

Wątpiłam mocno w tę skuteczność i pięć ostatnich lat dowiodło, moim zdaniem, słuszności tego sceptycyzmu. Niby ustawa jest, a jakoby jej nie było. Los osób doświadczających przemocy ze strony najbliższych się nie zmienił, zaś sama ustawa stała się czymś na kształt listka figowego; państwo mogło się tłumaczyć, że ma odpowiednie prawodawstwo.

Sęk jednak w tym, że to nieprawda. Państwo odpowiedniego prawodawstwa nie ma. Przeciwdziałanie przemocy w rodzinie szwankuje niemal na każdej płaszczyźnie - nie tylko sprawcy nie spotyka adekwatna kara, ale - co nawet ważniejsze - brakuje profilaktyki. Brakuje edukacji, programów pomocowych dla ofiar, kampanii społecznych, które wywierałyby pozytywny wpływ zarówno na członków zagrożonych rodzin, jak i na sąsiadów, nauczycieli czy lekarzy, którzy dziś często wolą nie widzieć i nie słyszeć tego, co przecież w istocie jest krzykliwe i jaskrawe - ogromnych cierpień osób maltretowanych, poniżanych, bitych i wykorzystywanych we własnym domu. Brakuje praw chroniących ofiary, w większości - kobiety i dzieci, które kiedy już zdobędą się na tę niezwykle trudną decyzję, aby przełamać milczenie, zmuszane są zwykle do wyprowadzki z domu i zamiany najbliższego otoczenia na obcy, często nieprzyjazny ośrodek pomocowy. Dorosła osoba jakoś sobie z tym poradzi, dla dziecka często jest to kolejna trauma - oderwania ze znanego środowiska, odseparowania od kolegów. Niejednokrotnie wiąże się to ze zmianą szkoły, czyli następnym wielkim stresem, bo ośrodek może być na drugim końcu miasta, lub nawet w innej miejscowości.

O tym wszystkim wiemy od dawna. O tym, że sprawcy przemocy w rodzinie w ogromnej większości nie są odseparowywani od swoich ofiar - także. O tym, że zwykle dostają wyrok w zawieszeniu i wracają do domu, aby dalej dręczyć rodzinę i o tym, że zaraz po zgłoszeniu przestępstwa ofiara musi w pośpiechu opuszczać własny dom, aby nie narazić się na zemstę sprawcy, wiemy wszyscy również.

Najwyższy więc czas, aby przestać udawać, że wszystko jest w porządku, bo nie jest. Dotychczasowe rozwiązania prawne są nieskuteczne, a ten brak skuteczności przekłada się na realne cierpienia dziesiątek czy setek tysięcy osób bezbronnych w konfrontacji z rodzinnym katem.

Światłem w tunelu wydają się tu być jedynie organizacje pozarządowe, które żmudnie, wytrwale i z pewną skutecznością pracują zarówno na rzecz pomocy ofiarom, jak i edukacji społecznej. Jest jednak dla mnie oczywiste, że państwo nie tylko nie powinno, ale wręcz nie ma prawa zostawić ich samym sobie; powinno te organizacje wspierać i równolegle wdrażać własne rozwiązania ukierunkowane na przeciwdziałanie rodzinnej przemocy.

Politycy - posłowie, senatorowie, członkowie rządu i głowa państwa - stoją w obliczu drugiej szansy. Ta druga szansa nazywa się "Projekt ustawy o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i niektórych innych ustaw". I to właśnie ta druga szansa zawiera wiele dobrych, potrzebnych rozwiązań, które otworzą odpowiednim służbom drogę do realnej, skutecznej, efektywnej pomocy osobom doświadczającym przemocy w rodzinie.

Projekt zakłada m.in. znaczne usprawnienie współpracy wszystkich służb zaangażowanych w pomoc rodzinom w sytuacji przemocy. Usprawnienie oznacza przyspieszenie tej pracy i bardziej trafne, skuteczne sposoby interwencji. Ponadto wreszcie doczekaliśmy się klarownej propozycji przepisów, zgodnie z którymi to sprawca będzie musiał opuścić mieszkanie, a nie jego ofiary, jak to było dotąd. Sprawcę będzie też można skierować do programu edukacyjno-korekcyjnego, co w połączeniu z odseparowaniem od ofiar jest dalece lepszym rozwiązaniem niż areszt (a tym bardziej - niż kara w zawieszeniu). W projekcie znalazły się też bardzo ważne zapisy zobowiązujące administrację państwową na różnych szczeblach (administracji rządowej, województwa, powiatu i gminy) do planowania i wdrażania różnych programów profilaktycznych, edukacyjnych, korekcyjnych i pomocowych mających przeciwdziałać rodzinnej przemocy. Położono również nacisk na to, że niezbędna ofiarom pomoc medyczna, prawna, psychologiczna, socjalna itp. ma być bezpłatna. Ma to duże znaczenie w przypadku obdukcji, która jest bardzo istotna w postępowaniu dowodowym, ale także dla dostępu do często niezbędnej pomocy psychologa czy prawnika.

Proponowana nowelizacja ustawy oferuje zatem szereg konkretnych, efektywnych narzędzi, które uważam za niezbędne do faktycznej ochrony i wsparcia ofiar rodzinnej przemocy - ochrony, która obejmie poszkodowane, często pogrążone w traumie osoby od chwili, kiedy zgłoszą one swoją krzywdę policji, aż do końca postępowania sądowego i okresu kary dla sprawcy. Jednocześnie projekt umożliwia także korygowanie zachowań sprawców przez kierowanie ich do odpowiednich programów. Mamy więc do czynienia z rozwiązaniem systemowym, wyważonym, które koncentruje się na ofierze, ale nie zapomina o sprawcy. Uważam tę propozycję za wyraz prawdziwej troski o zagrożone przemocą rodziny; twórcy projektu wyraźnie bowiem dążą do udzielenia rodzinie kompleksowej pomocy, czyli takiej, która nie tylko efektywnie wspiera ofiarę, ale też umożliwia sprawcy zmianę modelu zachowania i w konsekwencji może ocalić rodzinę przed rozpadem lub poważną dysfunkcją.

Na szczególną uwagę zasługuje też jasno sformułowany zakaz stosowania przemocy wobec dzieci. Liczne badania psychologów, wbrew potocznym opiniom pokutującym w niektórych konserwatywnych środowiskach, dowodzą, że wszelkie formy poniżania i krzywdzenia dzieci mają bardzo zły wpływ nie tylko na ich samopoczucie w danym momencie, ale też długofalowy - obniżają samoocenę dziecka, jego wiarę we własne siły, poczucie bezpieczeństwa, możliwości socjalizacyjne, a nawet - wpływają ujemnie na osiągnięcia szkolne. Są też jednocześnie kompletnie nieskuteczne jako środek wychowawczy, uczą bowiem strachu, nie szacunku wobec rodzica i raczej nie tego, by czegoś nie robić, ale tego, by robić tak, aby rodzic nie zauważył.

W Polsce niestety świadomość złego wpływu i nieskuteczności kar cielesnych jest nadal niewystarczająca - jasny, konkretny zapis w ustawie ma wielkie szanse to zmienić, wywołać zmianę w społecznej świadomości i metodach wychowawczych, przybliżając nas pod tym względem do dojrzałych, europejskich demokracji.

Po pięciu latach znów przyglądam się pracom posłów i senatorów z wielką nadzieją. Liczę, że tych pięć lat doświadczeń zwróci ich uwagę na problem. Że zauważą, że należy, że trzeba tę nowelizację uchwalić. I że tym razem "ponadpartyjny kompromis" (eufemistyczne określenie na przedkładanie interesów partyjnych nad dobro społeczne) nie okaże się tak istotny. Mam nadzieję, że w 2010 roku w osądzie parlamentarzystów, rządu i prezydenta przeważy myślenie o dobru ofiar. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba czekać na trzecią szansę. Bo wiele rodzin może tego nie doczekać.

M. G.