Życie zamarłych aniołów

Piotr Antoniak

Niebieska Linia nr 4 / 2007

Silne poczucie winy oraz utrata sensu życia to rzeczywistość dobrze znana wielu osobom doświadczającym przemocy. W wyniku tych negatywnych emocji ofiara przemocy może stracić nieodwracalnie jedną z najważniejszych wartości - własne życie. Może je odebrać sprawca, może zrobić to ona sama.

Mit, że część prób samobójczych ma charakter demonstracji i nie należy się tym zbytnio przejmować, nadal jest dość powszechny. Kiedy czyta się o obrazie histerii, którą tak wyczerpująco i obrazowo opisuje prof. Andrzej Jakubik łatwo znaleźć tam takie cechy i zachowania, które niewprawne oko odnajdzie u ofiar przemocy. Zewnętrznie osoby takie na ogół niczym nie odróżniają się od innych. Nawet  jeśli mówią o dramatycznych wydarzeniach łatwo o wrażenie, że nie jest tak źle, a opowieść jest chyba przesadzona. Ci, którzy pracują z ofiarami przemocy wiedzą, że nie są to osoby wyolbrzymiające swoje problemy, raczej je minimalizują. Wiele ofiar przemocy zarówno w kontakcie bezpośrednim, jak i pośrednim swoje funkcjonowanie nazywa życiem, chociaż psychologicznie dawno już umarły. Niekiedy mimo usilnych starań trudno nam dostrzec jak blisko osoba doświadczająca przemocy znajduje się w tej najważniejszej granicy - życia i śmierci. Poniższa historia pozwala mieć nadzieję, że gdy w trudnych doświadczeniach zaczynają nam towarzyszyć inni ludzie, szansa na uratowanie siebie jest duża.

Rysa na szkle

Zwiedzając Cmentarz Łyczakowski we Lwowie, napotyka się wiele pomników tzw. płaczących postaci. Są to głównie postacie aniołów, które  głowy i dłonie mają ułożone w charakterystyczny sposób. Zdają się ożywać przy padającym deszczu. Spadające krople płyną wokół ich oczu, a następnie gromadzą się w dłoniach, skąd spływają dalej. Ustający deszcz i pojawiające się słońce szybko je osuszają, czyniąc je na powrót nieobecnymi, zamarłymi. Pierwsze spojrzenie na Patrycję przywróciło mi to poruszające wrażenie.

Trafiła do Pogotowia "Niebieska Linia" dzięki znajomej. 37-letnia kobieta, której przemoc "zabrała" różne rzeczy, a przede wszystkim siły, co widać było po przygarbionej sylwetce. Przemoc nie pozbawiła jej całej urody. Sama jednak nie mogła jej dostrzec lub nie przedstawiała już ona dla niej żadnej wartości. Patrzyły na mnie duże ciemne oczy, w których smutek, przygnębienie, rezygnacja i cierpienie mieszały się z tlącymi się iskrami chęci zmiany swojego położenia na lepsze. W pierwszych słowach szybko wyrzuciła z siebie, że przed kilkoma dniami opuściła szpital psychiatryczny. Cisza była moim sprawdzianem. Patrycja szybko podsunęła mi sposób, w jaki powinienem myśleć o jej sytuacji, a zwłaszcza o niej samej. Była to historia mężatki z 18-letnim stażem. Pierwsze lata związku z mężem były przepełnione szczęściem, choć matka przestrzegała ją, że ze strony mężczyzn nic dobrego spotkać ją nie może. Ona znalazła takiego, o którym jej koleżanki mówiły, że jest "wykopaliskowy", co znaczy, że takich dziś już nie ma. Dwoje dzieci, 17-letnia Alicja i 15-letni Marek, było jej dumą, owocami ich miłości, na które oboje czekali. Podczas dziesiątej rocznicy ślubu nastąpiło pierwsze pęknięcie. Mąż wrócił z pracy rozdrażniony. Kiedy próbowała z nim porozmawiać, po raz pierwszy usłyszała pod swoim adresem wulgarne słowa. Dziś Patrycja mówi, że było w nich coś złowieszczego. Ból, jaki wywołały, był przytłumiony przez strach. W oczach męża zobaczyła złość, jakiej nie znała. Przeprosiny męża i spokój, którego usilnie szukała, nie stały się dla niej wystarczającą gwarancją, że to się więcej nie powtórzy. Kolejne sytuacje mnożyły się z szybkością, jak to mówi Patrycja, przyspieszonego filmu. Do przemocy psychicznej dołączyła fizyczna. Mijały kolejne lata, w których okresy z przemocą przeplatały się z takimi, które przypominały początki związku. Te drugie stanowiły dla niej dowód, że nie wszystko stracone, że znów może czuć się kochana. Ważne było też to, że dzieci potrzebują ojca, a mężczyzna ze względu na swoją zewnętrzną opinię, mógł być dla nich wzorem.

Kto jest chory?

Zachowanie męża, kiedy ją krzywdził, wydawało się jej, podobnie jak większości osób, nienormalne, zwłaszcza że znała go z innej strony. Postanowiła jednak nie poprzestawać na refleksjach. Trafiła na jedną z grup samopomocowych, gdzie podzieliła się swoim problemem. W odpowiedzi usłyszała, że nie jest jedyna, która takich sytuacji doświadczyła. Znalazły się osoby, które uważały, że jedyną drogą ratunku jest odejście i zakończenie związku, ale to nie ich słowa zapadły głęboko w Patrycję. Jedna z uczestniczek powiedziała, że jej mąż jest zapewne chory, tylko należy jego chorobę rozpoznać. Od tamtej pory Patrycja zaczęła intensywnie myśleć o tym, jak może pomóc swojemu mężowi. Nawet kolejne akty jego agresji przyjmowała z nadzieją, że niebawem się skończą. Zapisała się na konsultację do lekarza psychiatry w poradni zdrowia psychicznego. Po przedstawieniu swojej sprawy z ulgą przyjęła wiadomość, że mąż również może skorzystać z konsultacji. Powstał jednak problem, jak go do tego namówić. Postanowiła zaryzykować. Jak za starych czasów wyjawiła mężowi swoje intencje oraz plany. On po wysłuchaniu jej wyszedł szybko z domu. Zdążyła jednak zauważyć (miała w tym wprawę), że był bardzo spokojny. Wrócił po dwóch godzinach ze swoją matką. Oboje ku zaskoczeniu Patrycji zakomunikowali jej, że zrobiła rzecz niewybaczalną, tak otwarcie mówiąc o sytuacji domowej lekarzowi, który przecież jest obcą osobą. Odwołując się do sytuacji z przeszłości i podając przykłady jej reakcji emocjonalnych, stwierdzili, że już czas, by to ona podjęła leczenie psychiatryczne.

Od tej pory samopoczucie kobiety w szybkim tempie pogarszało się. Zarzuty męża i teściowej stawały się coraz silniejszym przekonaniem Patrycji. Po pewnym czasie zaczęła już sama wierzyć, że zrobiła "straszną rzecz", której nie mogła sobie darować. Wielokrotnie, gdy prosiła męża o wybaczenie, on zapewniał ją, że nie ma o czym mówić, ale w sytuacjach napięć sam wracał do tego wydarzenia. Kobieta poczuła, że jest w pułapce. Jej samopoczucie pogarszał fakt, że traciła dobry kontakt z dziećmi, a w pracy zaczęły jej towarzyszyć poważne problemy z koncentracją uwagi, co miało wpływ na gorsze wykonywanie obowiązków.

Szeptane groźby

Kolejne wydarzenia toczyły się już bardzo szybko. Dziś kobieta ich nie pamięta lub pamiętać nie chce. Ciąg dalszy opowieści rozpoczyna się, gdy w szpitalu zaczął ją codziennie odwiedzać mąż. Mężczyzna wystraszył się, że żona mogłaby kolejny raz ujawnić, co tak naprawdę spowodowało jej kryzys. Mąż Patrycji znów był postrzegany, tym razem przez pielęgniarki, jako "wykopaliskowy". Nikt z pacjentów nie był tak często odwiedzany jak Patrycja. Szepty męża, które z zewnątrz mogły być odbierane jako pełne ciepła i miłości, w rzeczywistości były wypowiadanymi półgłosem groźbami i utwierdzaniem kobiety w tym, że i tak nikt jej nie uwierzy. Patrycja wiedziała, że następnego dnia to wszystko się powtórzy.

Podczas pierwszej konsultacji w Pogotowiu "Niebieska Linia" kobieta pokazała swój wypis ze szpitala. Rozpoznanie brzmiało: epizod depresji ciężkiej z objawami psychotycznymi. Wypis zawierał jeszcze jedną ważną informację, że do szpitala trafiła z myślami i tendencjami samobójczymi, czego ona sama dziś nie potwierdza. Zastosowanie farmakoterapii nie przyniosło oczekiwanej poprawy. Zastosowano kurację za pomocą elektrowstrząsów. Kiedy czyta się wypis, przeraża ich ilość. Duże wątpliwości budzi też brak wywiadu badającego jej sytuację życiową, zwłaszcza gdy uznano, że w jej samopoczuciu następuje poprawa. Dalej wypis dostarcza informacji, że po przeszło trzech miesiącach Patrycja została wypisana ze szpitala w stanie psychicznym stabilnym, bez objawów obniżonego nastroju, bez objawów psychozy. Na końcu jest zalecenie kontynuacji leczenia psychiatrycznego w systemie ambulatoryjnym. Faktycznie kobieta wracała do niezmienionej sytuacji domowej.

Oskarżyciel wewnętrzny

Dziś mówi, że to przypadek, a właściwie działanie "dobrego anioła" w postaci jej znajomej, która poinformowała ją o "Niebieskiej Linii". Nie można jednak było powiedzieć, że wszystko co najtrudniejsze Patrycja miała za sobą. Z dużym zaangażowaniem próbowała przedstawić mi swój charakterystyczny sposób widzenia. Nadal dominowało w nim silne przekonanie, że nie doszłoby do pogorszenia jej sytuacji, a zwłaszcza do hospitalizacji, gdyby nie dopuściła się "tak strasznej rzeczy" jak wizyta u psychiatry w sprawie męża i jego potencjalnej choroby. Sygnałem świadczącym, że jest w lepszym nastroju, były powracające wspomnienia tych momentów, w których doświadczała przemocy i wtedy na krótką chwilę jej ogromne poczucie winy słabło. Moje próby przekazania jej niezbędnej wiedzy, dzięki której mogła skonfrontować się ze zniekształconym myśleniem, okazywały się mało skuteczne.

Wizyty w "Niebieskiej Linii" bardzo sobie ceniła i za każdym razem jej poczucie winy wydawało się mieć coraz mniejsze znaczenie, jednak zderzenie z wymaganiami rzeczywistości (a zwłaszcza oczekiwaniami męża) na powrót przypominało Patrycji o roli jej "postępku" i wpływie na sytuację domową. Nawiązywanie od nowa kontaktów z dziećmi było zadaniem zbyt trudnym, zwłaszcza że Patrycja stawiała sobie duże wymagania. Niebawem dowiedziała się, że podczas jej pobytu w szpitalu dzieci były utwierdzane przez męża w przeświadczeniu o jedynej słuszności oceny sytuacji, jego oceny. Teściowa nie przestawała ją oskarżać.

Okres po wyjściu ze szpitala Patrycja zalicza do udanych w jej kontaktach z mężem. Zamiast jednak oskarżyciela zewnętrznego, posiadała teraz wewnętrznego, który celnie wychwytywał jej słabe punkty, o czym informowały ją jej emocje. Perspektywa powrotu do pracy rodziła kolejne napięcia i osłabiające uczucia. Pierwsze dni przyniosły miłe zaskoczenie. Koleżanki i koledzy przyjęli ją serdecznie, mimo powszechnej wiedzy o jej pobycie w szpitalu. Wykonywanie obowiązków służbowych, w których niegdyś była niedościgniona, teraz budziło niepokój, że oto nadchodzi porażka, która na powrót zagoni ją w dobrze znaną z przeszłości pułapkę. Znów dały o sobie znać silne, zwarte przekonania Patrycji na temat niej samej i otaczającego świata, w których dominować zaczęło poczucie winy dotyczące tym razem nowych okoliczności. Patrycja zaczęła więc komunikować mi, że nie jest dobrą klientką, ponieważ jej stan zamiast się poprawiać, pogarsza się. Warto w tym miejscu nadmienić, że kobieta w pełni realizowała zalecenia szpitalne: uczęszczała do lekarza psychiatry i zażywała przepisane leki. Wspólnie ustaliliśmy, że niezbędna będzie konsultacja u lekarza, który prócz wiedzy z zakresu psychopatologii uwzględni również aspekt przemocy w występujących objawach. Na szczęście Pogotowie "Niebieska Linia" ma kontakt z takim lekarzem. Już pierwsza konsultacja nasunęła duże wątpliwości co do postawionej w szpitalu diagnozy. Nowa diagnoza wpłynęła na zmianę dotychczasowego sposobu leczenia.

Mam nadzieję, że ostatnie okoliczności doprowadzą do przerwania "błędnego koła", które jest tak charakterystyczne dla osób z zaburzeniami nastroju. Wierzę, że w wielkich oczach Patrycji w niedalekiej przyszłości będzie się odbijać przede wszystkim jasna, pełna słońca rzeczywistość, w której nie będzie już zamierać.

P.A.