Kobieta w języku, kobieta w podręczniku

Magdalena Goetz

Niebieska Linia 4/2010

Niemal cała europejska filozofia zbudowana jest na tym, co męskie i to, co męskie, uważa za cnotę. Przede wszystkim: logikę, rozum, męstwo, działanie, decydowanie. Kobietom stereotypowo przypisuje się dokładne przeciwieństwa tych cnót - nieracjonalność, emocjonalność, lękliwość, pasywność, podległość.

10 maja i 7 czerwca 2010 roku na Uniwersytecie Gdańskim odbyły się dwa kolejne spotkania z cyklu debat „Demokracja bez kobiet to pół demokracji", koncentrujących się na różnych przejawach dyskryminacji kobiet w Polsce. Pierwsze z tych spotkań, rozpoczęte wykładem prof. .Ewy Graczyk, literaturoznawczymi i feministki, poświęcone było przejawom dyskryminacji kobiet w języku; drugie koncentrowało się na dyskryminacji kobiet w systemie edukacji szkolnej. Rozpoczęło je wystąpienie prof. Lucyny Kopciewicz, wykładowczyni na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego, zajmującej się m.in. problematyką społecznej konstrukcji rodzaju(kobiecości i męskości),w tym szkoły jako instytucji odtwarzającej i wytwarzającej nierówności płci. Tematyka obu spotkań bardzo się ze sobą wiązała, oscylując wokół języka, który ma ogromny wpływ na sposób, w jaki postrzegamy rzeczywistość.

Na oba problemy - dyskryminację w języku i dyskryminację w systemie szkolnictwa, w tym w podręcznikach szkolnych, środowiska wolnościowe i feministyczne zwracają uwagę od lat, jednak w dalszym ciągu na tym polu nie widać szczególnej poprawy. Kolejni ministrowie światy obiecywali zmiany, jednak skończyło się na obietnicach. Polska jest tymczasem zobowiązana do przestrzegania ratyfikowanej w 1980 roku, przyjętej przez ONZ, Konwencji w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet (CEDAW), która zawiera m.in. zapis mówiący o przeciwdziałaniu dyskryminacji i stereotypizacji kobiet i dziewcząt w podręcznikach i systemie nauczania.

Problemy te nie wydają się ani wyraźnie widoczne, ani bezpośrednio odczuwalne, dlatego w dalszym ciągu często się im zaprzecza. Nie uwierają boleśnie, a raczej działają w ukryciu, z wolna, ale konsekwentnie. I zdaniem wielu psychologów oraz badaczy związanych z gender studies mają bardzo istotny, ale niestety negatywny wpływ z jednej strony na psychospołeczny rozwój dziewcząt z drugiej zaś na ich postrzeganie przez otoczenie.

Żeńska końcówka

Jednym z najbardziej widocznych w języku polskim przejawów dyskryminacji kobiet jest pomijanie żeńskich końcówek w nazwach stanowisk i zawodów, szczególnie tych, które wiążą się z prestiżem. Choć język polski pozwala bez trudu utworzyć kobiece odpowiedniki tych nazw, z reguły nie wykorzystuje się tej możliwości i wciąż mówi się lub pisze o paniach: doktor, dyrektor, profesor, fizyk, menadżer, poseł czy prezydent. Jednocześnie tam, gdzie prestiż jest mniejszy , żeńskie końcówki używane są bez żadnego oporu; mamy zatem panią: kasjerkę, nauczycielkę, sprzątaczkę, kucharkę, pielęgniarkę, pokojówkę. Upada tym samym argument, który podnoszą przeciwnicy końcówek żeńskich - że są nienaturalne. Okazują się naturalne zwłaszcza tam, gdzie kobiety pojawiają się od dłuższego czasu. Historia kucharek i sprzątaczek, nawet nauczycielek, jest wystarczająco długa, aby ich żeńskie końcówki nie kłuły nikogo w uszy. Tam jednak, gdzie kobiety pojawiają się od niedawna – na wysokich stanowiskach, w polityce, na uczelniach wyższych - żeńskie końcówki są po prostu nowością i wyłącznie z tego powodu wydają się nienaturalne – wiele osób nie jest z nimi osłuchanych.

Uważa się też niekiedy, że słowa takie jak„dyrektorka",„profesorka" mają pejoratywny wydźwięk, bierze się to jednak w dużej mierze z gwary młodzieżowej, która w ten sposób (poprawnie językowo!) mówi o przedstawicielkach swojego ciała pedagogicznego. Młodzież, nawet jeśli lubi swoich nauczycieli, ma tendencję do dużej językowej oszczędności i zamiast mówić „pani dyrektor", powiada „dyrektorka". W gruncie rzeczy jest to jednak słowo neutralne, bo jako pejoratywnych używają młodzi ludzie bardziej dobitnych skrótów i zgrubień, w tym wypadku np. słowa „dyra".

Problem stanowi też fakt, że w dalszym ciągu wiele kobiet domaga się wręcz, aby w stosunku do nich używać męskich określeń i czują się obrażone, kiedy nazwać je dyrektorką, psycholożką czy posłanką. Czemu? Być może są konserwatywnie nastawione wobec języka. Być może uważają, że zbyt ciężko pracowały na to, aby wedrzeć się do strefy zarezerwowanej dotąd dla mężczyzn, być może uważają, że końcówka żeńska umniejsza ich kompetencje i znaczenie. Być może nie chcą wyraźnie zaznaczać swojej kobiecości, bo boją się, że będą przez to dyskryminowane.

Zdobywczyni

W wielu sytuacjach warto uszanować wolę kobiety, która chce być „posłem" lub „fizykiem". Jeżeli zwracamy się do niej bezpośrednio i musimy użyć jej tytułu, np. w oficjalnym piśmie, lepiej użyć sformułowania, które jej odpowiada, aby nie narażać jej na dyskomfort. Z drugiej strony, jeśli piszemy lub mówimy o kobietach sprawujących jakieś funkcje, czy też zwracamy się do pani bardziej postępowej, warto używać żeńskich końcówek i wspominać o socjolożkach, posłankach, profesorkach. Warto, bo w ten sposób wprowadzamy te określenia w obieg, pozwalamy innym się z nimi oswoić. Jest to ważne dlatego, że będzie potwierdzeniem tego, że męskość i kobiecość są sobie równe. Pozwoli przestać myśleć, że oto „pani profesor" cudownie wdarła się na męskie terytorium, a zacząć czuć, że to terytorium jest zarówno męskie, jak i kobiece.

Problem żeńskich końcówek (a raczej ich braku) to coś, co można rozwiązać w kilka-kilkanaście lat; równouprawnienie płci w języku jest bowiem trendem, który już od pewnego czasu jest widoczny w krajach Europy Zachodniej i skandynawskich. Można więc zaryzykować tezę, że za jakiś czas po prostu przywykniemy do nowych odmian znanych słów i nawet określenia, takie jak „pilotka", „polityczka", „prezydentka", nie będą wywoływać w nas zdziwienia. Niestety, dyskryminacja kobiet w języku sięga głębiej niż tylko do prostej kwestii żeńskich końcówek. Dotyczy bowiem także związków języka z kulturą, czyli tego, w jaki sposób myśli się i mówi się o kobietach i ich udziale w życiu społecznym.

Niemal cała europejska filozofia zbudowana jest na tym, co męskie i to, co męskie, uważa za cnotę. Przede wszystkim: logikę, rozum, męstwo, działanie, decydowanie. Kobietom stereotypowo przypisuje się dokładne przeciwieństwa tych cnót - nieracjonalność, emocjonalność, lękliwość, pasywność, podległość. O mężczyźnie mówi się, że jest pewny siebie, o kobiecie - że jest zarozumiała. Mężczyzna jest zaangażowany, kobieta - histeryczna. Te stereotypowe wizerunki obu płci głęboko wrosły w naszą kulturę, kształtując także język, powiedzenia, przysłowia, związki frazeologiczne.

Ta szowinistyczna gramatyka

Sama też gramatyka języka polskiego wręcz uniemożliwia niekiedy stosowanie pozytywnie rozumianej poprawności politycznej. Kiedy opisujemy klasową wycieczkę, w której udział wzięło 20 dziewczynek i 1 chłopiec, piszemy „uczniowie poszli", bo jest zasada, że obecność jednego chłopca implikuje użycie rodzaju męskoosobowego do opisu całej grupy. Nawet jeśli piszemy „Ania i jej pies" musimy dodać „poszli na spacer", bo pies to rodzaj męski. Nie działa to jednak, kiedy Ania ma 2 psy, bo wtedy „Ania i jej psy poszły na spacer"; psy to rodzaj niemęskoosobowy, podobnie zresztą jak kobiety - w nazwie rodzaju liczby mnogiej także przedstawiane jako „niemężczyźni" i traktowane na równi ze wszystkimi innymi stworzeniami.

Najlepszym wyjściem z sytuacji, teoretycznie, byłoby utworzenie trzeciego rodzaju dla liczby mnogiej, neutralnego, który mógłby opisywać grupy kobiet i mężczyzn, nie naruszając praw żadnej z płci. Wydaje się to jednak niezwykle mało prawdopodobne i rozpatruję to wyłącznie jako możliwość teoretyczną. W praktyce musimy się poruszać w granicach istniejących reguł językowych. Znam przypadki panów, którzy, idąc gdzieś samemu z dużą grupą kobiet, mówią później „poszłyśmy", mocno jednak wątpię, aby takie podejście się przyjęło; po pierwsze jest językowo niepoprawne, po drugie zmuszałoby mężczyzn do nagłej rezygnacji z podkreślania swej męskości. Bardziej prawdopodobne jest, że to raczej kobiety będą trwały przy rezygnacji z podkreślania swej kobiecości, bo są do tego po prostu przyzwyczajone. Poza tym w niektórych zbiorowościach bardzo trudno jest określić, która z płci ma przewagę liczebną.

Równouprawnienie w języku polskim stoi w konflikcie z językową ekonomią, która nakazuje, szczególnie w mowie, używać jak najmniej słów dla wyrażenia myśli. Dlatego nauczycielka powie raczej „byłam z uczniami w kinie", zamiast „byłam z uczennicami i uczniami w kinie", zaś polityk będzie nas wzywał „obywatele", a nie „obywatele i obywatelki". Jesteśmy zresztą tak wszyscy przyzwyczajeni (i przyzwyczajone!) do określania nas zbiorczo w rodzaju męskim, że rozumiemy, że chodzi tu też o kobiety i że kiedy polityk wzywa nas w ten sposób, to kobiety również uważa za obywateli.

Uczniowie bez uczennic

Dyskryminacja kobiet jest bardzo widoczna w podręcznikach szkolnych i ważna, ponieważ podręczniki mają ogromny wpływ na naszą socjalizację. Znaczna większość z nich na różne sposoby utrwala płciowe i społeczne stereotypy, pokazując dzieciom świat pełnych, białych rodzin, w których tata zarabia pieniądze, prowadzi auto i majsterkuje, mama zaś opiekuje się dziećmi, gotuje i sprząta. Chodzi tu zarówno o język, w którym podręczniki są pisane, jak i o treści, jakie przekazują.

Dyskryminujący język podręczników to przede wszystkim te fragmenty, kiedy autor zwraca się bezpośrednio do ucznia. Stosuje wówczas męski język, skierowany do męskiego odbiorcy. Pisze więc: „poproś kolegę", „spytaj nauczyciela", „napisz list do przyjaciela", „mógłbyś", „chciałbyś", „wszyscy uczniowie". Na okładkach podtytuły podręczników głoszą, że jest to coś dla „uczniów gimnazjów" lub „uczniów szkół podstawowych". Można zrozumieć oszczędność językową w mowie, ale co powstrzymuje wydawców przed napisaniem na okładce „uczniów i uczennic"?

To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Dużo bardziej szkodliwe są przekazywane dzieciom stereotypy. Mężczyźni (i samce) częściej pojawiają się na kartach podręczników. Więcej rysunków przedstawia mężczyzn, mężczyźni (i chłopcy) częściej są bohaterami czytanek i zadań; nawet, kiedy pojawia się jakieś zwierzę, zwykle ma męskie imię. Podczas gdy chłopcy są przedstawiani jako dominujący, pełni energii i inicjatywy, rozbrykani i w trakcie interesujących zajęć, dziewczynki są ciche, grzeczne, pasywne, wypełniają swoje obowiązki - uczą się albo sprzątają. Chłopcy są pomysłowi, asertywni i przedsiębiorczy, dziewczynki - infantylne, karne i skoncentrowane na swoim wyglądzie.

Stereotyp bez refleksji

Stereotypowe role płciowe i społeczne najczęściej pojawiają się w podręcznikach do nauczania początkowego, nie brakuje ich jednak także na wyższych szczeblach edukacji. Podręczniki do przedsiębiorczości prezentują model biznesmena-mężczyzny, podręczniki do historii z reguły marginalizują osiągnięcia ruchów feministycznych i udział kobiet w historii, zaś popisowy przykład stereotypizacji płci to podręczniki z wychowania do życia w rodzinie.

Podręczniki promują też tzw. tradycyjny model rodziny, z robiącym karierę tatą i opiekującą się domem mamą, podczas gdy w większości polskich rodzin pracują oboje rodzice. Nie podejmują też ważnych tematów społecznych, takich jak rodziny niepełne, ubóstwo, przemoc, odmienność kulturowa, rasowa, religijna czy orientacja seksualna. To są zagadnienia trudne, jednak z pewnością można je poruszyć w sposób profesjonalny i z korzyścią dla ucznia, który mógłby dzięki temu lepiej orientować się w otaczającej go rzeczywistości.

Obecność stereotypów w podręcznikach jest prawdopodobnie efektem zachowawczego podejścia ich autorów oraz recenzentów. Podstawy programowe są bowiem skonstruowane tak, aby nie dyskryminować uczennic (i uczniów) i nie promować stereotypów. Być może jednak autorom podręczników jest łatwiej posługiwać się stereotypami; prawdopodobnie robią to bezrefleksyjnie, powielając znane im wzorce i treści.

Nie bez znaczenia dla wpajania dzieciom stereotypów jest też zachowanie nauczycieli, którzy, często nie mając przygotowania pedagogicznego w zakresie przeciwdziałania stereotypom, zwykle niecelowo utrwalają w uczennicach i uczniach stereotypowe zachowania. Tolerują psoty chłopców, a od dziewcząt wymagają grzeczności. Spodziewają się, że chłopcy będą kreatywni, a dziewczynki pilne. Częściej od dziewczynek oczekują pomocy w utrzymywaniu porządku w klasie.

Aby zmienić tę sytuację, należałoby z jednej strony zadbać o przygotowanie przedstawicieli grona pedagogicznego, z drugiej o przystosowanie podręczników do standardów międzynarodowych, które zadeklarowaliśmy wprowadzić w życie jako państwo. To niemałe wyzwanie, warte jednak podjęcia, jeśli Polacy mają być nowoczesnym społeczeństwem, elastycznym i umiejącym się adaptować do różnych warunków w dynamicznie zmieniającym się świecie.

M. G.