Stawanie się ofiarą

Piotr Antoniak

Niebieska Linia 3/2012

Zjawisko wtórnej wiktymizacji powinno przypominać nam - psychologom, psychoterapeutom, że pomoc udzielana osobom doświadczającym przemocy powinna cechować wyjątkowa cierpliwość, życzliwość i wyrozumiałość oraz że jest to niekiedy długotrwały proces, w którym możemy być pierwszymi osobami, jakie zmienią bieg „urazowych" doświadczeń.

Dzięki temu, że od kilkunastu lat coraz głośniej mówi się o przemocy w rodzinie, a rangę tego problemu potwierdziły kampanie, publikacje, filmy, a przede wszystkim ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, wiemy coraz więcej o tym, co się dzieje w rzeczywistości zewnętrznej osób doświadczających przemocy, ale także wewnętrznej, w której zachodzą procesy tłumaczące ich specyficzne funkcjonowanie. Do takich mechanizmów należy zjawisko wtórnej wiktymizacji, które jest przedmiotem zainteresowania zarówno specjalistów z dziedziny prawa, jak i tych, których żywo zajmują zachodzące w człowieku procesy psychologiczne.

Wiktymizacja

1 poziom - Zburzenie utrwalonych przekonań na temat siebie i świata

Nasze przekonania na własny temat i otaczającego świata można porównać do „twardego dysku" w komputerze, na którym utrwalane są ważne wiadomości. Proces ten rozpoczyna się od narodzin (choć specjaliści od medycyny prenatalnej uważają, że jeszcze wcześniej), a kończy na śmierci. Dla jednych jest to fascynująca przygoda móc poznawać siebie i otaczający świat. Inni za wszelką cenę (w krótkim czasie) chcą osiągnąć taki poziom wiedzy, który pozwalałby na odnalezienie się w każdej sytuacji. I jednych, i drugich może zaskoczyć - lub wręcz przytłoczyć -doświadczenie przemocy. Zmieni ono przekonania w naszym systemie poznawczym. Jeden z twórców podejścia poznawczego w psychologii i psychoterapii Aaron Beck powiedział, że „świat w swojej istocie nie jest ani dobry, ani zły dopóki człowiek nie przypisze mu jakiejś oceny, atrybucji". Owa ocena będzie determinować znak naszych emocji oraz takie, a nie inne zachowanie.

Oto przykład Anny: Ma 38 lat. Pochodzi z domu, w którym obserwowała partnerską, pełną zaufania, wzajemnego szacunku relację między rodzicami. Anna nigdy nie słyszała, by któreś z rodziców zwracało się do drugiego wulgarnymi słowami. Nie było mowy o używaniu siły fizycznej. Nie znaczy to, że jej rodzice nie różnili się w pewnych sprawach, ale zawsze, nie raniąc siebie nawzajem, potrafili o tym porozmawiać. Anna mówi, że była „wybredna" w poszukiwaniu partnera życiowego. Pod koniec studiów, po paru krótkich związkach, poznała Krzysztofa. Miała nadzieję, że to ten „na całe życie". Kolejne sytuacje, w których razem bywali, tylko ją w tym upewniły. Krzysztof odnosił się do niej z szacunkiem, chwalił ją w towarzystwie za mądrość, zaradność i urodę. Koleżanki jej zazdrościły, bo przy Krzysztofie ich partnerzy wypadali „blado". Kończyli dobre studia i postanowili się pobrać, aby - jak mówi Anna - „przebojem podbić świat". Rodzina i znajomi do dziś uważają, że ślub i wesele były niezapomniane. Anna mówi, że niezapomniany (choć chciała go wymazać z pamięci) był moment, kiedy Krzysztof wrócił z rozmowy kwalifikacyjnej w firmie, do której aplikował o zatrudnienie na wysokim stanowisku. To była ostatnia faza rekrutacji. Pozostali najlepsi z najlepszych. Jednak osoby odpowiedzialne za rekrutację po naradzie z szefami oznajmiły Krzysztofowi, że zatrudnią kogoś innego. Anna, korzystając z doświadczenia z domu rodzinnego i własnych przekonań wiedziała, że powinna być wtedy blisko Krzysztofa i udzielić mu wsparcia. Pamięta, że powiedziała coś w rodzaju „na tej firmie świat się nie kończy" i nagle wyraz twarzy jej męża zmienił się jak nigdy dotąd. Najpierw powiedział, że jak nie rozumie, ile ta sytuacja go kosztuje, to niech się nie odzywa, a kiedy próbowała coś jeszcze powiedzieć - została uderzona w twarz i usłyszała, że może ręcznie trzeba jej wytłumaczyć, że ma milczeć. Pierwszy raz w życiu Anna została uderzona i to przez najbliższą osobę.

Zaczęła doświadczać tego, co w psychologii nazywa się dysonansem poznawczym. Jej dotychczasowe życie ugruntowało przekonanie, że partner to przyjaciel, osoba, której można w pełni zaufać, w obecności której czujemy się najbezpieczniej. Zachowanie Krzysztofa nie pasowało do tej charakterystyki, dlatego - żeby osiągnąć spójność poznawczą - Anna znalazła przekonujące ją samą wytłumaczenie dla zaskakującego zachowania męża. Niestety, kolejne doświadczenia z jego agresją potoczyły się dość szybko, a ona miała coraz mniej sił, żeby stawić im czoło. Poza tym, jak mówi, zabrało jej trochę czasu uświadomienie sobie, że jej związek w niczym nie przypomina małżeństwa jej rodziców.

Anna była osobą, która miała wiele marzeń i planów. Ich towarzyszem i uczestnikiem miał być Krzysztof. Obecnie żyje z dnia na dzień (skrócenie perspektywy czasowej). Trudno jej powiedzieć, co będzie robić w przyszłym tygodniu, a cóż dopiero w sezonie urlopowym. Mówi, że to nie zależy od niej. Porównuje się do sapera na polu minowym, który mimo wiedzy i doświadczenia, i tak ryzykuje swoim zdrowiem i życiem. Nadal nie dysponuje „pełną wiedzą" o tym, co może zdenerwować Krzysztofa i spowodować, że będzie zagrożona. Nigdy nie przypuszczała, że tej podstawowej potrzeby każdego człowieka, jaką jest poczucie bezpieczeństwa, tak bardzo jej zabraknie (utrata poczucia bezpieczeństwa).

Jednym z marzeń, które udało się zrealizować Annie jest macierzyństwo. Mają dwoje dzieci: 14-letniego syna  i 10-letnią córkę. Słysząc o cyklu przemocy, Anna przypomina sobie, jak w jednej z wielu faz „miodowego miesiąca" Krzysztof wrócił z pracy w bardzo dobrym humorze. Przyniósł ze sobą dwa prezenty: modną bluzkę dla Anny i nową zabawkę dla córki (syn był wtedy na obozie harcerskim). Wręczając obu prezenty powiedział: „bo byłyście grzeczne" (czucie się jak małe dziecko). Anna mówi, że do końca życia będzie pamiętać ogromne, pełne zdziwienia oczy swojej 6-letniej wówczas córki, które mówiły: „mamo przecież Ty nie jesteś dzieckiem, dlaczego słyszymy to samo?".

Nikt z otoczenia Anny nie podejrzewał, jaki dramat przeżywa ona we własnym domu. Na zewnątrz jej mąż był kulturalnym, szarmanckim, pełnym uroku człowiekiem, uwielbianym nawet przez jej mamę, która niczego złego nie podejrzewała. Anna miała podstawy przypuszczać, że nikt nie da wiary jej opowieściom. Zresztą przeżywała zbyt silne poczucie winy i wstydu, by dzielić się swoimi przeżyciami z innymi. Poza tym doszła do wniosku, że jeśli jest w tak okrutny sposób raniona przez najbliższą osobę, to istnieje większe ryzyko skrzywdzenia przez innych, z którymi nie czuje się tak bardzo związana (pragnienie Wycofania się i izolacji od ludzi).

W ten sposób zaczął funkcjonować mechanizm „błędnego koła". Stopniowo Anna przerywała kontakty z ludźmi, z którymi miała dotąd satysfakcjonujące relacje (co spotykało się z niezrozumieniem owych osób i opinią, że Anna dziwaczeje). Pod wpływem opinii Krzysztofa jej poczucie wartości było coraz niższe. Obawiała się, że ludzie odkryją, jaka jest „beznadziejna", a za nic nie chciała usłyszeć z ust innych osób potwierdzenia słów swojego męża. Znalazła więc wyjście - odsunęła się od ludzi.

Zmianom w postrzeganiu siebie i otaczającego świata towarzyszyły adekwatne do dokonanej przez nią oceny uczucia (przeżywanie bezsilnego gniewu, złości i lęku).

Coraz częściej i silniej Anna odczuwała gniew raz na Krzysztofa, że ją w taki sposób traktuje, innym razem na siebie, że nie jest dość silna, by zmienić swoją sytuację. Poza tym gniew i złość na siebie wydawały się bezpieczniejsze, ponieważ każdy przejaw ujawnionej przez Annę irytacji spotykał się z odwetem ze strony jej męża. Niestety gniew i złość skierowane przeciwko sobie osłabiały klientkę i wydłużyły drogę do konsekwentnej zmiany jej sytuacji.

II poziom - Wtórne zranienia

Wtórne zranienia powodowane są najczęściej przez niewłaściwe reakcje otoczenia - niewiarę, zaprzeczanie, pomniejszanie krzywdy, obwinianie ofiary, piętnowanie, odmowę pomocy, okrucieństwo.

Iwona (54 lata) przeszła długą, jak sama mówi, drogę awansu społecznego. Wychowała się na wsi, gdzie normą było, że ciężko pracujący w gospodarstwie mężczyźni oddawali się po pracy jedynej rozrywce, czyli piciu alkoholu. Mimo upływu lat, kiedy Iwona opowiada o zachowaniach ojca po alkoholu, jej twarz wyraża smutek i strach, jakby nadal przeżywała to, co wtedy, gdy była małą dziewczynką. Wiele razy bała się o życie swojej matki, jednocześnie miała do niej pretensje, że nie odejdzie od ojca. Iwona zaplanowała, że jak najszybciej wyrwie się z domu. W tym celu pracowała na jak najlepsze wyniki w szkole. Nie było łatwo być prymuską w klasie, jednocześnie mając dużo obowiązków w gospodarstwie. Zaczęła jednak otrzymywać nagrody i stypendia.

Kluczowym momentem był wybór liceum z internatem w mieście wojewódzkim. Znów była najlepsza i to w całej szkole. Teraz, bez obowiązków gospodarskich, mogła w zupełności oddać się nauce. Pod koniec liceum znalazła się w finale olimpiady matematycznej i otrzymała indeks na uczelnię techniczną. Studia były trudne, ale bardzo interesujące. Okazało się, że Iwona ma zdolności do nauki języków obcych. Wakacje wykorzystywała do zarabiania pieniędzy w gospodarstwach w Niemczech i Francji. Przy tej okazji biegle opanowała angielski, niemiecki i francuski. Kończąc studia, miała już gwarancję pracy w dobrej, zagranicznej firmie (to oni się do niej zgłosili).

W pracy poznała obecnego męża, który imponował jej intelektem, elegancją, a co najważniejsze - nie spożywał alkoholu (zupełne przeciwieństwo jej ojca). Pięć pierwszych lat małżeństwa Iwona uważa za udane. Kiedy urodził się ich syn, wszystko się zmieniło jak za dotknięciem „czarodziejskiej różdżki". Mąż jej zarzucał, że odstawiła go na „boczny tor", że czuje się niepotrzebny. Uważał, że musi się przed nią bronić, bo jest wykorzystywany i zdominowany. Jednocześnie odrzucał propozycje Iwony, by pójść na wspólną sesję do psychologa.

Obecnie mąż używa wobec niej najgorszych słów. Zarzuca jej „marne, wiejskie pochodzenie i geny psychicznie chorego ojca". Nigdy jej nie uderzył, ale jak twierdzi klientka - czasem zazdrości tym, którzy po przemocy mają widoczne ślady, bo dla innych osób jest to wiarygodny dowód. Iwona długo, przez kilkanaście lat, znosiła swoją sytuację w samotności. Kiedy mąż zaczął ją źle traktować, w Polsce jeszcze nie mówiło się głośno o przemocy. Potem trudno jej było przyjąć do wiadomości, że ona, kobieta sukcesu zawodowego, poniosła porażkę w życiu osobistym.

W końcu przyszedł moment, kiedy postanowiła wyznać prawdę swojej matce. Liczyła, że ona ją zrozumie, spojrzy na sytuację przez pryzmat własnych doświadczeń z nieżyjącym już ojcem Iwony. Okazją do tego miała być wizyta świąteczna w domu rodzinnym. Kiedy w obecności kilkunastu osób mąż zaczął ją krytykować, ośmieszać i poniżać, pomyślała, że matka będzie miała „dobry", choć dla Iwony bolesny, przykład jak wygląda życie jej córki. Jeszcze w czasie wizyty gości, kiedy spotkały się w kuchni, matka stwierdziła, że pewnie Iwona zasłużyła sobie na takie traktowanie i nie potrafi docenić, jakiego ma dobrego męża (obwinianie ofiary). Matka dodała jeszcze, że jeśli ona wytrzymała z ojcem, który nadużywał alkoholu i ją bił, to Iwona nie powinna wyolbrzymiać swojego problemu i dzielnie znieść takie „nieporozumienia" (zaprzeczanie i pomniejszanie doświadczeń ofiary). Tego Iwona się nie spodziewała. Poczuła żal i rozgoryczenie, ale z drugiej strony zaczęła się zastanawiać, czy matka nie ma racji.

Iwona postanowiła pójść do psychologa w sprawie syna, którego zachowanie zaczęło ją niepokoić. W niektórych sytuacjach bardzo przypominał swojego ojca. Psycholog wysłuchała ją cierpliwie, po czym zadawała pytania sugerujące, że Iwona wymyśliła sobie tę historię (kwestionowanie prawdziwości opowieści ofiary), żeby „modnym tematem", jakim jest przemoc, pognębić męża i przejąć pokaźny majątek, który posiadają (sugerowanie chęci zysku). Na koniec dodała, że ona nie widzi żadnego problemu i nie da się wykorzystać do takich gierek (odmawianie pomocy ofierze). Po tych doświadczeniach Iwona przez kilka lat nie szukała pomocy.

III poziom wikłymizacji - Przyjmowanie tożsamości ofiary

Po rozmowie telefonicznej z psychologiem Basia (43 lata) bez przekonania przyszła na rozmowę do Poradni Pogotowia „Niebieska Linia". Zjawiła się długo przed umówioną godziną. Już w poczekalni zwracała uwagę swoim zachowaniem. Dopytywała pracownika sekretariatu czy psycholog, z którym jest umówiona jest kompetentny i ilu osobom pomógł. Nerwowo przemierzała korytarz, oczekując godziny swojego spotkania. Po rozpoczęciu rozmowy poinformowała, że nie jest to jej pierwsza wizyta u psychologa. Od dawna szuka pomocy, ale nikt nie jest w stanie jej pomóc. Te i inne wypowiedzi wskazywały, że Basia jednoznacznie ocenia swoją sytuację (myśli o sobie jako osobie skazanej na bycie ofiarą).

Ona sama uważa, że nie uwolni się od męża, który od 20 lat znęca się nad nią. Basia doskonale zdaje sobie sprawę, że jest to przemoc i posiada sporą wiedzę na temat swojego problemu. Okazało się, że podejmowała wiele prób poradzenia sobie z przemocą, ale były one nieskuteczne, za co obwiniała wyłącznie siebie. Krytykowała siebie za decyzje z przeszłości i te obecne (nietolerancja dla własnych błędów). Wreszcie, kiedy psycholog zaczął dopytywać o konkretne sytuacje związane z przemocą, Basia opowiadała o nich dość ogólnikowo, następnie niespodziewanie zaprzeczyła występowaniu przemocy i temu, że potrzebuje pomocy. Powiedziała, że są z pewnością osoby, którym bardziej potrzebne jest wsparcie, a ona pewnie zajmuje czas przeznaczony dla kogoś innego (zaprzeczanie trudnościom osobistym). Reakcji psychologa (życzliwej konfrontacji), która miała zwracać uwagę na to, co robi, Basia jakby nie słyszała. Klientka zaczęła roztaczać wizję własnej osoby, która z pewnością z powodu pecha, małej zaradności, niskiej inteligencji, a przede wszystkim przeznaczenia, jakim jest cierpienie, spędzi resztę swojego życia źle traktowana przez męża. Uśmiechała się wtedy smutno mówiąc, że będzie miała załatwiony za życia czyściec i odpokutuje za wszystkie swoje grzechy (poniżanie się i tworzenie z tego własnej filozofii życia).

Wreszcie Basia - przypominając u ilu psychologów wcześniej była - zapytała obecnego, co ma jej do zaproponowania. Doskonale można było dostrzec jak z każdą minutą rośnie jej napięcie. W pewnym momencie przerwała rozmowę mówiąc, że takie „pomysły" słyszała już wcześniej i albo ktoś zabierze ją z dziećmi z domu i zmieni jej życie, albo niech jej nie przekonuje, że można zmienić tę trudną sytuację (myślenie w kategoriach wszystko albo nic*). Nie była zainteresowana żadnym procesem ani metodą „małych kroków". Pod koniec rozmowy oświadczyła, że może w przypadku innych osób proponowane rozwiązania są skuteczne i inni bardziej zasługują na lepsze życie bez przemocy. Uważała, że w jej przypadku przepisy prawne nie mają zastosowania, a godność i poczucie wartości to górnolotne słowa wymyślone przez psychologów (negowanie podstawowych praw osobistych).

Opisane przykłady dowodzą, że nie ma określonego wieku, statusu społecznego, sytuacji materialnej i innych okoliczności specyficznych dla wystąpienia zjawiska wtórnej wiktymizacji. Jedyną cechą wspólną jest doświadczenie przemocy i proces zachodzący w osobach jej doświadczających na skutek zachowania osoby stosującej przemoc i reakcji otoczenia ofiary. Oczywiście na każdym etapie istnieje możliwość skutecznego zatrzymania przemocy. Wydaje się, że trzeci, ostatni poziom jest najtrudniejszy, bo osoba doświadczająca przemocy sprawia wrażenie jakby nie chciała „pożegnać się" z rolą ofiary, czym może frustrować i irytować osoby chcące udzielić jej pomocy, co niesie kolejne zagrożenie „wtórnego zranienia". Zjawisko wtórnej wiktymizacji powinno nam przypominać, że pomoc udzielaną osobom doświadczającym przemocy powinna cechować wyjątkowa cierpliwość, życzliwość i wyrozumiałość oraz że jest to niekiedy długotrwały proces, w którym możemy być pierwszymi osobami, jakie zmienią bieg „urazowych" doświadczeń.

Piotr Antoniak - psycholog, kierownik kliniczny w Ogólnopolskim Pogotowiu dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia" IPZ, Warszawa.