Grzeczni chłopcy i milutkie dziewczynki

Agnieszka Czapczyńska

Niebieska Linia nr 2 / 2000

Dziecko w swoim rozwoju psychicznym przechodzi od początkowej fazy autyzmu, w której nie jest zdolne dokonać rozróżnienia między sobą a światem zewnętrznym, poprzez fazę symbiozy, czyli całkowitego stopienia się z matką, po fazę separacji-indywidualizacji, w efekcie, której uzyskuje poczucie tożsamości. Ten ostatni etap rozpoczyna się od około 16 miesiąca życia i trwa mniej więcej do 3 roku.

W fazie separacji dobrze rozwijający się maluch zamienia się w trudnego we współżyciu, upartego, dążącego do nieustannej dominacji rozrabiakę. Jeśli idzie ulicą nietrzymany kurczowo za rączkę, to najprawdopodobniej kilkakrotnie zmieni kierunek marszu (zazwyczaj odwrotny, niż życzyłby sobie dorosły). Kiedy poprosimy go o niewchodzenie na murek, natychmiast zacznie się na niego wdrapywać. Jeśli damy mu koszyk, do którego ma wrzucać zabawki, z reguły zacznie je z niego wyciągać. Może nie umieć jeszcze żadnego innego słowa, ale jeśli chodzi o "nie" jest prawdziwym mistrzem. I tak dalej, i tak dalej. Każdy opiekun ma pełną kieszeń podobnych historii.

Dla rodziców taki rozwój wydarzeń oraz pojawiające się zmiany zachowania dziecka mogą być przerażające. Często, nieświadomi prawidłowości rozwojowych, traktują je jako wyraz swojej słabości wychowawczej i reagują zaostrzonym rygorem. Dziecko zaczyna uczyć się własnych granic, próbuje za wszelką cenę odróżnić się od otoczenia, odnaleźć własną przestrzeń. Równocześnie, jeśli chodzi o jego rozwój intelektualno-emocjonalny, jest w porównaniu z dorosłymi kimś z zupełnie innej planety. Jedynym jego wymiarem czasowym jest "teraz" (wobec czego jakiekolwiek czekanie nie wchodzi w grę), nie istnieje jeszcze umiejętność empatycznego współodczuwania z innymi (więc nie ma różnicy, czy bije się patykiem, w ścianę, czy w pieska), słowa (a więc też polecenia werbalne) są na tyle abstrakcyjne, że nie mogą skłonić dziecka do działania, nie posiada ono mechanizmu kontroli emocjonalnej, wobec czego w najbłahszej (z naszego punktu widzenia) sprawie prezentuje prawdziwie melodramatyczne wybuchy złości czy smutku.

Reasumując - mamy do czynienia z niedojrzałym w każdej sferze życia maluchem, który jakimś zrządzeniem natury potrzebuje poczuć się samodzielny i choć trochę spróbować własnych sił. To irracjonalnie buntownicze zachowanie stanowi ogromne
wyzwanie dla nas dorosłych,
nauczonych szanować porządek i normy życia w społeczeństwie. Usiłujemy więc nagiąć dziecko do swoich oczekiwań o "grzecznym chłopczyku" czy "miłej dziewczynce".

Gdybyśmy jednak już w tym okresie życia częściej pozwalali chodzić naszym dzieciom własnymi ścieżkami czy też mówić ich ulubione "nie" (o ile ocenimy, że jest to dla nich bezpieczne i nie narusza naszych granic), być może nie byłoby później potrzeby uczyć nastolatków asertywności czy obrony swoich praw.

Nam jednak wydaje się, że wychowywanie polega na dostosowaniu dziecka do wymagań świata zewnętrznego. Często przybiera to formę walki pomiędzy naturalnymi potrzebami i emocjami dziecka a akceptowanymi społecznie oczekiwaniami rodziców. Oto jak wygląda to w praktyce.

Gdy mała dziewczynka idzie się bawić do piaskownicy, mama poucza ją, żeby nie brudziła rączek w piasku, uważała na nową sukienkę, nie ubabrała zamszowych bucików itp. (kryje się za tym komunikat: musisz być zawsze czysta, nie możesz pozwolić sobie na chwilę zapomnienia). Każdy z nas był na pewno świadkiem sytuacji, gdy w parku (miejscu stworzonym do dziecięcego szaleństwa) mamy nie pozwalają dzieciom krzyczeć, bo panią zaboli głowa albo rozchorujesz się na gardziołko. Tym samym nieświadomie przekazują dziecku przekonanie, że w świecie, w jakim przyszło mu żyć, nie ma miejsca na swobodną ekspresję zabawy i przyjemności. Być może między innymi. Stąd bierze się później niezdolność dorosłych do ekstatycznego bawienia się, o ile nie "znieczulą" swoich mechanizmów obronnych alkoholem. Gdyby chcieć wyliczyć wszystkie ograniczenia, jakie stawiamy naszym rozwijającym się, buntowniczym maluchom, nie starczyłoby mi miejsca. Lista, jaką pamiętam z mojego dzieciństwa to: trzymaj się blisko mamy, nie jedz nigdy lodów i nie pij zimnych napojów, nie zawracaj głowy tacie, bo jest zmęczony po pracy, nie biegaj bez ubrania po kąpieli, zasypiaj zgodnie z oczekiwaniami rodziców, jedz posiłki tak jak dorośli, nie baw się z dziećmi, których nie akceptują rodzice itp.

Alice Miller pisze w "Dramacie udanego dziecka": przystosowanie się do potrzeb rodziców prowadzi często do osobowości "jak gdyby" (as if personality) lub tego, co określane jest jako fałszywe ja. Człowiek wykształca w sobie postawę, dzięki której pokazuje jedynie to, czego się od niego oczekuje i w końcu całkowicie się z tym stapia. Zdaniem terapeutki tragedia utraty siebie, której ofiarą padają dzieci, prowadzi w życiu dorosłym do pojawienia się stanów depresyjnych bądź ich drugiego bieguna, tj. manii wielkości, stanów lękowych, poczucia bezsensu istnienia czy też samotności. Nie jest to w żadnym razie zjawisko z marginesu społecznego. Zdaniem Johna Bradshowa każdy z nas doświadczył przemocy emocjonalnej, gdy opiekunowie tłumili nasze silne uczucia (np. takie jak złość czy rodząca się seksualność), ograniczali nasze prawo do wolności (np. przy wyborze ubrania, posiłku lub towarzyszy zabawy) czy karali wszelkie przejawy niezależności.

O dziecku, które poddało się presji dorosłych, panie z sąsiedztwa mówią z podziwem: Jakie to dobre dziecko, jakby go wcale nie było. W tym określeniu tkwi istota sprawy. Grzeczna dziewczynka czy chłopiec jest rzeczywiście dobrym, czułym i kochającym swoich najbliższych maluchem, któremu normy dorosłych odebrały prawo do bycia dzieckiem ze wszystkimi jego niedojrzałymi jeszcze uczuciami i potrzebami.

Nie chodzi tu o wytaczanie wojny dorosłym, którzy też w końcu byli dziećmi i prawdopodobnie sami doświadczyli niszczącej mocy rodzicielskich przekonań i teraz przekazują je następnemu pokoleniu. Ważne, by z większą uwagą przyglądać się własnym działaniom wychowawczym. Nie istnieje żadna uniwersalna recepta, którą można by zaordynować rodzicom, aby nie niszczyli emocjonalnie dzieci. Nauczyciele duchowości podają jedną - więcej świadomości. Świadomości potrzeb własnych i dziecka, czy świadomości praw rządzących rozwojem malucha.

Wróćmy np. do sprawy brudzenia się. Przecież dziecko ma "prawo i obowiązek" brudzić się, taplać w błocie, przewracać oraz niszczyć spodnie i buciki w szaleńczych gonitwach. Z drugiej strony mama ma prawo oczekiwać, że nowa sukienka ostanie się w dobrej formie do wizyty teściowej, a dziecko nie będzie jadło brudnymi od piasku rękami. Jeżeli będziemy mieć świadomość potrzeb obydwu stron,
nietrudno znaleźć sensowny kompromis
dziewczynka idzie do piaskownicy w starym dresie i robi tam, co chce, sukienka doczeka w dobrym stanie na spotkanie z teściową, mama uczy dziecko, że przed wzięciem do ręki jabłka czy kanapki trzeba zawsze wytrzeć dłonie mokrą chusteczką.

To samo z hałasowaniem. Krzyk czy głośny śpiew jest sposobem na zaznaczenie swojej obecności, rozładowanie energii czy też po prostu jest sam w sobie źródłem przyjemności. Jeżeli zabierzemy go dziecku, zabierzemy mu być może na całe życie prawo do tego rodzaju ekspresji. Ile kobiet czy mężczyzn cierpi z powodu uległości i niemocy obrony siebie, choćby poprzez podniesienie głosu! Być może są to osoby, którym zabroniono tego w już w pierwszych momentach życia. Z drugiej strony świat nie składa się tylko z maluchów, które potrzebują dla swojego psychicznego dobrostanu wydzierać się w najmniej oczekiwanych momentach. Poszukajmy wobec tego kompromisu. Wyprowadźmy dziecko z kościoła, jeśli przeszkadza innym osobom (zamiast sykiem i poszturchiwaniem uciszać je), wyjdźmy na chwilę ze sklepu, jeśli czujemy, że awanturnictwo naszego malucha nie pozwala skupić się sprzedawczyni, wciśnijmy mu do ręki klocki, gdy o trzeciej nad ranem zaczyna jeździć po domu rowerkiem i trąbić klaksonem. Ale z drugiej strony pokażmy mu też miejsca, w których będzie mu wolno krzyczeć "ile dusza zapragnie".

Każdy z nas, dorosłych, ma w sobie potencjał by zatrzymać pokoleniowy łańcuch przemocy emocjonalnej. Wymaga to tylko uważnego przyglądania się swojej relacji z dzieckiem, jasnego definiowania swoich granic i bacznej obserwacji wpojonych nam przekonań (nie wiadomo, czy są one złe, ale dla pewności sprawdźmy). Nie musimy być doskonałymi rodzicami, wystarczy, że będziemy - jak to nazywa Donald Winnicott - wystarczająco dobrzy i nie przeszkodzimy naszym dzieciom w realizacji ich wrodzonego potencjału.

A.C.