Co to są prawa człowieka?

Marek Nowicki

Niebieska Linia nr 1 / 2000

O prawach człowieka można mówić wyłącznie w relacjach jednostka - władza. Istnieje władza i ktoś tej władzy podlega. Ich podmiotem jest pojedynczy człowiek. Nie można mówić w obrębie praw człowieka o prawach kolektywnych - o prawach mniejszości narodowych, prawach kobiet czy więźniów wszystkich razem wziętych - to język polityki. Można natomiast mówić o prawach osób należących do mniejszości narodowych, o prawach każdej kobiety czy więźnia z osobna.

Jest więc pojedynczy człowiek i jest potężne państwo z całym aparatem władzy. I prawa człowieka rozgrywają się między tą jednostką a instytucją państwa. Działają wertykalnie. Nie działają natomiast horyzontalnie, na przykład pomiędzy mną a sąsiadem, pomiędzy mną a żoną, gdzie nikt nie ma władzy nad drugim, przynajmniej nie w takim sensie, o jakim mówię. Stosunki sąsiedzkie czy rodzinne są źródłem licznych uprawnień i zobowiązań, nie są jednak domeną praw człowieka.

Dla rozróżnienia - jeśli pobije mnie chuligan to nie mogę mówić, że zostały naruszone prawa człowieka.

Jeśli pobije mnie policjant, to jest to kwestia praw człowieka.

Bo pobił mnie przedstawiciel władzy, pobiło mnie państwo. Muszę wówczas mieć zagwarantowaną procedurę prawną, która pozwoli mi wystąpić przeciwko instytucji państwa i domagać się zadośćuczynienia. Natomiast, jeśli mnie zbije chuligan, to nie mogę iść do sądu ze skargą na nieudolność policji i domagać się, by policjantów było więcej, czy żeby byli lepiej wykształceni. Nie mogę wtedy skarżyć premiera, rządu państwa do sądu międzynarodowego.

Nie można stąd wyciągnąć wniosku, że państwu nic do tego, gdy mnie bije chuligan. Bo obowiązkiem państwa jest oczywiście walka z przestępczością i dbanie, by tych chuliganów było jak najmniej. Ale w tej sytuacji nie przysługuje mi procedura skargi na państwo. Nie można mówić, że nieudolność polityków spowodowała, że pobił mnie chuligan, i że w związku z tym zostały naruszone prawa człowieka.

Współczesne

myślenie o prawach człowieka pojawiło się u schyłku XVIII wieku,

kiedy na terenie Ameryki Północnej powstawały Stany Zjednoczone, a w Europie trwała Wielka Rewolucja Francuska.

Ważnym pojęciem, które wtedy się pojawiło, było pojęcie godności osobowej człowieka. Jest to w ogóle podstawowe pojęcie w koncepcji praw człowieka, bez zrozumienia którego nie można zrozumieć idei tych praw. Godność osobowa związana jest z samą istotą człowieczeństwa, wynika z faktu bycia człowiekiem, posiada ją zarówno dziecko, które jeszcze niczego ani dobrego ani złego w życiu jeszcze nie dokonało, jak i największy zbrodniarz. Dlatego godność osobową należy odróżnić od godności osobistej, która z kolei jest pojęciem bliskim honorowi - na tę godność trzeba sobie zapracować. Kiedy postępujemy szlachetnie, nasza godność osobista rośnie, gdy postępujemy podle, tracimy godność osobistą - honor. Nie tracimy jednak godności osobowej.

Godność osobowa wynika z niepowtarzalności każdego człowieka. Nie ma dwóch takich samych osób, z tym samym bagażem przeżyć, emocji, miłości, nienawiści. Każdy z nas jest niepowtarzalny i to właśnie jest źródłem godności osobowej człowieka.

Cała konstrukcja praw i wolności człowieka służy ochronie godności osobowej każdego z nas w relacjach z władzą państwową, ochronie człowieka przed poniżeniem, upokorzeniem, nieludzkim traktowaniem przez potężne, wyposażone w środki przymusu państwo. Równocześnie nakłada na państwo obowiązek ochrony tej godności, gdyby inne osoby ją naruszyły.

Prawa i wolności nie gwarantują, że będziemy kochani, szczęśliwi, że dobrze będzie nam się wiodło, nie gwarantują nawet sprawiedliwości ani minimum dobrobytu. Chronią nas jedynie przed upokorzeniem, zamachem na naszą godność.

Prawa człowieka pozwalając zachować jednostce indywidualizm, są przeciwieństwem tego, co narzucały systemy totalitarne tworząc "nowego człowieka", wymyślonego przez dyktatorów. Tacy "idealni" obywatele mówią to samo, myślą to samo, a w skrajnych wariantach ubrani w chińskie mundurki maszerują krok w krok lub układają się na stadionach w żywe obrazy ku czci Wodza-Ojca lub organizującej ich życie idei.

Wracając do schyłku XVIII wieku: w Ameryce

osadnicy toczyli swoje wozy na zachód,

było do woli urodzajnych ziem, wystarczyło wbić parę palików, ogrodzić kawałek prerii i powiedzieć teraz będę tutaj hodował bydło, będę sadził rośliny - to jest moje.

Państwo, które tworzyli Amerykanie, potrzebne im było jedynie do obrony przed wrogiem wewnętrznym i zewnętrznym. Miało ono stworzyć instytucję szeryfa i wymiaru sprawiedliwości, które chroniły przed wrogiem wewnętrznym, oraz armię, która broniłaby przed wrogiem zewnętrznym - Indianinem, który traktowany był jako wróg zewnętrzny. W zasadzie do końca XVIII wieku nie było do niczego więcej państwo Amerykanom potrzebne. I tak powstała amerykańska koncepcja wolności od państwa, w której rola państwa ogranicza się do roli stróża nocnego - pełniącego funkcję obronną. Każda inna ingerencja państwa w życie osadników była niepożądana, zagrażała szansie na sukces. Jednocześnie w preambule Deklaracji Niepodległości pojawił się zapis o prawie dążenia do szczęścia, rozumianym jako prawo negatywne: Amerykanin jest wolny w swym dążeniu do szczęścia, a państwo ma mu w tym nie przeszkadzać; kwestia mojego szczęścia jest moją prywatną sprawą.

W tym samym czasie sytuacja była zupełnie inna

w Europie, nie było wolnej ziemi

do wzięcia, większość ludzi poddana była władzy ekonomicznej wielkich właścicieli ziemskich. Europejczyk myślał więc inaczej: "Ech, gdyby król wiedział, jak ten ciemiężyciel mnie dręczy, to by wziął go za gardło, zrobił porządek i dałby mi wolność od tego tyrana". Ludzie ci oczekiwali, że państwo da im wolność. Stąd powstała koncepcja wolności przez państwo, państwo, które ma uszczęśliwić obywatela. W dokumentach Rewolucji Francuskiej prawo obywateli do szczęścia zostało zapisane właśnie w takim duchu.Jeśli ja mam do czegoś prawo, to znaczy, że państwo ma obowiązek coś w tej sprawie zrobić. Obowiązkiem państwa jest więc takie działanie, żebym był szczęśliwy. Od razu widać, jak bardzo koncepcja ta różni się od koncepcji amerykańskiej, gdzie pan prezydent nie odpowiada za to bym był szczęśliwy i tego realizować.

Roszczeniowość europejskiej koncepcji wolności z czasem znalazła odbicie w historii. To w Europie

pojawiły się rządy, które wierzyły, iż wiedzą, co jest dobre

dla ludzi i jak ich można uszczęśliwić, co gorsze, niektóre próbowały to nawet realizować.

Prawo to obowiązek rządzących zrobienia czegoś czynnie dla każdego z nas. Jeśli istnieje prawo do nauki, to znaczy, że rządzący muszą spowodować, aby istniała sieć szkół, umożliwiających każdemu dziecku pobieranie nauki. Jeśli dziecko nie będzie miało możliwości kształcenia się (choćby dlatego, że szkoła położona jest zbyt daleko, nie dysponuje internatem, nie organizuje dojazdów), będziemy mieli do czynienia z naruszeniem prawa do nauki. Podobnie z prawem do sądu. Nakłada ono na państwo obowiązek zbudowania sieci sądów, co umożliwi każdemu oddanie sądowi do osądzenia ważnej dla niego sprawy.

Jeżeli natomiast przysługuje mi wolność - wolność słowa, wolność sumienia, wyznania to znaczy, że są to

obszary mojego życia zabronione dla władz.

Władza ma się nie wtrącać, nie ingerować w to, co ja mówię, myślę, w jakiego Boga wierzę. To moja prywatna sprawa, czy chcę spędzić wakacje pod Łowiczem, czy na Wyspach Kanaryjskich - to nie jest problem władz państwowych.

Krótko mówiąc, jeśli mam prawo, to obowiązkiem władz jest coś dla mnie zrobić, jeśli przysługuje mi wolność, państwo ma się powstrzymać od działania.Ważnym pojęciem jest pojęcie równości, jeszcze trudniejsze niż pojęcia godności i wolności.

Gdy słowo równość pada z ust polityków miewa rozmaite znaczenie. Każdy jest za równością, ale dla każdego oznacza ono coś innego.

Trywializując - dla kogoś o komunistycznym rodowodzie ideologicznym równość będzie oznaczała równość należnych świadczeń - równość warunków życia. Uosobieniem tego myślenia były hasła popularne w latach 60-ych: "Wszyscy mamy takie same żołądki. Nie ma żołądków lepszych i gorszych. Jeżeli o równości mówi socjalista, to on mówi o równości szans. Ludzie wchodzący w życie powinni mieć te same szanse, powinni startować z podobnego miejsca. Potem człowiek zdolny i pracowity zrobi karierę, a inny, leniwy i głupi - nie. Nastąpi naturalne zróżnicowanie, ale punkt startu powinien być równy.

Wreszcie gdy liberał mówi o równości, to on ma na myśli dwie rzeczy: równość praw i równość przed prawem.

Równość praw to pojęcie bardzo bliskie zakazowi dyskryminacji. Dyskryminacją zaś jest każde nieuzasadnione racjonalnie, zróżnicowanie praw i uprawnień. Nieuzasadnione - a nie jakiekolwiek. Niekiedy różnicuje się prawa, nie naruszając zakazu dyskryminacji. Przepis zabraniający niewidomemu prowadzenia samochodu nie byłby dyskryminujący, jest bowiem racjonalny. Natomiast zakaz wydawania prawa jazdy blondynkom lub Cyganom byłby z pewnością przejawem dyskryminacji.

Nie wolno różnicować ludzi bez ważnego powodu,

Istnieje w polskiej Konstytucji przepis mówiący o tym, że zakazuje się dyskryminacji ze względu na jakąkolwiek przyczynę. Inny przepis mówi, że mężczyzna i kobieta mają równe prawa w czterech obszarach życia: w życiu społecznym, gospodarczym, politycznym i rodzinnym. Równość praw to silniejszy warunek niż zakaz dyskryminacji. Przy zakazie dyskryminacji mówimy, że jeśli będzie ważny powód, to można zróżnicować. Jak nie ma powodu to nie można. Zaś jeśli mężczyzna i kobieta mają równe prawa, to znaczy, że nawet gdyby był powód, to i tak nie można różnicować.

Można w praktyce tworzyć systemy prawne wolne od dyskryminujących przepisów, nie udało się jednak dotąd stworzyć systemu spełniającego drugi z liberalnych czynników równości: równości przed prawem. Wszędzie człowiek bogaty czy sławny jest lepiej traktowany przez funkcjonariusza państwa. Wymyśla się rozmaite systemy mające niwelować tę różnicę, nigdzie jednak nie udało się tego w pełni osiągnąć i być może postulat równego traktowania jest celem praktycznie nieosiągalnym, co nie znaczy, iż można przestać dążyć do jego realizacji.

Tak więc prawa i wolności człowieka wyznaczają obowiązki państwa wobec mnie oraz mówią, czego państwu zrobić ze mną nie wolno. Jeśli mówimy o moich prawach, to nie mogę mieć do nikogo pretensji, że źle działa wymiar sprawiedliwości. Mogę mieć o to pretensje tylko do instytucji państwa. Natomiast jeżeli wchodzimy w obszar wolności, sytuacja jest inna: mogę mieć oczekiwania wobec państwa, zakładam, że instytucje władzy będą broniły mnie przed naruszeniami moich wolności przez współobywateli. Kiedy moje wolności są naruszane przez innego człowieka, wówczas obowiązkiem państwa jest stworzenie mechanizmów, które mnie będą przed tą ingerencją chroniły. Te mechanizmy niestety nigdy nie są skuteczne. Nigdzie na świecie nie udało się zbudować systemu, który by likwidował przemoc, przestępczość, złodziejstwo. Natomiast walka z tego typu zjawiskami jest niewątpliwie zadaniem władzy publicznej.

W przypadku naruszenia moich praw lub wolności przez państwo (prokuratora, policjanta, ministra) przysługuje mi prawo skargi do sądu na to, że państwo mnie krzywdzi. Jeżeli zaś skrzywdzi mnie inny człowiek, a państwo nie zdołało mnie obronić, nie mam możliwości pójścia do sądu i powiedzenia, że to państwo mnie skrzywdziło. Tutaj wchodzi w grę wyłącznie odpowiedzialność polityczna, którą można rozliczyć w kolejnych wyborach.

Zbliżamy się do bardzo ważnego problemu. Jest to

problem granic ingerencji państwa w życie człowieka.

Jest to temat trudny i delikatny. Jest to problem, który w pewnych aspektach jest jeszcze daleki od rozwiązań teoretycznych, a tym bardziej praktycznych. Widać to, gdy zastanawiamy się poważnie nad problemem prawa do życia. Na ile państwo może ingerować w moją wolność życia? Decydować o tym, czy będę żył, czy nie. Państwo nie może mnie zabijać - to pewne. Ale - na ile ja sam mogę rzeczywiście decydować o swoim życiu?

W Niemczech istniało stowarzyszenie, którego członkowie szli do szpitali, w których leżeli pacjenci terminalni, przynosili im truciznę i mówili - "mogę zostawić ci tę truciznę na stoliczku, jeśli zechcesz zażyjesz ją, jeśli nie, to wyrzucisz". Przewodniczący tego stowarzyszenia został skazany na 3 lata pozbawienia wolności, ponieważ uznano, że popełnił przestępstwo. Identyczne stowarzyszenie w Szwajcarii otrzymuje dotacje rządowe, ponieważ z punktu widzenia władz robi rzeczy dobre i słuszne moralnie.
Dwa kraje leżące obok siebie... Trudny problem. Nie ma jednoznacznych odpowiedzi.

I inne pytanie - czy państwo może ingerować np. w to, czy piję wódkę, uzasadniając to szkodliwością alkoholu dla zdrowia? Mogę czy nie mogę? W niektórych krajach wprowadzono przymus państwowy dla dobra obywateli. Amerykanie,

wprowadzając prohibicję, wyprodukowali najwyższy odsetek przestępczości.

A czy państwo może ingerować, gdy jem tłustą golonkę? To jeszcze bardziej szkodliwe dla zdrowia. A czy mogę brać narkotyki? Gdzie jest granica mojej wolności? Czy mogę wypływać daleko w morze, czy mogę zajmować się alpinizmem, czy nie? Jak daleko państwo może ingerować w to, co robię i stosować przymus dla mojego dobra?

Nie tak dawno prawo brytyjskie karało za samobójstwo. Karane było usiłowanie samobójstwa. Kara polegała na tym, że majątek samobójcy przechodził na własność króla. Spowodowało to, że rodzina zaczęła bardziej troszczyć się o swych znerwicowanych członków. W tej chwili w żadnym ze znanych mi państw nie ma przepisu karzącego za samobójstwo, ale wiele państw karze za pomoc w samobójstwie. Moim zdaniem i te przepisy z punktu widzenia praw człowieka budzą wątpliwości. Bo jeżeli ktoś jest na tyle silny, żeby pójść do sklepu, kupić sznur i powiesić się, to wszystko w porządku. A jeżeli ktoś jest taki słaby, że nie może wyjść do sklepu i ja przyniosę mu sznur, to jestem przestępcą? Jest tu jakaś fałszywa nuta.

W pewnej kamienicy, gdzie mieszkają znajomi, żyła samotna staruszka. Staruszka przewróciła się na korytarzu, sparaliżowało ją i musiała leżeć w łóżku, doszła do wniosku, że skoro jest niesprawna, to nie chce już żyć. Nie chce, żeby ktoś ją odwiedzał, żeby jej pomagał, chce umrzeć. Sąsiedzi zaczęli się zastanawiać, co z tym zrobić. Bo jakoś nieprzyjemnie się mieszka, kiedy za ścianą umiera staruszka. Ściągnęli psychologa, psychiatrę, żeby ci porozmawiali ze staruszką przez drzwi. Pogadali i ustalili, że kobieta jest zupełnie normalna. Nie ma powodu sądzić, że cierpi na zaburzenia psychiczne, ona po prostu postanowiła umrzeć.

Czy w takim momencie instytucja państwa może zastosować przymus, zawlec ją do szpitala i leczyć? Czy naruszy wtedy granice wolności?

Gdzie jest granica wolności, gdzie granica ingerencji?

I kolejny problem - co państwo może zrobić na prośbę człowieka? Czego w ogóle możemy oczekiwać od państwa?

W Polsce nie mamy najmniejszego pojęcia, jaki jest zakres eutanazji. Nie prowadzi się żadnych badań w tym kierunku. Helsińska Fundacja Praw Człowieka prowadziła przed kilku laty badania na ten temat. Powiem ze wstydem, że po raz pierwszy wyniki badań schowaliśmy do szuflady. Mieliśmy poczucie, że nie wystarczy nam sił, aby zmienić tę sytuację. Byliśmy za słabi. A prezentowanie badań tylko by popsuło samopoczucie społeczeństwu. Doszliśmy do wniosku, że w tym momencie musimy schować je do szuflady.

Kwestię eutanazji po raz pierwszy badano głęboko w 1990 roku w Holandii. Okazało się, że co piąty Holender kończy życie w wyniku eutanazji. Większość społeczeństwa w Holandii nie zdawała sobie sprawy, że zasięg zjawiska jest tak duży. Doszli więc do wniosku, że przy takiej skali zjawiska nie ma sensu z nim walczyć, należy je kontrolować. I wprowadzili ustawę legalizującą eutanazję.

Nie twierdzę, że należy takie ustawy wprowadzać. Sprawa jest niesłychanie kontrowersyjna i

wymaga poważnej dyskusji,

o tym co tu jest dobre, a co złe.

W Europie są dwa sposoby myślenia o tym, na ile państwo może ingerować w życie prywatne człowieka. Pierwszy model nazywa się skandynawskim, gdzie państwo ingeruje w rodzinę na bardzo wczesnym poziomie i stara się kontrolować życie ludzi. Obojętnie, czy ci ludzie tego chcą, czy nie. Szwecja ze swoim nadopiekuńczym myśleniem przegrała wiele spraw przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka za zbyt silną ingerencję w życie rodzinne. Trybunał uznał, że niekiedy ingerencja ta nie była zasadna, bo można było działać inaczej.

Drugi model nazywa się holenderskim. Najłatwiej można go przybliżyć, pokazując stosunek do problemu narkomanii. Model holenderski mówi: Chcesz ćpać - ćpaj. Twój problem. My nie będziemy ci w tym przeszkadzać. Nie będziemy tez zachęcać, ale jeśli jesteś uzależnionym, chorym człowiekiem, to jeżeli przyjdziesz do lekarza, on da ci substytut narkotyku, żebyś jakoś przeżył. Ma do tego prawo. Natomiast jeśli poprosisz o pomoc terapeutyczną, my zrobimy wszystko, żebyś tę pomoc otrzymał. Póki będziesz mówił, że nie chcesz pomocy, państwo nie będzie ingerowało w to, co robisz. Trudno, jesteś wolnym człowiekiem. Widzę tu pewną analogię do naszej staruszki.

Model holenderski jest bardzo liberalny: z jednej strony nie ingeruje w życie prywatne obywateli, z drugiej daje wszelkie możliwości, by wyjść z kryzysu.

Ale to tylko modele. Tak naprawdę

bardzo trudno jest podejmować decyzje

w sprawie ingerencji w życie rodziny, na przykład, gdy mamy do czynienia z przemocą.

Jeśli ktoś przychodzi i mówi: " Pomóż mi, schowaj mnie, bo ja się boję". Wtedy jest jasne, że możemy mu pomóc. Ale co robić, jeżeli widzimy, że w rodzinie dzieje się źle, że jest przemoc, że żona jest pobita, dzieci są zaniedbane. Kiedy możemy ingerować - próbować wejść z instrumentami przymusu i powiedzieć, że tak być nie może? Myślę, że jest to niezmiernie trudne zadanie. To przekracza moją wyobraźnię na temat tego, jak podejmować decyzje o ingerencji w rodzinę w momencie, gdy nie ma jasnego stanowiska tej rodziny.

Na pewno obowiązkiem państwa jest ochrona człowieka przed poniżeniem, przemocą i instytucje państwa mają obowiązek ingerować, ale czy powinny ingerować wtedy, gdy dochodzą do wniosku, że model wzorowej rodziny został naruszony, czy może dużo później. I co to znaczy? Tu jest za wcześnie, a tu za późno. Jak określić moment, w którym czujemy się moralnie upoważnieni do wkroczenia w życie rodziny? Nie umiem na to odpowiedzieć.

I jeszcze parę słów o ofierze przestępstwa. W średniowieczu to było tak, że jeśli ktoś kogoś skrzywdził, to był winny skrzywdzenia człowieka i kara w swojej zasadniczej części służyła naprawieniu wyrządzonej krzywdy. W którymś momencie nastąpiło

zawłaszczenie przez instytucję państwa stanowiska ofiary.

W tej chwili w całej Europie i Stanach Zjednoczonych przestępcy są karani nie za to, że kogoś skrzywdzili, ale za to, że naruszyli na przykład prawo Rzeczypospolitej. Pokrzywdzonym nie jest ofiara, ale Rzeczpospolita. Bo Rzeczpospolita ustanowiła prawo, ten łobuz to prawo złamał. Filozofia prawa karnego oderwała się od ofiary i wyprodukowała ofiarę zastępczą - instytucję państwa. Odpowiedzialności sprawcy przestępstwa wobec ofiary jest zdecydowanie na drogim planie. W polskim prawie karnym od zeszłego roku istnieje możliwość wprowadzenia procesu adhezyjnego. Jeżeli toczy się postępowanie karne przeciwko sprawcy, ofiara może zażądać, by jednocześnie sąd orzekł o odpowiedzialności cywilnej sprawcy, tak aby uzyskać zadośćuczynienie finansowe za krzywdy. Sąd nie może oddalić tego powództwa. Jeżeli ofiara zażąda, żeby jednocześnie toczyło się postępowanie cywilne, to sąd musi uwzględnić. O ile wiem, ten przepis jest zupełnie martwy, nikt z niego nie korzysta. A szkoda.

Marek Nowicki - fizyk, prezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka
Wykład wygłoszony na IV Ogólnopolskiej Konferencji Powstrzymanie Przemocy - Wspólną Sprawą
Opracowanie - Anna Staszewska