Alfabet moich klientek

Maja Kuźmicz

Niebieska Linia nr 6 / 2006

 

Decydując się na udział w programie Starszy Pan, Starsza Pani, miałam już pewne doświadczenie w pracy z osobami starszymi. Po tych ośmiu miesiącach, oprócz dłuższej praktyki w pracy psychologicznej, wiem na pewno, że inaczej patrzę na wiele spraw.

 

Minęło osiem miesięcy. Projekt Starszy Pan, Starsza Pani dobiega końca. Koniec projektu, koniec roku - dużo pracy - wiadomo, trzeba rozsądnie planować czas, podomykać wiele spraw... Jednak dla mnie to także czas refleksji, podsumowuję kolejny etap swojej pracy, życia. Biorąc udział w projekcie, spotkałam się z wieloma specyficznymi przypadkami, często obserwowałam i towarzyszyłam ludzkiej krzywdzie, w rezultacie pojawiło się we mnie wiele refleksji. Czasem w formie banalnych pytań (gdzie są granice matczynej miłości?), kiedy indziej przybierały one charakter bardzo radykalnych przekonań (dopóki najstarsze pokolenie nie będzie mogło spędzać spokojnie ostatniego okresu swojego życia, młodsze nie powinno czuć, że ma czyste sumienie). Wśród osób, z którymi pracowałam (beneficjentów projektu), trudno przeprowadzić jakąś sensowną klasyfikację, bo niby ze względu na co miałabym je klasyfikować? Jedyne co mogę zrobić, to opisać czytelnikom "Niebieskiej Linii" parę przykładów krzywd (?!), trudności w pracy psychologicznej, czy wreszcie pozytywnego zakończenia.

Pani T.

Latem pojawiła się w Pogotowiu "Niebieska Linia" przeszło osiemdziesięcioletnia Pani T. Przyszła, nie zapisując się na konsultację, jakby ze spaceru, w kapeluszu chroniącym przed słońcem, z baniaczkiem na wodę oligoceńską. Opowiedziała mi historię swojej rodziny, o wieloletniej przemocy ze strony męża, który zmarł kilkanaście lat temu. Problemem, którym chciała się zająć, były trudne relacje z dorosłą córką i wnuczką. W tle tych relacji pojawiła się choroba psychiczna - jeszcze wtedy nie wiedziałam - kto był chory...

Podczas kolejnych spotkań dowiadywałam się o okrutnym psychicznym znęcaniu się nad Panią T., o stopniowym pozbawianiu jej godności, praw, oszczędności, kontroli nad jej własnym życiem. W miarę upływu czasu i oswojenia się z tą skomplikowaną sytuacją, w której odkrywanie prawdy równało się z pogrążaniem swoich najbliższych, Pani T. opowiedziała także o karach fizycznych, które ją spotkały. Córka i wnuczka to negatywne postaci tej historii. Po kilku konsultacjach dowiedziałam się, że moja klientka została umieszczona na oddziale psychiatrycznym. Przemoc psychiczna w tym przypadku to również wielokrotne próby wmówienia starszej osobie choroby psychicznej i przekonanie do tej wersji otoczenia.

Nie będę ukrywać, że w tamtym momencie miałam trudności z podjęciem decyzji o moim dalszym udziale w tej historii... Po rozmowach z zespołem i wizycie w szpitalu, uporałam się z nim.

Pani T. spędziła ponad dwa miesiące w szpitalu, nie miała dokąd wrócić. Nie wspomniałam, że jedną z częstych praktyk jej córki i wnuczki było bezpodstawne podawanie kobiecie leków, m.in. psychotropowych. Pod wpływem tych leków Pani T. podpisała szereg upoważnień, np. do sprzedania mieszkania i do korzystania z kont bankowych.

Wobec tego pojawiła się opcja zamieszkania w Domu Opieki nad Osobami Starszymi lub Domu Pomocy Społecznej. Obawiałam się podsunięcia tego pomysłu z uwagi na szereg informacji o zaniedbaniach w tego typu placówkach. Pani T. miała kłopot z podjęciem decyzji. Przeniesienie do DPS-u równało się dla niej z nieodwracalną utratą możliwości powrotu do mieszkania, w którym i tak była tylko zameldowana. Jednak doszło do tej "przeprowadzki".

Teraz czuję, że zaangażowałam się w tę sprawę "pozazawodowo", ale wtedy nie było czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Zasugerowałam najbardziej sprawdzoną placówkę. Tam też odbywały się nasze kolejne spotkania. W międzyczasie córka i wnuczka zgłosiły zaginięcie babci na policję, napisały szereg skarg i wniosków. Pojawiało się w nich znaczące moim zdaniem pytanie: dlaczego ktokolwiek liczy się ze zdaniem chorej psychicznie babci i buntuje ją przeciw rodzinie?

Muszę zaznaczyć, że Pani T. nie zdecydowała się wnieść wobec nich jakiegokolwiek zawiadomienia o przestępstwie, mało tego, miała i ma dla nich dużo zrozumienia i miłości (!).

Takie sytuacje nauczyły mnie pokory i stawiania trudniej granicy między moją opinią a wolą klienta. Wiele razy pracowałam nad sobą, aby zachować przestrzeń, nie pozbawić klienta poczucia kontroli nad własnym losem, przecież właśnie na tym gruncie rosła przemoc ze strony rodziny. Był czas na wysłuchanie, "podążanie za", rozmowa o poczuciu straty, rozczarowaniu. Były także momenty dyskusji z obustronną świadomością do kogo należy ostateczna decyzja. Także tu pojawiła się moja kolejna trudność: czy mam prawo pozbawiać złudzeń? Czy obiektywny argument przeciw decyzji np. o powrocie do miejsca zameldowania, musi być dowodem dla mojej klientki? Odpowiedź nie jest prosta. Zapewniam.

Pani O.

Miłość czy przyzwyczajenie? Współuzależnienie czy zastraszenie? To pytania, na które szukałam odpowiedzi wraz z Panią O. Czterdzieści lat przeżytych wspólnie z mężem, z czego trzydzieści w atmosferze upokorzenia, fizycznego znęcania się z różną częstotliwością i siłą. Majstersztyk, jeśli chodzi o stworzenie psychologicznego i ekonomicznego złudzenia zależności.

Musiałabym go zabić, żeby moje życie się zmieniło" - takie zdanie na pierwszym spotkaniu to spore wyzwanie dla terapeuty. Po pierwsze, trzeba sprawdzić ewentualną gotowość do podjęcia tak desperackiego czynu. Jestem czujna, przede wszystkim dlatego, że siedząca przede mną dojrzała kobieta, może zrobić to z nadzieją na lepsze życie, a przecież rzeczywistość po morderstwie to więzienie.

Początkowy etap pracy psychologicznej z Panią O. to wyznaczenie celu, sprecyzowanie, co jest dla niej ważne, do czego może dążyć, co zmienić. Ważna informacja - męża nie jest w stanie zmienić, z różnych względów. Zaakceptowanie tej informacji zajęło Pani O. sporo czasu. Bardzo ważną kwestią w tym przypadku była praca nad lękiem - w końcu zagrożenie, ból, cierpienie równało się tu z obecnością męża. Myślę, że istotne jest w takim wypadku przekazanie dokładnych informacji na temat procedury "Niebieskich Kart", pomocy policji, placówek pracujących na rzecz ofiar przemocy w rodzinie, nawet opracowanie wspólnie "planu bezpieczeństwa".

Proszę wyobrazić sobie trzydzieści lat życia pod presją, z poczuciem nieprzewidywalnego zagrożenia, z chronicznym stresem i próbę zmiany czegokolwiek po tych latach. Psychiczny opór, bariery, przeszkody, owszem, ale wiąże się z nimi także fizyczne wycieńczenie. "Czasem robię jeden krok w przód i trzy w tył" - mówiła Pani O. Pojawiały się dramatyczne sny, koszmary, zawsze z poczuciem przygniatania przez "coś" ogromnego i ciężkiego.

Pracowałam z kilkoma paniami, które były w podobnych sytuacjach do opisanej i niemalże w każdej z nich na ostatnim etapie spotkań pojawiła się potrzeba rozmowy na temat straty. Najczęściej chodziło o stratę najbliższej, ukochanej osoby, nie zawsze wiązało się to z jej śmiercią. Często krzywdy i cierpienia, które zadał mąż, oznaczały stratę... relacji, poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego, miłości. Subiektywne poczucie straty to również przejście na emeryturę, dorastanie i wyprowadzka dzieci. W przypadku osób które przez wiele lat doświadczały przemocy - te lata życia są stracone.

Pani Z.

Pozytywne zakończenie miała historia Pani Z. To osoba, która doświadczyła przemocy ze strony męża alkoholika (psychicznej, fizycznej, seksualnej), a także ze strony swoich dorosłych synów (psychicznej, zaniedbania).

Kiedy się spotkałyśmy, najgorsze zdarzenia w życiu Pani Z. były już przeszłością, ale bardzo obciążającą. Największym problemem było poczucie winy wobec synów. Na początku konsultacji padały pytania typu: dlaczego tak długo w tym trwałam, narażałam dzieci, pozwalałam, by żyły w takiej patologii... Tyle smutku, żalu, rozgoryczenia ile było w tej osobie, nie dostrzegłam jeszcze w nikim. Jednocześnie była to kobieta o bardzo dużej samoświadomości, jeśli chodzi o uczucia, zachowania i powiązania między nimi. Dzięki temu praca psychologiczna była bardzo inspirująca również dla mnie. Kiedy się rozstawałyśmy, Pani Z. wiedziała dokładnie, gdzie są granice jej możliwości, na co ma wpływ, co jest od niej zależne, a co nie. Kilka ostatnich spotkań poświęciłam na wspieranie, podkreślanie zasobów klientki, wzmacnianie jej cennych umiejętności. Udało mi się zachęcić ją do aktywności. Pani Z. zapisała się na Uniwersytet Trzeciego Wieku, aktywnie działa w Klubie Seniora. Jest dla innych, dla mnie także, przykładem, że można...

***

Myślę, że najbardziej pozytywnym zakończeniem byłoby opisanie planów kontynuacji projektu, nowych pomysłów, ciekawych inicjatyw... Niestety, na razie nic mi na ten temat nie wiadomo. Mam jednak ogromną nadzieję, że poruszyliśmy (wszyscy zaangażowani w projekt Starszy Pan, Starsza Pani) ważny temat, przetarliśmy pierwsze szlaki i pokazaliśmy - sobie i innym - jak wiele w tej sprawie jest jeszcze do zrobienia.

 

M.K.