Odrodzona. Jak Feniks z popiołów

Kategoria: Aktualności i wydarzenia
Centrum Informacji NL

16dni fc 200

 

Praca terapeutyczna z osobą po doświadczeniu traumy interpersonalnej jest niezwykle wymagającym i odpowiedzialnym zadaniem. Zmiana dotychczasowych destrukcyjnych schematów funkcjonowania jest trudna i czasochłonna, jednak możliwa, więc warto nie poddawać się we wskazywaniu kierunku tych zmian.


„(…) człowiek nie jest stworzony do klęski.
Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”.
Ernest Hemingway „Stary człowiek i morze”

Historia Pani E.

Był pogodny, zimowy poranek. Ostatni dzień zajęć szkolnych przed grudniową przerwą świąteczną. Pani E., mieszkanka mazowieckiej wsi, wstała jak zwykle o godz. 5.30, aby przygotować dzieciom śniadanie. Mąż obudził się chwilę później i udał się do swojego warsztatu. Wyszedł bez posiłku, mocnej kawy, jak miał w zwyczaju i bez awantury np. o to, że dzieci znów porozrzucały buty po sieni. Po porannej krzątaninie o godz. 7.30 Pani E. odprowadziła wzrokiem czwórkę dzieci, zmierzających w stronę szkolnego busa. Poszła do sypialni z najmłodszym 3-letnim synkiem, posadziła go na łóżku i zaczęła porządki w szafie. Słyszała, że mąż wrócił do domu, był spokojny. Kilkanaście minut później pod jej adresem padły groźby odebrania życia. Mąż zaatakował ją – dusił przez kilka minut rękami, sznurem koralików choinkowych, a na koniec paskiem od spodni. Gdy Pani E. straciła przytomność, sprawca zostawił w domu płaczące dziecko, będące świadkiem tego ataku i poszedł do warsztatu odebrać sobie życie przez powieszenie. Ta próba nie powiodła się – zerwał się hak, który przygotowywał rano. Wsiadł w samochód i prowadził go w taki sposób, aby spowodować wypadek. Zajechał drogę kierowcom tirów, którzy zdenerwowani, wymierzyli mu sprawiedliwość. Pobity mąż Pani E. zadzwonił do przyjaciół, a ci zawieźli go na komisariat Policji, gdzie przyznał się do zabójstwa żony. W tym czasie obolała Pani E. ocknęła się. Twierdzi, że przywołał przywołał ją do życia rozpaczliwy płacz dziecka. Wystarczyło jej siły na tyle, aby wykręcić numer 112…

* * *

W pochmurne styczniowe popołudnie na korytarzu poradni „Niebieskiej Linii” czekała na konsultację ok. 40-letnia klientka. Unikała kontaktu wzrokowego. W gabinecie poprosiła, aby nie włączać światła, gdyż bardzo ją razi. Dopiero wtedy zobaczyłam, że jej oczy tworzyły sieć popękanych naczynek, a ich białka były niewidoczne. Na twarzy i szyi widniały liczne wybroczyny. Pani E., pomimo tych bolesnych śladów przemocy, pokonała samochodem trasę 60 km. Z opanowaniem, odcięta od własnych emocji, relacjonowała szczegółowo zdarzenia sprzed dwóch tygodni. Nie miałam wątpliwości, że „zamrożenie” nastąpiło na skutek silnego traumatycznego doświadczenia związanego z zagrożeniem życia i miało ochronić ją przed odczuwaniem fizycznego i psychicznego bólu.

Przyjechała, bo tak polecił policjant z miejscowej komendy. Nie wiedziała, czego może oczekiwać i w jaki sposób możemy jej pomóc. Mówiła, że nie ma już siły dłużej żyć. Miała ciężkie życie, ale nigdy nie narzekała. Starała się radzić sobie z przeciwnościami, szukała rozwiązań. Wychowywała się w rodzinie, gdzie ojciec alkoholik stosował przemoc wobec swojej żony i dzieci. W domu często nie było co jeść, a rówieśnicy wyśmiewali jej zaniedbany wygląd. Obiecała sobie, że będzie żyła inaczej niż jej matka, na którą nigdy nie mogła liczyć. Matka zawsze tłumaczyła brutalne zachowania ojca, nie zwracając uwagi na cierpienie dzieci; była bezradna wobec przemocy. Przez okres szkoły zawodowej ojciec powtarzał Pani E., że ma znaleźć sobie jakiegoś „gacha”, bo dłużej nie będzie jej utrzymywał. Czuła się nieważna i odrzucona przez rodzinę, gorsza z racji tego, że jest kobietą. Gdy tylko osiągnęła pełnoletność, wzięła ślub z pierwszym chłopakiem, który okazywał jej względy. Dość szybko okazało się, że to nie był dobry wybór, a ona powtarza los matki. Mąż upijał się do nieprzytomności, a odpowiedzialność za utrzymanie trójki dzieci była tylko na jej głowie. Pracowała na zmiany w fabryce obuwia, do której dojeżdżała rowerem 15 km w jedną stronę. W wolne weekendy dorabiała podczas obsługi wesel. Spędzała mało czasu z dziećmi i coraz bardziej bała się zostawiać je z nieodpowiedzialnym ojcem. Po tym, jak dzieci spowodowały pożar w obecności śpiącego, pijanego ojca, podjęła decyzję o rozwodzie.

Jakiś czas później poznała kolejnego mężczyznę, który wydawał się ideałem. Przede wszystkim pił tylko okazjonalnie i zaakceptował jej dzieci z pierwszego małżeństwa. Był zaradny, uprawiał kilka hektarów ziemi, rozwijał gospodarkę na bazie dotacji unijnych. Po ślubie wybudowali wspólnie piękny dom. Na świat przyszła dwójka ich dzieci. Wreszcie nie borykała się z problemami finansowymi i poczuła, czym jest godne życie. Zauważała jednak, że mąż stawał się coraz bardziej nieprzyjemny, kontrolujący i agresywny. Zaczął częściej pić. O wszystko wszczynał awantury, wyzywał, poniżał, a jej dzieciom zaczął wymierzać kary fizyczne za nieprzestrzeganie restrykcyjnych zasad i za to, że przypominają mu ich ojca nieudacznika. Pani E. zawsze broniła dzieci, jednak kończyło się to dla niej nowymi siniakami. Chciała wierzyć, że to chwilowe nieporozumienia, próbowała prośbami wpływać na zmianę zachowań męża. Panią E. trawiła też myśl, że skoro kolejny partner traktuje ją w ten sposób, to widocznie „coś jest z nią nie tak” i nie zasługuje na lepszy los. Zresztą bracia i ojciec powtarzali, że jeśli „nie potrafi dogodzić mężowi”, to nie ma prawa się skarżyć. Matka jak zwykle milczała.

Pani E. była zdezorientowana w kwestii własnych praw, nie wiedziała, gdzie może szukać pomocy. Znajome kobiety miały mężów, którzy podobnie je traktowali. Sąsiadka pracująca w GOPS-ie sugerowała, aby zbierała dowody przemocy w postaci nagrań czy zdjęć. Dokumentowała i chowała je w doniczce pod kwiatem. Jednak któregoś dnia zorientowała się, że wszystkie pendrivy zniknęły, a mąż poinformował, że za taki proceder rozprawi się z nią tak, że go na zawsze zapamięta.

Praca terapeutyczna

Podczas pierwszego spotkania Pani E. kilkukrotnie powtórzyła, że może lepiej by było, gdyby się nie ocknęła – przynajmniej skończyłyby się jej cierpienia. Że nie oczekuje od życia już niczego dobrego. W takim momencie zaczęła się nasza wspólna, kilkuletnia praca. Mogłoby się wydawać, że problem został rozwiązany: mąż po usiłowaniu zabójstwa, do którego się przyznał, został umieszczony w areszcie z bardzo dużym prawdopodobieństwem tego, że zostanie skazany. Jednak z psychologicznego punktu widzenia czekała nas bardzo długa podróż. Na przestrzeni lat sprawy sądowe: karna rozwodowa i o podział majątku toczyły się swoim własnym, powolnym tempem z wieloma komplikacjami. Pani E. mierzyła się z problemami finansowymi: utrzymanie piątki dzieci i spłata kredytu za dom, opłacenie adwokatów przy braku możliwości sprzedaży drogich sprzętów rolniczych ze wspólnego majątku stały się wyzwaniem. Jednak z dużą systematycznością, często za pożyczone pieniądze, przyjeżdżała na spotkania ze mną, widząc w nich wartość i korzyść dla siebie. W jej odczuciu ważne było to, że od początku uwierzyłam w jej historię, nie kwestionowałam żadnego, nawet najbardziej nieprawdopodobnego doświadczenia. Przez 60 minut byłam tylko dla niej. Nikt wcześniej nie obdarzał jej taką uwagą, nie poświęcał czasu tylko jej sprawom. W pierwszym etapie koncentrowałam się właśnie na najbardziej istotnej kwestii: zbudowaniu z klientką relacji pełnej akceptacji i zrozumienia dla jej przeżyć oraz emocjonalnego bólu. Istotnym elementem było odbarczenie jej z odpowiedzialności za przemoc, której doznała na przestrzeni lat.

Trzon spotkań stanowiło przepracowanie traumatycznych doświadczeń, stanięcie twarzą w twarz z ogromem psychicznego cierpienia i uwolnienie się od niego. Klientka była przekonana, że sięgnęła już otchłani bólu, jednak wolność od sprawcy przemocy obnażyła zgliszcza, jakie pozostały po relacji z nim w różnych obszarach. Uświadamiając sobie krzywdy z całego okresu małżeństwa, mając możliwość spojrzenia na tę relację z perspektywy, deklarowała, że nigdy nie wybaczy mężowi tego, że zniszczył świat jej i dzieci. Jednak najbardziej bolesnym aspektem okazał się przebieg sprawy karnej. Klientka przeżywała to, że po raz kolejny musi opowiadać publicznie o trudnych doświadczeniach osobom, które nie okazują żadnej empatii i nie dają wiary jej historii. Że jest atakowana przez obrońcę męża pomimo bezsprzecznych dowodów na jego winę i musi tłumaczyć się z gryzienia go w ręce w sytuacji duszenia. Nie mogła zrozumieć, dlaczego w uzasadnieniu wyroku sądu napisano, że obrażenia pokrzywdzonej, choć intensywne bólowo, były lekkie i krótkotrwałe, gdyż przebywała w szpitalu tylko 3 dni, a w trakcie hospitalizacji stosowano jedynie leczenie zachowawcze. I że wprawdzie konieczne było dalsze leczenie okulistyczne, laryngologiczne i terapia psychologiczna, jednak obrażenia nie miały charakteru nietypowego, wyjątkowo dolegliwego dla pokrzywdzonej. Zauważono, że doznała negatywnych przeżyć w związku z zachowaniem oskarżonego, ale była bardzo rozżalona tym, że minimalizowano ten fakt, bo nie da się zmierzyć jej psychicznego cierpienia, znacznie poważniejszego i zostawiającego trwały ślad w psychice, w przeciwieństwie do dość szybko gojącego się ciała. I tego, jak sytuacja przemocy wpłynęła na system rodzinny.

Dzieci, po początkowym doświadczeniu ulgi od obecności sprawcy przemocy, zaczęły ujawniać duże trudności. W małej wiejskiej społeczności wszyscy wiedzieli, co się stało w ich rodzinie, a rówieśnicy dokuczali dzieciom. W efekcie nastoletni syn Pani E. usiłował popełnić samobójstwo, córka ujawniała zachowania autoagresywne. Osiemnastoletni syn rzucił szkołę, zaczął urządzać imprezy, po których Pani E. znajdowała wiele zużytych prezerwatyw i nie reagował na żadne prośby o zaprzestanie tych zachowań. Oznajmił, że nie będzie słuchał matki, która zgotowała mu taki los. Najmłodsze dzieci bardzo tęskniły za ojcem – katem rodziny i wyzwaniem dla Pani E. stało się zawożenie ich na spotkania z nim do zakładu karnego.

Pani E. doświadczała silnego poczucia osamotnienia i krzywdy osobistej, na którą składało się wewnętrzne cierpienie, poczucie bezsilności i wrażenie zburzenia porządku świata związanego z przeświadczeniem, że sprawca zapłaci za swoje czyny, a ofiara dozna wewnętrznego spokoju. W jej odczuciu „po wszystkim” było jeszcze trudniej, bo okazało się, że w pojedynkę musi mierzyć się z konsekwencjami wieloletniej przemocy. Nieodzowna stała się praca nad tym, aby klientka nie zasklepiła się w przeszłości, wokół której koncentrowała się cała jej uwaga i energia. Aby wyraziła powstrzymywane bolesne uczucia związane z krzywdzącymi okolicznościami, spotkała się ze swoim lękiem, smutkiem, złością i gniewem. Pogodziła się z tym, że mąż nie wyrazi skruchy, a ona nie otrzyma takiego zadośćuczynienia, na jakim jej zależy i na jakie zasługuje. Aby wyzwoliła się spod wpływu destrukcyjnych doświadczeń i przede wszystkim przestała oskarżać samą siebie – przebaczyła samej sobie, uznając, że już wystarczająco wycierpiała.

Kolejnym ważnym etapem naszej pracy było wskrzeszenie w Pani E. nadziei na lepszą przyszłość i pokazanie jej wewnętrznej siły, która umożliwiała przetrwanie tych wszystkich okropności. Uświadomienie, że prawdziwą klęskę człowiek ponosi nie wtedy, gdy inni go niszczą, ale wówczas, gdy sam się poddaje i przestaje walczyć o swoje szczęście czy dobre życie. Rozróżnienie i ustalenie, czego już nie zmieni (przeszłości, własnych decyzji, postawy męża) od tego, na co ma wpływ (kształtowanie swojego życia, szukanie rozwiązań pojawiających się problemów, wyznaczanie celów,
do których będzie dążyć i budowanie nowego ładu). Jednym z elementów pracy była pomoc Pani E. w odnalezieniu i nazwaniu jej zasobów i cech charakteru, które sprawiały, że przetrwała trudny czas i z determinacją parła do przodu, nie poddając się przeciwnościom.

W trakcie 4 lat wspólnej pracy Pani E. przeszła duchową przemianę. Odnalazła pogodę ducha i zmieniła swoje nastawienie do życia. Zrozumiała, że ostatecznie uwolniła się od sprawcy przemocy i musi wyjść z roli ofiary, aby odrodzić się na nowo. Opowieść o kobiecie, która była ofiarą losu i złych ludzi, zamieniła na tę o bohaterce, która jest poddawana przez życie nieustannemu egzaminowi i chcąc go zdać, musi podejmować wyzwania.

Zaczęła rozumieć, że ma swoje potrzeby, zaczęła wsłuchiwać się w ich głos. Odkrywała swoje zainteresowania i to, co jest dla niej ważne. Rozwinęła się wewnętrznie. Przeszła długą drogę od poczucia beznadziei do uzyskania wewnętrznego spokoju. Ważna stała się dla niej wiara i przynależność do wspólnoty kościelnej. Pozwoliła sobie wewnętrznie na nowe doświadczenia: pierwszy raz zabrała dzieci do wesołego miasteczka i pielgrzymkę do Częstochowy. Pierwszy raz pojechała za granicę, do Watykanu, zostawiając dzieci pod opieką rodziny. Nie wstydziła się tego, że nie ma pieniędzy i jako prowiant zabiera ze sobą chleb i smalec. Pierwszy raz doświadczyła ogromu ludzkiego wsparcia i pierwszy raz potrafiła je przyjąć (wcześniej mogła liczyć tylko na siebie). Nauczyła się pokazywać swoją słabość i łzy, które odtąd miały być dowodem odwagi mówienia o swoich trudnościach i cięższych chwilach. Odnalazła sens swojej egzystencji, biorąc odpowiedzialność, jaka na niej spoczywa, za dobre życie jej dzieci. Nauczyła się żyć „tu i teraz”, jednocześnie patrząc w życie z optymizmem i wyznaczając sobie cele, do których zamierza dążyć. Krok po kroku staje się sobą.

Czy to koniec tej podróży? Jeszcze nie. Przed Panią E. cały proces uczenia się bycia dobrą matką, nabywania prawidłowych wzorców, których nie wyniosła z domu rodzinnego. Rozumienia potrzeb i emocji dzieci, umiejętności rozwiązywania konfliktów bez używania agresji werbalnej. Radzenia sobie z szeregiem trudnych zachowań dzieci, które wynikają z ich traumatycznych doświadczeń i pomimo uczestnictwa w terapiach – na ten moment nie mijają. Budowania ogniska domowego, w którym będą czuć się bezpiecznie.

Moja osobista refleksja

Ja również wiele wynoszę ze spotkania z Panię E. Umocniło mnie ono w przekonaniu, że choć czasami czuję się zmęczona i bardzo obciążona ogromem ludzkich zranień, to wiem, że moja praca ma sens i odciska trwały ślad na życiu moich klientów, ich dzieci i mam nadzieję, że również przyszłych pokoleń… Wiem, że zmiana dotychczasowych destrukcyjnych schematów funkcjonowania jest trudna i czasochłonna, jednak możliwa, więc warto nie poddawać się we wskazywaniu kierunku tych zmian. Utwierdziło mnie także w myśleniu, że praca z osobą po doświadczeniu traumy interpersonalnej jest niezwykle wymagającym i odpowiedzialnym zadaniem. Często stanowi wyzwanie. Istotnym aspektem jest wykazywanie głęboko humanistycznej postawy wobec klienta i jego historii życia. Jednocześnie będąc powiernikiem jego cierpienia i towarzysząc mu w trudnych dla niego chwilach, trzeba pamiętać o swojej roli pomagacza, którego rolą jest uważna obserwacja procesu psychicznego pacjenta, planowanie strategii pomocy w powrocie do równowagi psychicznej
po doznanym urazie i dostosowywanie do niej adekwatnych technik terapeutycznych.

Staram się też bardziej pamiętać o dbaniu o siebie z taką troską, jak dbam o swoich klientów. Bo chociaż sama nie doświadczam bezpośrednio bólu swoich klientów, to słuchając o różnych okrucieństwach, jakie człowiek człowiekowi potrafi zadać, moja empatia i wyobraźnia podsyłają mi różne obrazy, z którymi przez jakiś czas przebywam. Dyscyplinuję się, aby nie rozmyślać z troską o ich życiu po godzinach pracy, bo jestem terapeutką, która wyposaża ich w umiejętności i narzędzia do tego, aby coraz lepiej radzili sobie z własnymi emocjami i myślami, z własnym życiem. I wreszcie – obserwowanie wewnętrznego wzrastania Pani E., tego, jak odzyskuje siebie i rozwija skrzydła, by żyć lepszym życiem stanowiło duży przywilej i dało mi ogromną satysfakcję. Pani E. wyrażała swoją wdzięczność na wiele sposobów. Dla mnie najbardziej wzruszający był ten, gdy ze swoich okolic przywiozła do nas na konsultacje kilka innych kobiet potrzebujących pomocy…

_______________________________

Agnieszka Machnowska – psycholożka, specjalistka i superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy, kierowniczka Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie IPZ i Studium Pomocy Ofiarom Przemocy IPZ, Warszawa.