Bliżej rodziny. Domy Dziecka przed i po reformie

Elżbieta Czyż

Niebieska Linia nr 4 / 2002

Do przekształcenia systemu opieki niezbędne są pieniądze, ale niewiele się zmieni, dopóki nie będzie wystarczająco dużo ludzi rozumiejących, że ich sukces pedagogiczny to utrzymanie dziecka w rodzinie.

O domach dziecka trudno jest pisać obiektywnie i rzeczowo. Powszechnie wiadomo, że najlepiej, gdyby zamknięto wszystkie. Z drugiej strony wiadomo też, że nadal dla wielu dzieci są jedynym miejscem, gdzie mimo wszystko czują się bezpiecznie, a nawet – niektórzy mówią – jak w domu, choć w rzeczywistości to porównanie jest przesadzone. Wiadomo też, że są domy, w których dzieci czują się dobrze, wychowawcy mają dla nich czas i życzliwość. Są i takie, w których wychowawcy przychodzą na dyżur, a właściwie kilkugodzinny „dozór”. Ale i te dobre domy, i te złe dzieci nazywają bidulami, prijutami i najchętniej nie mówiłyby kolegom z klasy, gdzie mieszkają.

Grzechy stare, grzechy nowe

Grzech pierwszy – przede wszystkim jesteś członkiem społeczności Naszego Domu.
Z badań przeprowadzonych przed trzema laty w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka na temat przestrzegania praw wychowanków domów dziecka wynika, że koncepcje wychowawcze mocno jeszcze trącą makarenkowską wizją instytucji wychowawczej. Dziecko jest członkiem grupy, zespołu, domu. Im lepiej przystosuje się do funkcjonowania w grupie, instytucji, tym lepiej zostanie ocenione. A ocenianie to cała wielką buchalteria – punkty dodatnie (za dobre sprzątanie, aktywność społeczną na rzecz domu, grupy, osiągnięcia w nauce, sporcie, za kulturę osobistą) i ujemne (za złe zachowanie, np.: „palenie papierosów, picie alkoholu, niszczenie sprzętu i przyrody, bieganie po schodach, chodzenie po domu po 21.00, głośne zachowanie w środkach komunikacji miejskiej”). Na przykład ocenę zaszczytną otrzymuje wychowanek, który uzyskał +10 pkt, a niewłaściwą –10 pkt. Za dodatkowe prace gospodarcze można dostać +1, +2 pkt, za niewywiązywanie się z dyżurów –1 pkt, za umiejętność życia w zespole
+2 pkt itp. Ocenę zachowania ustala się na ogół na spotkaniu grupy z wychowawcą i całą społecznością domu. Nagrodą jest pochwała, a karą upomnienie wobec grupy.

Z jednej strony jest oczywiste, że w instytucji wychowawczej grupą odniesienia są pozostali wychowankowie, z drugiej wydaje się, iż jest to nadużywane. Każdy człowiek chce i potrzebuje być postrzegany jako niezależna, odrębna jednostka. Zwłaszcza dzieci w domach dziecka potrzebują indywidualnego traktowania. Są wychowankami domu dziecka, bo nikt nie poświęcał im uwagi – rodzice nie mieli dla nich czasu, a nauczyciele zauważali wówczas, gdy sprawiali kłopoty wychowawcze. Przychodzą do domu dziecka i szybko orientują się, że tu też zauważą ich, kiedy zrobią coś szczególnego na rzecz domu albo kiedy nie wypełnią dyżuru. Nie liczy się konkretny Józio i Pawełek, ale wychowanek, który ma: „obowiązek dbać o honor domu dziecka, godnie go reprezentować oraz umieć szanować i wzbogacać jego dobre tradycje” albo „traktować Dom Dziecka jak swój własny, starać się przynosić mu zaszczyt i sławę swoim postępowaniem i nauką”. To fragmenty katalogu obowiązków z autentycznych regulaminów.

Co to jest honor domu – czy to honor Pani dyrektor i Pani Krysi z grupy pierwszej, a może to honor Korczaka czy Konopnickiej – znamienitych i zasłużonych patronów? Dlaczego Jaś ma obowiązek traktować dom dziecka jako własny, skoro nie jest to jego dom i nie przebywa tam z własnej woli? Chyba warto „wyczyścić” regulaminy z takich frazesów, które niczemu nie służą, a jedynie utrwalają przekonanie wśród niektórych członków kadry pedagogicznej, że instytucja jest ważniejsza niż jednostka.

Po przejęciu placówek przez system pomocy społecznej większą wagę przywiązuje się do indywidualnej pracy z wychowankiem, co nie znaczy, że poprzednio (pod rządami systemu edukacji) przepisy nakazywały traktować go jako członka grupy. Nie jest to, jak się wydaje, wyłącznie kwestia przepisów. Zarówno we wcześniejszych planach pracy z wychowankiem, jak i w tych obecnych można przeczytać następujące formułki: „wdrożyć do lepszego wykonywania dyżurów”; „nauczyć lepszego funkcjonowania w grupie”.

Grzech drugi – przepustkę do domu możesz dostać, kiedy „zrobisz dyżur” i będziesz grzeczny, a zależy to od dyrektora, wychowawcy i sędziego.
Prawo do kontaktów z rodziną jest jednym z najważniejszych praw wychowanka w placówce. Standardy w tej kwestii są jednoznaczne. Państwo może przejąć opiekę nad dzieckiem w sytuacji, gdy jest ono pozbawione opieki rodziców, ale ma zadbać, aby opieka ta była możliwie krótka i żeby dziecko nie było pozbawione kontaktów z rodzicami. Takie są podstawowe tezy Rezolucji Rady Europy 77/33 w sprawie zasad pomocy dzieciom pozbawionym opieki rodziców.

Polski kodeks rodzinny i opiekuńczy stanowi, iż nawet rodzice pozbawieni władzy rodzicielskiej nie muszą być pozbawieni styczności z dzieckiem. Zakaz styczności orzekany jest w szczególnych przypadkach (art. 113 k.r.o.) i może to być tylko decyzja sądu, nie zaś dyrektora czy wychowawcy. Zarówno na gruncie starych przepisów, jak i obecnie obowiązujących celem działania placówki jest podtrzymanie więzi dziecka z rodziną i działanie na rzecz jego powrotu do rodziców.

Badania pokazały, że często manipuluje się prawem dziecka do odwiedzania rodziców. Dyrektorzy i wychowawcy deklarowali, że nie ograniczają kontaktów z rodziną, ale mówili: „Trudno jest puścić dzieciaka do domu, w którym nie ma nic do jedzenia, wszystko śmierdzi, a rodzice na pewno będą pijani”; „W sobotę jest czas, żeby nadrobili zaległości w matematyce. Po co pojadą do tych swoich domów, gdzie wiadomo, że nikt ich nie dopilnuje”; „Czasem z domu przyjeżdżają pijani i brudni, a rodzice zabiorą im jeszcze buty, które dostali w placówce”.

Dla dzieci, z którymi rozmawiano, kontakty z rodzicami były sprawą najważniejszą. Niewielu wychowanków nie wyjeżdżało do domu z wyboru. Niektórzy nie mogli, bo nie było zgody sądu, niektórzy nie jeździli ze względu na odległość i koszty dojazdu. Ci, którym zakazano wyjazdu, nierzadko uciekali. Pytani o kontakty z rodzicami mówili: „Pani Grażynka to często straszy nas przez cały tydzień, że nie pojedziemy do domu. Wystarczy, że czegoś nie sprzątnę albo źle się odezwę, to zaraz mam karę”; „Niektórzy wychowawcy mówią – lepiej to zrób, co ci każę, bo przepustki nie będzie”.

Nieuprawnione jest używanie pojęcia „przepustka”, gdyż domy dziecka to nie instytucje izolacyjne, a wychowawcy powinni zrobić wszystko, żeby dzieci miały kontakt z rodzicami. Nieuprawnione są również postanowienia sądu pozwalające, aby „każdorazowo decydował dyrektor”.

Zgodnie z założeniami systemu pomocy dziecku i rodzinie zarówno pracownicy placówek, jak i powiatowych centrów pomocy rodzinie zobligowani są do pracy z rodzinami, tak aby dzieci umieszczone w placówce jak najszybciej wróciły do domu. Temu służy nowelizacja art. 109 k.r.o. i art. 579’ k.p.c. Na mocy tych przepisów sąd ma obowiązek oczekiwać od Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie (PCPR) sprawozdania o sytuacji dziecka i rodziny oraz kontrolować nie rzadziej niż raz na pół roku zasadność pobytu dziecka w placówce. Niestety, w praktyce niewiele się jeszcze robi, aby dzieci do rodzin wracały jak najszybciej.

Pracownicy domów dziecka pytani o pracę z rodzinami na ogół mówią: „Zapraszamy ich na święta, koniec roku szkolnego, Dzień Matki, ale przyjeżdża niewielu”; „Dzieci powinny trafiać do nas wcześniej, bo jak mają 10-12 lat, to są tak zdemoralizowane, że my już niewiele możemy zrobić”; „Nie ma sensu, żeby dzieci wracały do swoich rodzin, bo to rodziny niewydolne wychowawczo”.

Kiedyś funkcjonowały tzw. zespoły rekwalifikacyjne, teraz są to zespoły do okresowej oceny sytuacji wychowanka, ale najczęściej diagnoza brzmi: „Pozostawić w placówce na następny okres” albo „Brak podstaw do zmiany decyzji”. Niewielka liczba dzieci wracających do rodzin naturalnych świadczy jednoznacznie, że jeden z najważniejszych celów reformy systemu opieki nad rodziną i dzieckiem nie jest realizowany. Z jednej strony brakuje konkretnych koncepcji i ludzi, którzy mogliby temu niełatwemu zadaniu podołać, z drugiej pokutuje przekonanie, że nie warto, bo: „jakież to rodziny, a w placówce to ma opiekę i na wakacje pojedzie”. Tyle, że stygmat dziecka z bidula to bagaż na całe życie, trudny do udźwignięcia.

Grzech trzeci – posiedziałeś sobie w domu dziecka, dorosłeś, to wracaj, skąd przyszedłeś.
Większość dzieci zostaje w domu dziecka do pełnoletności. Ci, którzy jeszcze się uczą – do końca edukacji. Studentów jest niewielu.
Nowe przepisy o usamodzielnieniu przewidują pomoc pieniężną i rzeczową dla wychowanków opuszczających placówkę lub na kontynuowanie nauki. Wychowanek ma też opiekuna, który powinien pomóc przygotować i realizować plan przystosowania się do nowego, samodzielnego życia. Tyle że samodzielne mieszkanie dostaje niewielu. Większość wraca do środowiska i rodzin, z których dla ich dobra ich zabrano i chętnie izolowano. Rodziny te przez lata raczej się nie zmieniły, a jeżeli tak, to częściej pogłębiła się patologia. Rodzice, zwolnieni z poczucia odpowiedzialności (a najczęściej też z odpłatności za pobyt ich dziecka w placówce – całkowicie bezzasadnie), nie zawsze z radością oczekują jego powrotu na stałe. „Powracający absolwent placówki” nie umie uchronić się przed konfliktami i patologią. Sytuację pogarsza słabe wykształcenie i bezrobocie.

Tym, którzy dostają mieszkanie, też nie jest łatwo. Nie potrafią być sami i samodzielni. W domu dziecka nikt nigdy nie bywał sam, a sytuacje, w których musiał być samodzielny, zdarzały się raczej rzadko. Jedna z dorosłych wychowanek wyznała: „Bałabym się zostawać sama w domu. Nie zasnęłabym przy zgaszonym świetle”.

Szybko wchodzą w związki, bo nie chcą być sami, ale w związkach też nie potrafią żyć, bo nigdy nie otrzymali dobrych wzorów, a i problemów z własnymi emocjami mają aż nadto. Nikt im też nie powiedział, że jeżeli ich rodzice piją, to oni bardziej niż inni są zagrożeni uzależnieniem.
Przygotowanie do powrotu powinno rozpocząć się niemal w dniu przybycia do placówki. Czym dłużej dziecko w niej przebywało, tym trudniejsza będzie jego adaptacja w tzw. otwartym środowisku.

Pewnym wyjściem są grupy hostelowe, które zaczęły powstawać przy niektórych placówkach. Starsza młodzież ma okazję uczyć się samodzielnego życia i odpowiedzialności, korzystając ze wsparcia i pomocy wychowawcy. Taki etap przejściowy między placówką a pełną samodzielnością jest dobrym rozwiązaniem.

Ku lepszemu?

Z reformą systemu opieki wiązano duże nadzieje. Koncepcje są dobre. Usytuowanie domów dziecka w systemie pomocy społecznej pozwala na zintegrowane działanie wobec rodzin i dzieci zagrożonych umieszczeniem w tych placówkach. Zgodnie z art. 33 ustawy z dnia 29 listopada 1990 r. o pomocy społecznej (Dz.U. z 1998 r. nr 64, poz. 414 ze zm.) skierowanie dziecka pozbawionego częściowo lub całkowicie opieki rodzicielskiej do placówki opiekuńczo-wychowawczej na pobyt całodobowy może nastąpić po wyczerpaniu możliwości udzielenia pomocy w rodzinie naturalnej lub umieszczenia w rodzinie zastępczej (ust. 1). Całodobowy pobyt dziecka w placówce opiekuńczo-wychowawczej powinien mieć charakter przejściowy – do czasu jego powrotu do rodziny naturalnej lub umieszczenia w rodzinie zastępczej (ust. 2).

Przepis jest ideologicznie słuszny, ale mało konkretny. Umożliwia tym, którzy pracują „po staremu” – zapraszają na święta lub Dzień Matki – na stwierdzenie: „To głęboko patologiczne rodziny i nic nie można zrobić”. Odium spada na tych, niestety niewielu, którzy próbują podejmować trud pracy z rodziną, wiadomo, że najczęściej z problemem uzależnienia od alkoholu, syndromem bezradności czy utrwalonymi złymi nawykami.
Są powiaty, w których zaczęły powstawać pogotowia rodzinne, gdzie umieszcza się małe dzieci, oszczędzając im doświadczeń pobytu w instytucji. To na pewno dobry i potrzebny kierunek zmian. Są rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka, ale ciągle zbyt mało. Barierą jest brak środków, choć koszt utrzymania dziecka w placówce – średnio ok. 2 tys. zł miesięcznie – jest wyższy niż w placówkach rodzinnych. Niezbędne są rozwiązania prawne, gwarantujące środki na rodzinne formy opieki – pogotowia rodzinne, rodziny zastępcze oraz przekształcanie placówek. W początkowej fazie przekształcanie systemu opieki nie daje oszczędności (większość kosztów w placówkach to płace i pochodne, przy likwidacji – odprawy).

Kolejna kwestia to przekształcanie i likwidowanie placówek. Na restrukturyzację i zapewnienie standardów jest czas do 2006 roku. Patrząc na niektóre placówki trudno uwierzyć, że zdążą. Domy dziecka, zwłaszcza w miastach, są duże, mieszczą się często w bardzo zniszczonych budynkach, na remont, których brakuje pieniędzy. Ale problemem nie są wyłącznie i nie przede wszystkim warunki materialne. Przyzwyczajenia i brak kreatywności części kadry powodują, że funkcjonuje jeszcze wiele placówek, które mimo formalnych zmian pracują „po staremu”. Bywa, że hamulcem jest lęk pedagogów przed utratą pracy albo choćby tylko przywilejów wynikających z Karty nauczyciela.

Pierwsze próby likwidacji placówek pokazały, że do zmian trzeba przygotować zarówno pracowników, jak i dzieci, bo w przeciwnym razie zaprotestują i jedni, i drudzy. Rzecznik Praw Obywatelskich po konflikcie w związku z likwidacją wrocławskiego domu dziecka wystąpił do wszystkich wojewodów, aby przed zamknięciem placówki przeprowadzano indywidualne, osobiste rozmowy z każdym wychowankiem.

Należałoby też bardziej promować tych, którzy wdrażają nowe pomysły i chcą pracować inaczej. Cieszy każda informacja o placówkach, które przekształcane są w wielofunkcyjne, tworzą grupy hostelowe, „otwierają” się dla środowiska.

E.C.