Kochać nie znaczy mieć

Monika Płatek

Niebieska Linia nr 5 / 2002

Kochać dziecko niekoniecznie jest tym samym co przyznawać mu prawa, widzieć w nim oddzielną osobę. Miłość do dziecka wciąż nie jest równoważna z przyznaniem, że nie jest ono niczyją własnością.

   Wszystkie dzieci są nasze, powtarzamy, by podkreślić, jak ważnym człowiekiem jest dziecko. Nazywamy je radością naszych dni, słońcem naszych oczu, największym skarbem. Większości z nas w głowie się nie mieści, że historia miłości do dziecka jest stosunkowo krótka, zaś stawianie dziecka na piedestale to pomysł dopiero mijającego wieku.
   Czy dziś traktujemy dzieci przedmiotowo? Z oburzeniem gotowi jesteśmy zaprzeczyć. Ani niewolnictwo, ani wykorzystywanie dzieci jako siły fizycznej nie mieści się nam w głowie. To było możliwe w dalekiej historii, lub ewentualnie w zacofanych krajach - nigdy u nas.
   Przykro mi rozwiewać te złudzenia. Proszę jednak przyjrzeć się statystykom wypadków przy pracach rolniczych. Proszę spojrzeć na raporty dotyczące handlu i wykorzystywania dzieci w celach seksualnych. Wynika z nich niezbicie, że w Polsce - pomimo zakazów prawnych - dla wielu dzieci okres dzieciństwa to okres wytężonej, fizycznej pracy. Wynika z nich równie niezbicie, że wiele z nich to dodatkowo ofiary przemocy seksualnej. Przemocy, której często doświadczają od swoich bliskich.

Prawo do dziecka


   Historia rodziny i stosunków między rodzicami i dziećmi to historia powolnego ograniczania władzy rodzicielskiej. Władzy nad życiem, losem, umysłem, prawa do oddania swojego dziecka (za okazane nieposłuszeństwo), do więzienia, do bicia i poniżania (określanego jako karcenie). Nieliczenie się ze zdaniem dzieci było bardzo długo czymś naturalnym, legalnym. Rodzice, a zwłaszcza ojciec, mieli nad dziećmi władzę niemal absolutną - i tak również stanowiło prawo.
   Jeszcze w XX wieku w prawie cywilnym stosunki osobiste między małżonkami ukształtowane były na założeniu dominującej pozycji męża. Było to bezpośrednio związane z Kodeksem Napoleona, który przyznawał mężowi, jako głowie rodziny, władzę również nad żoną (tzw puissance maritale). Była ona pozbawiona samodzielnej zdolności do działań prawnych, co rozciągało się na całe jej życie, wybór zawodu itp. Świat się zmieniał, zaś między małżonkami oraz między rodzicami i dziećmi nadal utrzymywały się stosunki patriarchalne rodem z feudalizmu.
   Przy szerokich uprawnieniach ojca w zakresie karania, prawa, zwyczaje i sądy dopuszczały w historii ograniczenie, a nawet utratę władzy ojcowskiej. We Francji już w od XIII w. dzieci katowane mogły poskarżyć się przed sądem. Ojciec mógł więc uwięzić syna, ażeby zmusić go do posłuszeństwa, lecz nie miał prawa się nad nim znęcać. Wprawdzie kara za zabicie syna była stosunkowo niewielka - wygnanie, a za katowanie córki (w przypadku recydywy) - grzywna obok kary więzienia, to jednak pojawiły się granice władzy nad dzieckiem.
   Elisabeth Batinder w Historii miłości macierzyńskiej podkreśla, iż zawsze w historii zdarzały się związki oparte na uczuciach i więzi rodzinne między dziećmi i rodzicami oparte na autentycznej miłości i przywiązaniu. Jednak współcześnie rozumiana miłość macierzyńska to wytwór dopiero ostatnich dwóch wieków.

Diabeł wcielony


   Przez długie wieki teologia chrześcijańska, zapominając o słowach Chrystusa "Pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie", postrzegała dziecko głównie przez pryzmat pism św. Augustyna. Przedstawił on dziecko jako symbol zła, istotę niedoskonałą, obarczoną ciężarem grzechu pierworodnego. Św. Augustyn usprawiedliwiał z góry wszelkie pogróżki, baty i rózgi. Nigdy więc słowo "edukacja" (które pochodzi od łacińskiego educare - "wyprostować to, co jest pokręcone i zdeformowane") nie zostało trafniej użyte. Stąd kary cielesne i więzienie własnych dzieci, dla większości z nas szokujące, były zwykle stosowane w dobrej wierze. Św. Augustyn przestrzegał bowiem, że ludzkie szczenię jest głupie, ulegające namiętnościom i kapryśne. Wprawdzie on sam porzucił swoje dziecko wraz z jego matką i nie bardzo znał się na wychowaniu, ale to nie przeszkodziło mu dowodzić, że porządnego człowieka można urobić nie inaczej jak poprzez zadaną mu wcześniej przemoc.
   Najczęściej nie zastanawiamy się nad tym, skąd biorą się nasze przekonania, iż coś jest właściwe lub konieczne. Potrafimy wskazać, że tak nas nauczył ojciec i dziad i że taka jest tradycja. Bezwzględna władza rodzicielska opiera się na przekonaniu, iż rodzic wie lepiej, co dziecku potrzeba. Nie uświadamiamy sobie, że przekonanie owo płynie z pogardy dla dziecka zaszczepionej przez poglądy sprzed wieków. Ich siła oddziaływania dosięga nas i dziś.
   Czynimy, co i nam czyniono. Prawo, które na to przyzwala w imię tradycji, niekoniecznie musi pozostawać w zgodzie z ustawą zasadniczą. To ono właśnie pozwala uznawać, że fizyczne bicie dzieci nie ma nic wspólnego z fizycznym naruszeniem nietykalności osoby - zakazanej przez prawo karne.
   Gotowi jesteśmy niekiedy wierzyć, że nic nie jest tak odwieczne jak dbałość rodziców o dziecko i jego dobre dzieciństwo. Stawia to nas w sytuacji dysonansu poznawczego. Jak bowiem pogodzić kary cielesne, odmawianie wykształcenia dziewczynkom, pedagogikę za pomocą rózgi, sprzedawanie "za mąż" kilkunastoletnich dziewczynek dla osiągnięcia korzyści majątkowych, ustawowe nakazy kochania rodziców i okazywania im szacunku z sielankowym obrazem dzieciństwa? Szacunek i miłość można odwzajemnić, ale skoro nakazane zostają ustawą, to znaczy, iż ustawodawca ma pewne wątpliwości, czy da się te uczucia wyegzekwować bez przymusu.

Początki dziecka - człowieka


   Przez długie wieki dzieci miały krótkie dzieciństwo i był to najczęściej okres przystosowania się do wymagań otoczenia i do pracy. Dzieci, również te najmłodsze, pracowały. W polu, w fabrykach, w kopalniach, lub na służbie. Procent dzieci z tzw. dobrych domów, kształconych i zadbanych, był niewielki. Historycy wskazują, iż pod koniec XVIII w., po przeszło stu latach plagi umieralności niemowląt, zaczęto we Francji i w innych państwach czynić starania o ratowanie życia noworodkom. Na usprawiedliwienie naszych przodków trzeba wyjaśnić, iż dzieci umierały tak często i uznawano to za tak naturalne, iż tradycja niewiązania się z nimi miała chronić dorosłych przed bolesnym przeżywaniem strat. Nie można też wykluczyć, że dorośli, którzy sami w dzieciństwie nie zaznali rodzicielskiej miłości, nie potrafili jej odwzajemnić.
   Dlaczego więc nagle zaczęło być w modzie, by w wyższych sferach matki same karmiły piersią, a nie oddawały dzieci mamkom? Dlaczego dziecko zaczęło być ważne? Otóż nabrało ono, zwłaszcza pod koniec XVIII w., wartości handlowej - stało się potencjalnym bogactwem gospodarczym. Odkąd o człowieku mówi się w kategoriach ceny i surowca, odkąd zwraca się uwagę, że - jak zauważa Batinder - "człowiek to ostateczny cel i narzędzie wszelkiej wytwórczości i nawet uważając go za istotę o określonej cenie, należy pamiętać, iż stanowi on najcenniejszy skarb władcy", odtąd zaczyna się starania o zachowaniu przy życiu noworodków, również tych niechcianych. Obowiązek dopilnowania tego by dzieci przeżyły, mężczyźni składają w ręce kobiet. Sami nadal ani nie poczuwają się, ani nie rozumieją, iż rodzicielstwo oraz wychowanie dziecka wymaga udziału i matki, i ojca.
   Z upływem czasu i pod wpływem zmian zachodzących w społecznej wrażliwości niektóre zasady, które pozwalały na przedmiotowe traktowanie dzieci, zaczęły razić. Niekiedy spowodowane było to powszechną tragedią, która wstrząsała społeczeństwem (wojna), niekiedy zaś ogólnym dobrobytem i wzrostem poziomu życia. Połowa XIX wieku, to okres pierwszych ustaw (z których większość nie weszła w życie) zabraniających zatrudniania dzieci w manufakturach, fabrykach i kopalniach.

Jak kochać dziecko?


   Wiek XVII i XVIII to okres, gdy okazywanie uczuć dziecku przestaje być źle widziane. Często jednak jest to podejście, które w dziecku widzi uroczą, wdzięczną zabawkę, rzadziej - człowieka. Trzeba doczekać do wieku XVIII, by rozpoczęła się dbałość o jego higienę i zdrowie. Dopiero teraz dziecko zajmuje w rodzinie centralne miejsce - ważna staje się sama obecność i jego egzystencja.
   Fakt, że dziecko obdarzono miłością i uznano jego prawo do dzieciństwa, nie oznacza jednak, że przestało ono być własnością rodziców. Jest to bardzo trudny proces, który rozciąga się w czasie. Wymaga on dojrzewania rodziców i cywilizacyjnego rozwoju całego społeczeństwa, rodzice bowiem powtarzają wzorce i zachowania, których wcześniej sami doświadczali, będąc czyjąś własnością.
   Janusz Korczak w mądrej książce Jak kochać dziecko uświadamia rodzicom, jak niewłaściwe jest podkreślanie prawa własności do dziecka, jak szkodliwe jest snucie za dziecko planów o jego przyszłości. Podkreśla, że wszystko, co osiągnięte tresurą, naciskiem i przemocą, jest nietrwałe, niepewne, zawodne. Korczak uczył, że prawdziwa miłość do dziecka daje mu miejsce na otwarte przyznanie, że ma ono inne zdanie i że chce żyć własnym życiem. "Dziecko nie jest Twoje - mówił - dziecko jest człowiekiem", "dziecko ma prawo do szacunku". Minęło tyle lat, a treści te wciąż są aktualne.

Równouprawnienie kontra krzywdzenie


   W 1972 r. we Francji termin "władza ojcowska" został usunięty z prawa i zastąpiony sformułowaniem "władza rodzicielska". W Polsce władzę rodzicielską obojgu rodzicom (jednak z przyznaniem przewagi ojcu w razie różnicy zdań) dawał już Cywilny Kodeks Królestwa Polskiego z 1825 r. W roku 1929 projekt jednolitego prawa małżeńskiego, opracowany przez Karola Lutostańskiego, przewidywał zasadę równouprawnienia obojga małżonków w stosunkach osobistych. Projekt, uznany za zbyt rewolucyjny, nie został wówczas przyjęty. Jednak te, w skali europejskiej nowatorskie rozwiązania, zostały wykorzystane w toku prac nad unifikacją prawa małżeńskiego po II wojnie światowej.
   Co ma do rzeczy równa pozycja rodziców w rodzinie z sytuacją dziecka krzywdzonego? Przecież nie wszystkie dzieci, które doświadczają krzywdzenia wychowują się w rodzinach pełnych.
   Przypomnijmy, że przez dziecko krzywdzone rozumiemy dziecko doświadczające ze strony rodziców lub opiekunów: przemocy fizycznej i wykorzystywania seksualnego, krzywd emocjonalnych, materialnego zaniedbania, poniżania, manipulowania bądź nadopiekuńczości. Dla zaistnienia którejkolwiek z form krzywdzenia dziecka konieczny jest brak szacunku dla dziecka, brak poszanowania jego godności, brak zrozumienia, że jest odrębną jednostką. Często krzywdzenie idzie w parze z niską samooceną krzywdzącego lub z brakiem samokrytycyzmu. Dzisiejsi krzywdziciele są często ofiarami swego dzieciństwa. Bez poczucia godności i wartości własnej osoby zazwyczaj z trudem przychodzi ludziom szanować innych.
   Postawa bezkrytyczna często związana jest z atrybutami przyznanymi a priori, należącymi się z racji pełnionej roli: rodzica. Wypływa z niej poczucie bezkarności. Zarówno pierwsza - niska samoocena, brak wiary w siebie i szacunku dla samego siebie, jak i druga postawa - bezkrytyczne poczucie władzy, bardzo silnie związana jest z wzorami wyniesionymi z domu rodzinnego. Równa pozycja rodziców w sposób naturalny zmusza do liczenia się ze zdaniem drugiej osoby, do uwzględniania różnych punktów widzenia, rozszerza więc horyzonty i stanowi naturalny grunt dla prawidłowego rozwoju dojrzałej, odpowiedzialnej i świadomej własnej wartości osobowości.
   W tradycyjnym związku patriarchalnym równie tradycyjna jest bezpodstawna niska ocena i samoocena żony i dzieci oraz - również bezpodstawna - wysoka, bezkrytyczna samoocena ojca. Będąc głową rodziny, której słowa są święte, ojciec nie ma szans skorygowania swoich zapatrywań, bo nikt nie ośmieli się mu sprzeciwić. Nawet kiedy zachowuje się niewłaściwie, nadużywając przemocy, alkoholu lub własnych dzieci, pozostaje bezkarny. Dzieci wychowane na takich wzorcach, również w dorosłym życiu - bez względu na to, czy wychowują swoje dzieci w związkach pełnych, czy nie - mają naturalną skłonność do powtarzania wyuczonych w dzieciństwie zachowań.

Opieka kontra władza


   Jak nadać praktyczne znaczenie treściom zawartym w prawie polskim, które podkreśla, że dziecko to człowiek. Odchodzi ono od tradycji, w której role pełnione przez rodziców nie pozostawiały miejsca na liczenie się z uczuciami i zdaniem dziecka. Stąd też miłość do dziecka zdaje się wymagać od nas, by miejsce rodzicielskiej władzy zajęła rodzicielska piecza.
   Jaka to różnica? Mówiąc o władzy, najpierw myślimy o sobie, o tym, co dla nas jest najważniejsze. Mówiąc o pieczy, najpierw myślimy o tym, co dobre jest dla dziecka, a potem dla mnie. W efekcie zanim podniesiemy dłoń, by wymierzyć klapsa, przyjdzie nam się zatrzymać i pomyśleć, czy chciałbym/ chciałabym, by ktoś inny poniżył mnie, zadał ból. Czy biję, bo dziecko mnie nie rozumie? Jeśli dziecko mnie nie rozumie, to co jest nie tak z moim komunikatem? Gdzie popełniłem/popełniłam błąd. Piecza, opieka - krótkie słowa, które w efekcie pomagają wprowadzić w życie zasady społeczeństwa obywatelskiego.

M.P.