Jacek

Anna Staszewska

Niebieska Linia nr 5 / 2002

Znam wiele osób, które ustanowiły rodzinę zastępczą dla dzieciaków z domów dziecka. Są wśród nich małżeństwa, są samotne kobiety. Ale kogoś takiego jak Jacek nie znam. Bo takich ludzi nie ma wielu. Dlatego o nim opowiadam.

   Jacek jest zwykłym i zarazem niezwykłym facetem. Ma 40 lat, z zawodu jest kierowcą, pracuje w dość dobrze prosperującej zagranicznej firmie. Zarabia przyzwoicie. Mieszka w jednopokojowym mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu. Nic nadzwyczajnego. Nadzwyczajne jest jednak to, że Jacek, mimo że nie ma żony, nie żyje sam dla siebie. Jest opiekunem dzieci z domów dziecka.

Rodzina wieloosobowa


   Jacek ma czterech braci. Wszyscy wychowywali się w domu dziecka, ale mimo to każdemu z nich powiodło się w życiu nieźle, pracują, mają szczęśliwe rodziny. Łączy ich jedno - pomagają dzieciom, o których mówią "dzieci z bidula" - dzieciom z domów dziecka. Przysięgli to sobie, kiedy sami opuszczali dom dziecka. Wszyscy stanowią dość pokaźną rodzinę, pomagają sobie wzajemnie, spotykają się często, chodzą na basen, grają w siatkówkę. Są dla siebie nie tylko rodziną, ale także prawdziwą grupą wsparcia.
   Jeden z wychowanków Jacka - Tomek, już od dawna jest dorosły, ma swoją rodzinę, dziecko i też opiekuje się dziećmi z domów dziecka. Do niedawna jeszcze Jacek mieszkał z dwoma pozostałymi chłopcami. Ich mieszkanie było prawie całe zastawione łóżkami. Podział zadań był jasny - prał i prasował Jacek, gotował Jarek, a najmłodszy Paweł miał tylko pomagać, przyglądać się i uczyć. Dla Jarka Jacek niedawno wywalczył samodzielne mieszkanie dwie ulice dalej, więc teraz mieszka tylko z Pawłem.
   Dla swoich wychowanków Jacek jest przyjacielem. Nie każe na siebie mówić "tato" ani "wujku". Jest po prostu Jackiem. Poznawał ich w różny sposób. Najczęściej przez znajomych, którzy też pomagali dzieciom z domów dziecka. Tak było w przypadku Tomka. Jarka poznał, kiedy pojechał odwiedzić dom, w którym kiedyś sam mieszkał. Najpierw zabierał chłopca do siebie na weekendy, dopiero potem zdecydował się na rodzinę zastępczą. Nie bez kłopotów zresztą. U nas mężczyzna, który chce stworzyć rodzinę zastępczą dla chłopca jest co najmniej podejrzany. W dodatku nie są to zarzuty stawiane oficjalnie, tylko takie szeptane, dlatego bardzo trudno z tym walczyć. Właśnie w tym czasie poznałam Jacka. Przyszedł z Jarkiem do Biura Rzecznika Praw Ucznia, żeby pogadać i prosić o pomoc. Nasze Biuro było chyba dziesiątą instytucja, do której trafili, szukając pomocy.
   W tej chwili jest trochę łatwiej, bo Jacka zna wiele osób z różnych instytucji, które są gotowe stanąć za nim murem. Zresztą już teraz bardzo trudno byłoby podważyć jego kompetencje - w przypadku Tomka i Jarka odniósł przecież pełen sukces.
   Paweł - jak twierdzi Jacek - będzie jego ostatnim wychowankiem. Ale dokładnie to samo mówił, kiedy brał do rodziny Jarka. Jacek często powtarza, że zdaje sobie sprawę, iż wszystkim dzieciom pomóc się nie da, ale on spróbuje pomóc przynajmniej kilkorgu z nich.

Dzieci bez szans


   Wszyscy wychowankowie Jacka to dzieci, które nie miały już szans na rodzinę zastępczą. Były zbyt duże, sprawiały kłopoty. Tak było szczególnie w przypadku Pawła, który w domu dziecka uchodził za pierwszego bandziora, pił alkohol, używał narkotyków. Był pyskaty i cwany. Nikt nie wątpił, że Paweł wcześniej czy później trafi do poprawczaka, dlatego nie zawracano sobie nim głowy. Kiedy się spotkali, prokuratura zbierała właśnie dowody w sprawie 60 napadów i rozbojów, w których uczestniczył on i jego koledzy. Mimo to Jacek nie odrzucił Pawła, postawił mu tylko warunek - owszem, możemy się przyjaźnić i możesz liczyć na moją pomoc, ale musisz rozliczyć się z przeszłością. Decyzja była bardzo trudna, bo Paweł dotychczas żył w środowisku, w którym nie donosi się na kumpli. Mimo to poszedł na pełną współpracę z policją i złożył szczegółowe zeznania. A na sprawie sądowej, która odbyła się niedawno, wprowadził wszystkich w osłupienie, kiedy zwrócił się do sądu z prośbą o umożliwienie mu kontaktu z poszkodowanymi, ponieważ chciałby ich przeprosić i zapytać, w jaki sposób mógłby naprawić wyrządzone im krzywdy. Jacek jest z niego dumny. Także dlatego, że Paweł, na którego wszyscy już położyli krzyżyk i który ledwo przechodził z klasy do klasy w podstawówce i w szkole zawodowej, teraz jest świetnym uczniem - i to uczniem liceum ogólnokształcącego. Zmiana szkoły miała uchronić Pawła przed powrotem do dawnego środowiska. Była to propozycja Pawła, a Jacek zgodził się z nią pod warunkiem, że Paweł ukończy z pozytywnym wynikiem klasę w zawodówce, do której dotychczas chodził od święta. W ten sposób miał udowodnić, że potrafi pracować systematycznie.

Uporządkowany świat


   U Jacka zasady są jasne - wiadomo, kto za co odpowiada, czego robić nie należy, a co absolutnie robić trzeba. Bardzo konsekwentnie uczy swoich wychowanków, co jest dobre, a co złe. Dotyczy to zarówno spraw codziennych, jak utrzymanie porządku, zmywanie po sobie naczyń, punktualność, jak również spraw ważnych, takich jak dotrzymywanie słowa, bycie uczciwym, szanowanie innych ludzi. Jacek buduje w swoich wychowankach przekonanie, że ich życie zależy wyłącznie od ich własnych starań, a na pomoc innych mogą liczyć wtedy, gdy przekonają ich, że są w stanie realizować swoje plany. Umawia się z chłopakami na różne rzeczy i dotrzymuje słowa. Stawia dość wysokie wymagania, ale nigdy takie, którym nie byliby w stanie sprostać. I zawsze służy im pomocą. Stara się zagospodarować ich czas, poświęca im wiele uwagi i troski.

Plaster na sumienie społeczne


   Jacek ma jasny pogląd na temat domów dziecka - są beznadziejne. Buntuje się przeciwko systemowi, który wpycha dzieci do domów dziecka tylko dlatego, że w ich domach rodzinnych panują tragiczne warunki socjalne lub dlatego, że rodziny z jakichś innych powodów są niewydolne. Doskonale wie, jak mało robi państwo, żeby tym rodzinom pomóc. Jasne, że zdarzają się sytuacje beznadziejne, kiedy nie można zrobić nic, ale umieszczenie dziecka w "bidulu" niczego dobrego do jego życia nie wnosi. Jacek uważa, że dzieci powinny tam trafiać na czas możliwie najkrótszy, a potem być umieszczane w rodzinach zastępczych, w rodzinnych domach dziecka lub rodzinach zaprzyjaźnionych, które sprawują nad nimi opiekę prawną. Jednak te instytucje są w Polsce słabo rozpowszechnione. Z reguły kiedy dziecko trafia do rodziny zastępczej, to jest nią babcia lub ciocia, często borykająca się z takimi samymi problemami, jak rodzina biologiczna, i równie niewydolna wychowawczo. Sąd przydziela wtedy kuratora, każe pisać sprawozdania i to wszystko. Sumienie społeczne zostaje uspokojone, bo przecież dziecko nie jest już u tej złej mamy i taty. Kiedy znowu ktoś się zorientuje, że tam źle się dzieje, dziecko trafia do domu dziecka, gdzie wegetuje do uzyskania pełnoletniości, potem dostaje kołdrę, wyprawkę i kopniaka na drogę. Wtedy też, z braku innych perspektyw, wraca do w dalszym ciągu źle funkcjonującej rodziny biologicznej i do tych skandalicznych warunków socjalnych, z których - dla jego dobra - zostało przecież wcześniej zabrane. W jego życiu nic się nie zmienia.
   Jeżeli zaś absolwent domu dziecka ma tyle szczęścia, że gmina da mu samodzielne mieszkanie, to w wielu przypadkach i tak nie jest w stanie zacząć dorosłego życia na własny rachunek, bo nikt go do tego wcześniej nie przygotował. Nie powiedział, że trzeba opłacać czynsz i prąd, bo jak nie, to przyjdzie ekipa i zdejmie licznik, a gmina wystąpi o eksmisję. Nikt mu nie pokazał, jak obsługuje się pralkę i jak gotuje zupę. Nikt nie powiedział, że wydatki trzeba kalkulować, żeby nie zostać w połowie miesiąca bez grosza przy duszy. Nikt nie nauczył, jak szukać pracy i jak ją potem szanować i że to jest właściwy sposób zdobywania środków do życia, nie zaś kombinowanie i kradzieże. Nikt nie uświadomił, jakie konsekwencje przynosi nadużywanie alkoholu i że w ten sposób nie rozwiązuje się problemów.
   Zdaniem Jacka wielu wychowanków domów dziecka trafia potem do zakładów karnych, poszerza grono osób bezdomnych, uzależnionych od alkoholu, bezrobotnych. Zakładają własne rodziny na chybcika, bo bardzo pragną ciepła drugiej osoby. Rodzą im się dzieci, o które nie potrafią ani zadbać, ani ich wychować, bo niby skąd mieliby wiedzieć, jak to się robi, skoro nigdy w życiu nie mieli okazji obserwować, jak funkcjonuje prawidłowa, wydolna wychowawczo rodzina.
   Domy dziecka - uważa Jacek - to zwyczajne przechowalnie, instytucje gdzie, żeby za koszmarne pieniądze uspakaja się sumienie społeczeństwa. Gdyby te same pieniądze przeznaczyć na pomoc rodzinom i wspieranie rodzin zastępczych z prawdziwego zdarzenia, mielibyśmy problem sieroctwa społecznego rozwiązany. Domy dziecka nie uczą samodzielności, nie dają ciepła, często są miejscem, w którym stosuje się przemoc i to zarówno psychiczną, jak i fizyczną. Jeden z wychowanków Jacka dwukrotnie podczas pobytu w domu dziecka próbował popełnić samobójstwo. Inny, kiedy - w opinii personelu - sprawował się źle, był odwożony do matki alkoholiczki. W dodatku dzieci ciągle uczą się kombinować ...
   

Gdzie diabeł nie może...


   Jacek to facet z pasją - ciągle namawia różnych ludzi do tego, żeby zaprzyjaźnili się z dziećmi z domów dziecka. Nie namawia do tego, żeby decydować się od razu na rodzinę zastępczą czy na adopcję, ale właśnie na przyjaźń z dzieckiem. Uważa, że zarówno dziecko, jak i opiekun muszą dać sobie czas na to, żeby między nimi wytworzyła się więź, żeby mogli poznać swoje wady i zalety, swoje przyzwyczajenia. Każde dziecko ma własne wyobrażenia i marzenia. One często się zderzają z marzeniami osoby dorosłej. Nie zawsze wszystko układa się jak puzzle. Z reguły nie. Zaczynają się tarcia i nim wszystko się ułoży, mija dużo czasu. I nie ma co się łudzić - mówi Jacek - nie wszystkie dzieci się od razu lubi, tak jak i nie wszystkich dorosłych. Ale próbować warto, bo przyjaźń z dzieckiem wnosi w życie człowieka sens. To wbrew pozorom nie jest "transakcja" jednostronna, w której tylko dziecko może zyskać. Po takim doświadczeniu również osoba dorosła wychodzi o wiele bogatsza.
   Kiedy wśród moich znajomych ktoś zaczyna narzekać, że mu jakoś w życiu nie bardzo, że nic nie ma sensu, że szaro i źle, wtedy utarło się mówić - "Słuchaj, bo napuszczę na Ciebie Jacka". Nikt nie słyszał, żeby Jacek narzekał. Jak są problemy, to je po prostu rozwiązuje i nie byłoby przesadą, gdyby sparafrazować znane powiedzenie - "Gdzie diabeł nie może - tam Jacka posłać".

A.S.