Z czym do sądu

Anna Staszewska

Niebieska Linia nr 1 / 2001

Kiedy zaczynałam pracę w Ośrodku Pomocy Społecznej jako pracownik socjalny, wiedziałam, że będę miała sporo spraw do załatwienia w sądach. Trafiałam tam w różnym charakterze. Początkowo były to sprawy dotyczące pozbawienia lub ograniczenia praw rodzicielskich. Gdy rodzice zaniedbywali swoje obowiązki względem dzieci lub w inny sposób wyrządzali im krzywdę, wnosiłam sprawę o pozbawienie władzy rodzicielskiej lub sąd wzywał mnie w charakterze świadka do sprawy zgłoszonej przez policję lub pedagoga szkolnego.

Pamiętam moje pierwsze wystąpienie  
 
 

Przed sądem.

Wezwana byłam jako świadek w sprawie o pozbawienie władzy rodzicielskiej nad trójką maleńkich dzieci. Wniosek do sądu skierowali policjanci z wydziału dla nieletnich, których parę dni wcześniej wezwałam do wspomnianej rodziny. Sprawa była poważna i wiele zależało od tego, co powiem, bo poza mną i rodzicami dzieci nie było żadnych innych świadków. Oni oczywiście chcieli uchodzić w oczach sądu za nienagannych rodziców i robili wiele, aby dowieść, że całe zdarzenie jest totalnym nieporozumieniem. Na sprawie pojawili się z dziećmi, czym zezłościli sędziego. Ostatecznie dziećmi zajęła się pani sekretarka i zaczęliśmy sprawę. Wysoki sąd zadawał mi mnóstwo pytań, na które starałam się odpowiadać jak najpełniej, cedząc słowa powolutku, aby każde zapisano w protokole sprawy. Byłam bardzo spięta.

Sprawa została odroczona i w zasadzie moja obecność nie była już potrzebna sądowi. Mimo to parę dni później znowu pomaszerowałam  
 
 

Do sądu,

aby porozmawiać z sędzią prowadzącym sprawę. Wyszłam z założenia, że sąd jest dla ludzi, a dyżury sędziowskie dla interesantów. W czasie spotkania powiedziałam o moich obawach i pomysłach na to, jak należałoby pomóc rodzinie. Ostatecznie sprawa zakończyła się ograniczeniem praw rodzicielskich. Sąd nakazał umieszczenie dzieci w przedszkolu (aby ktoś z zewnątrz mógł obserwować, czy z dziećmi nie dzieje się coś niepokojącego), a rodzicom zwiększenie aktywności w poszukiwaniu pracy. Nad realizacją tych zaleceń miałam czuwać ja i kurator.

Byłam zadowolona z zakończenia sprawy. Nie chciałam, żeby dzieci trafiły do domu dziecka. Pragnęłam zapewnić im bezpieczeństwo i opiekę rodziców. Dzięki nadzorowi kuratora, moim wizytom i umieszczeniu dzieci w przedszkolu stało się to możliwe.

Taki był mój debiut sądowy.

Kiedy zaczęłam pracować w Ogólnopolskim Pogotowiu dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia", spraw było coraz więcej. Zdarzało się, że nawet kilka razy w tygodniu musiałam stawić się  
 
 

W sądzie.

Powoli przestawałam bać się tej instytucji i zaczęłam traktować ją jako miejsce, do którego ludzie zwracają się wówczas, gdy zawiodą inne metody porozumienia bądź egzekwowania zachowań zgodnych z prawem.

Do sądów rodzinnych trafiałam często jako strona wnosząca o ograniczenie lub pozbawienie władzy rodzicielskiej. Często wzywano mnie do złożenia wyjaśnień w takich sprawach. Innym razem towarzyszyłam moim klientkom jako osoba zaufania. Były to głównie sprawy o zniesienie wspólnoty majątkowej, eksmisję, alimenty czy określenie sposobu kontaktów rodziców z dziećmi. Kilka razy brałam również udział w sprawach rozwodowych toczących się przed sądem okręgowym. Korzystałam z możliwości udziału w sprawach rodzinnych, ponieważ leżało to w interesie moich klientek, a prawo na to zezwala.

Za każdym razem, kiedy pojawiałam się w sądzie jako osoba zaufania, strona przeciwna protestowała. Tylko raz sędzia nie pozwolił mi zostać na sali - nie protestowałam, ponieważ nie pomogłoby to mojej klientce. Zgadzam się, że osoba postronna na sprawach rodzinnych może naruszać prywatność, jednak prawo na to zezwala. Każda ze stron może wprowadzić na salę sądową zaufaną osobę i sprzeciw drugiej strony nie ma tu nic do rzeczy.

Często opowiadam o historii, która zdarzyła mi się w sądzie apelacyjnym. Kiedy wmaszerowałyśmy z moją klientką i jej adwokatem na salę, sędzia zadał pytanie: "Czy na sali znajduje się osoba nieletnia?". Chodziło o moje 148 cm wzrostu i niezbyt poważny wygląd. Ale odpowiedziałam rezolutnie: "Nie  
 
 

Wysoki sądzie,

jestem dorosła i towarzyszę pani K. jako osoba zaufania". A sędzia na to: "To bardzo mi miło - proszę usiąść".

W sądach niższej instancji rzadko spotykałam się z tak miłą atmosferą. Sędzia raczej mówił: "Skoro interesuje panią życie prywatne państwa X, niech pani zostanie. Nie ma pani jednak prawa głosu i nie wiem, gdzie pani usiądzie". Odpowiadałam: "Dziękuję, wysoki sądzie - postoję". Naprawdę nie warto się zrażać.

Coraz częściej uczestniczyłam też w sprawach karnych, głównie z art. 207 Kk, tj. o znęcanie się nad rodziną. Tu też zdarzało mi się występować w roli świadka. Ale częściej byłam obserwatorem. Niekiedy oprócz mnie pojawiało się też kilku dziennikarzy, których zainteresowałam sprawą. Tutaj sąd nie miał zastrzeżeń co do mojej obecności. Publiczny charakter procesów karnych stanowi jedną z gwarancji prawa do sądu.

Pojawianie się w sądzie na sprawach naszych klientów, choć niekiedy budzi zastrzeżenia, spełnia bardzo ważną rolę i jest pomocne w pracy z nimi.

O występowaniu  
 
 

W roli świadka

nie ma co dyskutować. Warto tylko wspomnieć, że to trudna rola i trzeba się do niej dobrze przygotować. Trzeba wynotować sobie wcześniej ważniejsze daty i fakty. Występowanie przed sądem jest dosyć stresujące, łatwo wtedy zapomina się o połowie zdarzeń, które miały miejsce. Zdenerwowani zaczynamy mówić szybko i nieskładnie, co powoduje, że część naszego zeznania w ogóle nie trafia do protokołu.

Występowanie  
 
 

W roli osoby zaufania

lub w roli obserwatora jest ważne z kilku powodów. Po pierwsze, dzięki naszej obecności w sądzie klient czuje się pewniej. Po drugie, osoba niezaangażowana bezpośrednio w sprawę spostrzega wydarzenia obiektywniej niż osoba uwikłana w proces. Kiedy rozmawiam z klientami o tym, co wydarzyło się w sądzie, często jestem zdziwiona, jak różnie interpretujemy te same fakty. Klientka mówi: "Sędzia jest okropny, opryskliwy i uprzedzony do mnie". A ja widzę, że jest bezstronny, rzeczowy i pilnuje dyscypliny. Gdybym nie była razem z nią w sądzie, znałabym tylko jej wersję i rozmawiałybyśmy o tym, co tak naprawdę nie miało miejsca. Wspólnie więc możemy zastanowić się, jak powinna zachować się na kolejnej sprawie, kiedy, co i jak powiedzieć (chodzi też o ton głosu i szybkość mówienia), jakich jeszcze świadków warto powołać lub jakie dostarczyć dowody. Jednym słowem - zaplanować, co dalej.

Zainteresowanie przedstawicieli  
 
 

Organizacji społecznych

sprawami sądowymi wpływa mobilizująco na głównych "aktorów" tego "teatru" - sędziów, adwokatów, prokuratorów. Nie mam tu, broń Boże, na myśli zamachu na niezawisłość sądów. Prokuratorzy oskarżający sprawców przemocy i adwokaci (szczególnie ci z urzędu) reprezentujący moje klientki zaczynali bardziej się starać, gdy na sali znajdowali się obserwatorzy. Częściej zadawali pytania, dokładnie tłumaczyli zawiłości prawne, udzielali ważnych rad. Również sędziowie byli bardziej dociekliwi i zainteresowani tym, co ma do powiedzenia kobieta, a także bardziej cierpliwi.

Z tych powodów, warto, by organizacje i instytucje pomagające ofiarom przemocy w rodzinie angażowały się bezpośrednio, lub jako obserwatorzy, w procesy sądowe. Tylko  
 
 

Trzeba przestać bać się sądów.

Media, w których sporo mówi się o wymiarze sprawiedliwości, najchętniej zajmują się skandalami, aferami, wielkimi procesami. Nie oddają jednak codzienności sądownictwa. Często słyszy się utyskiwania, że w sądzie nie ma zrozumienia i szacunku dla tych, którzy przychodzą tu, żeby załatwić jedną z ważniejszych spraw w swoim życiu. To miejsce budzi w nich lęk, jest obce i przytłaczające. Organizacje społeczne powinny próbować zmieniać tę sytuację. Dzięki ich zainteresowaniu i obecności na procesach sądy mogą zacząć w większym stopniu szanować prawa zwykłego człowieka, który nie musi wcale znać się na zawiłościach prawnych. Ta zmiana nie dokona się z dnia na dzień - to jest proces. Uczestnictwo w nim może dawać poczucie, że naszą pracą pomagamy nie tylko tej osobie, której sprawa dotyczy, ale też każdemu kolejnemu człowiekowi, który stanie przed sądem i będzie próbował przedstawić swoje racje. Możliwe, że dzięki naszemu udziałowi sędziowie, ławnicy, adwokaci i prokuratorzy, ale też zwykli ludzie, zrozumieją, iż każdemu człowiekowi przysługuje nie tylko prawo do sądu, ale przede wszystkim prawo do godnego traktowania. Prawo to ma charakter absolutny i podstawowy, co oznacza, że nie podlega żadnym ograniczeniom i nie trzeba go uzasadniać, powołując się na inne prawa.

Wspomnianą wcześniej sprawę w sądzie apelacyjnym moja klientka przegrała. Ale sposób, w jaki sędzia zwracał się do wszystkich obecnych na sali, nawet na mojej klientce zrobił duże wrażenie. Po raz pierwszy od początku trwania sprawy o rozwód (kilka lat) moja klientka nie czuła się tak, jakby zawracała głowę wymiarowi sprawiedliwości. Czuła, że jest godnie traktowana, chociaż sąd nie podziela jej racji. Sąd okręgowy, w pierwszej instancji, również nie uznał jej argumentacji, jednak wyraził to w sposób niezwykle raniący.

Różnica w podejściu do człowieka jest wyrazem zmian w sądownictwie. To samo prawo można stosować i byle jak, i z wielką klasą.

A.S.