O sztuce konserwacji i potrzebie doradzania

Anna M. Nowakowska

Niebieska Linia nr 4 / 2000

Zawodowe pomaganie słabszym,biedniejszym, mniej zdrowym lub po prostu zbłąkanym pociąga za sobą ryzykopopadnięcia w tarapaty.

Weźmy na przykład wypaleniezawodowe.

Ten syndrom budzikontrowersje - często podejrzewa się jego ofiarę o: fanaberie, zmęczenie,ukrywanie własnych problemów i zaniedbania w osobistej higienie (psychicznej,oczywiście) albo wręcz niedojrzałość do roli terapeuty.

Ale to "coś" zbiera żniwowśród zawodowych pomagaczy: odechciewa im się pomagania, gubią sens i cel,każdy dzień witają zniechęceni, nieżyczliwi światu i wszystkiemu, co na nim.Chorują. Do pracy idą, bo poczucie obowiązku umiera ostatnie. Pracują "na jałowymbiegu", ze szkodą dla siebie, zespołu, klientów. Piętrzą się problemy w sferzeosobistej, intymnej.

Zmęczony aż do wyczerpaniapomagacz - komu może pomóc? I w jaki sposób?

Pomagacz - jedyne znane minarzędzie, które jest w stanie uświadamiać sobie własne potrzeby, zaspokajaćje, samo się naprawiać, stanowić o tym, do czego samo siebie wykorzysta.Narzędzie nieomal doskonałe. Zwłaszcza, kiedy staje się świadome własnychograniczeń. Narzędziem zwanym "pomagacz" należy się zajmować.

Od czasu do czasu, tak jaksamochód albo komputer, pomagacz powinien sam siebie poddać konserwacji... alborenowacji.

Jeden z prostych sposobów tokonserwacja przez superwizję.

Jest tym, czym okresowyprzegląd dla samochodu. Z tym, że wymaga świadomej zgody uczestnika naobejrzenie własnych zasobów i braków. W obecności innych uczestników albo(rzadziej) tylko superwizora.

Oglądanie zasobów - proszębardzo, całkiem przyjemne zajęcie. Gorzej z brakami. Pokazywanie słabości niejest powszechnym i gratyfikowanym sposobem bycia. Od przedszkola uczymy siępokazywać z tej najlepszej strony, słabizny skrzętnie skrywając przed światem.Tak się funkcjonuje w szkole, w pracy, w kręgu znajomych. Tego nawyku pozbyćsię niełatwo.

Można by powiedzieć, że pracasuperwizyjna wymaga klimatu zaufania, ale przecież zaufanie jest osobistądecyzją, a nie właściwością klimatyczną.

Czy wobec tego wartoryzykować odkrywanie kłopotów w pracy z klientem, narażać reputację "profesjonalisty",borykać się z decyzją o zaufaniu, porzucić rywalizację?

Dzięki takim dylematom jużsamo uczestniczenie w superwizji jest inwestycją we własny rozwój: pokazaniewłasnych trudności pomimo lęku przed negatywną oceną to zadanie dlaprofesjonalistów. Tym razem bez cudzysłowu.

Do tego dochodzą korzyści zotrzymanych informacji zwrotnych, pogłębiona refleksja, większe zrozumieniesiebie i klienta.

Praca superwizyjna powinnabyć standardem każdej placówki pomagającej ludziom oraz prawem każdegopomagacza.

Przy okazji wspomnę innąplagę wśród pomagaczy: potrzebę doradzania. Słusznie czy nie, w tej słabościupatruję źródła wielu rozczarowań pracą i podatności na wypalenie. Mechanizmjest banalny: opiera się na błędnym przekonaniu, że pomagający powinienwiedzieć, jak rozwiązać problemy klienta. Ma to wiedzieć natychmiast,nieomylnie, a najlepiej z gwarancją powodzenia.

Czasem rzeczywiście klientprzychodzi i powiada: Proszę mi doradzić, co ja mam zrobić. Tak mówi, bo odczegoś musi zacząć rozmowę. Problem zaczyna się wtedy, kiedy pomagacz łapieprzynętę i z entuzjazmem serwuje własne rozwiązania. A klient wtedy: Tegozrobić nie mogę, bo.... Pomagacz bardziej się stara, a klient wciąż: Tak,ale....

Ta wyczerpująca proceduranosi nazwę gry w Dlaczego Ty Nie... Tak, Ale.... Zadziwiające zjawisko świetnieopisane w podejściu transakcyjnym (Eric Berne "W co grają ludzie"), wikłająceklienta w rozgrywkę kończącą się konkluzją: A widzicie, nikt nie potrafi mipomóc.

O dziwo, doradzanieamatorskie męczy znacznie mniej. Któż nie zna chociaż jednej osoby mającejtakie hobby? Wystarczy, że wyrazisz przy niej/nim jakąkolwiek wątpliwość, a jużsłyszysz: A dlaczego nie zrobisz tak i tak?.

To jeszcze mały kłopot,gorzej, kiedy podzielisz się problemem życiowym, dylematem, niezadowoleniem.Okaże się natychmiast, że "doradzacz" zna lepsze sposoby na twoje życie niż tysam. Już wie, co masz robić, z kim i gdzie...

Ale mylisz się, jeślisądzisz, że tu chodzi o ciebie. Tak naprawdę doradzającemu zależy napotwierdzeniu słuszności własnej porady. Zajmuje się sobą, a nie tobą.

"Doradzacze - amatorzy"realizują swoje hobby z radością i zaangażowaniem. Wcale się nie wypalają,tryskają pomysłami i energią. I nic dziwnego - przekonanie o własnej wyższościi wszechwiedzy jest wysokoenergetycznym pokarmem.

Którego nie polecam.

A.M.N.