Droga Maryli

Zofia Hardejewska

Niebieska Linia nr 4 / 1999

Maryla trafiła do naszej grupy radzenia sobie z przemocą w rodzinie na skutek rady lekarza, popartej przez rozmówcę z telefonu "Niebieskiej Linii". Była już po rozwodzie orzeczonym z winy męża, sąd orzekł również eksmisję. Sprawa karna za znęcanie się nad rodziną skończyła się wyrokiem: nakaz leczenia odwykowego, kurator, rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata.

Opowiadając o swojej sytuacji życiowej Maryla mówiła o nadziei, że po rozwodzie i wyroku jej sytuacja zmieni się na lepsze. A tu nic. Koszmar trwał. Miała poczucie wielkiej krzywdy, ogarnęła ją bezsilność, beznadzieja.

- Po co mi to było, gdy nadal żyję w piekle?
Była w depresji, brała leki. To lekarz namówił ją na naszą grupę. Potem dzwoniła do "Niebieskiej Linii". Radzili jej to samo - więc przyszła. Był to sierpień 1996 roku.

Rodzice Maryli faworyzowali jej brata - zdolny, grzeczny, spełniał oczekiwania rodziców. Ona nie. Próbowała zwrócić na siebie ich uwagę - niewiele ich to obchodziło. Poznała Zbyszka, a rodzice zabronili jej spotykać się z nim. Tłumaczyli, że to nie facet dla niej, że starszy, że jakiś zły. Maryla postawiła na swoim, zaraz po maturze wyszła za mąż. Miała dość domu, rodziców, ich ocen, krytyki, zakazów.

Dzisiaj nawet nie umie ocenić, czy kochała Zbyszka, czy był to tylko akt zemsty na rodzicach.

Pierwsze dwa, trzy lata nie były najgorsze. Pił, owszem, nawet sporo. Jednak pracował, przynosił pieniądze. Awantury, jeśli były, to rzadko, potem przepraszał. Maryla czuła, że coś jest nie tak, jak być powinno. Rodziców oszukiwała, udawała szczęśliwą. Potem urodził się Tomek. Myślała, że mąż się opamięta, pomoże przy dziecku. Z początku trochę tak było, czasem zajął się dzieckiem.

W przedszkolu okazało się, że Tomek ma lekki niedorozwój umysłowy. Mąż obwiniał ją za to. Zresztą i za wiele innych rzeczy: że wyrzucili go z pracy, że ma kłopoty, że brakuje pieniędzy. Chory syn był jednak najlepszym pretekstem. Od tego momentu zaczął się koszmar. Maryla całkowicie poświęciła się synowi, mąż piciu. Rzucił pracę, okradał ją. Zaczął często ją bić. Nie szukała pomocy. Przed rodzicami ukrywała swój dramat. Bała się, że usłyszy: A nie mówiliśmy? Ty zawsze byłaś nieudacznikiem. Masz, co chciałaś.

Cierpiała w samotności przez wiele lat. Całą energię skierowała na to, by syn ukończył szkołę, zdobył zawód. W końcu syn dorósł, poszedł do pracy. Mąż od wielu lat żył na jej koszt. Liczyła, że teraz kiedy syn zaczął pracować, będzie jej ciut lepiej, łatwiej. Mąż jednak namawiał syna na wspólne picie (oczywiście za pieniądze Tomka). Maryla próbowała izolować Tomka od ojca. Mąż szalał, bił ją, demolował mieszkanie.

Tego nie dało się już wytrzymać. Robiła obdukcje, wzywała policję, złożyła skargę w prokuraturze. Nawet długo nie czekała na sprawę i wyrok. Rozwód też nie był problemem: Syn dorosły, dowodów winy męża pod dostatkiem. Przy rozwodzie zasądzono również eksmisję bez orzekania o lokalu socjalnym. Wydawało się, że nareszcie koniec udręki.

Niestety. Zbyszek pił dalej, awanturował się. Maryla z prawomocnym wyrokiem o rozwodzie i eksmisji udała się do komornika. Przyjęto dokumenty, nawet w krótkim czasie przysłano informację o konieczności wpłaty z tytułu kosztów eksmisji i cisza. Po jakimś czasie, wcale nie krótkim, Maryla wymusiła informację, że eksmisja nie będzie wykonana, bo nie ma go gdzie eksmitować. Wyrok sądu nic tu nie zmieni (chodziło o nieorzekanie lokalu socjalnego).

Przyznam się szczerze, że po obejrzeniu dokumentów, które przyniosła ze sobą, nie bardzo wiedziałam, jak natchnąć ją nadzieją. Mamy jednak zasadę, aby się nie poddawać, a pisać gdzie się da. I tak to się zaczęło.

Maryla z początku nie wierzyła, że coś dobrego może z tego wyniknąć. Owszem, realizowała moje literackie pomysły - pisała do komornika, prokuratury, sądu, do kuratorów. Jej były mąż czuł się w domu zupełnie bezkarnie. Przechwycił pismo od komornika o niemożliwości wykonania eksmisji. Tego tylko było mu trzeba. Przeciągnął syna na swoją stronę, namawiał go do picia, buntował przeciwko matce. Sam bał się uderzyć Marylę. Nastawiał Tomka, który z racji upośledzenia podlanego alkoholem miał zaburzoną ocenę rzeczywistości. Bardziej pasowało mu życie z ojcem na luzie, niż praca, wymagania matki, dbanie o dom, porządek. Maryla musiała teraz bronić się przed dwoma agresorami.

Najtrudniej było wezwać pierwszy raz policję do syna. Pobił ją i ukradł pieniądze. Złożyła skargę na policję. Miała nadzieję, że to Tomka ostudzi. Niestety, tatuś po swojemu wyjaśnił synkowi pobudki i intencje matki. Syn teraz już otwarcie zionął wrogością do Maryli. Próbowali wykończyć ją psychicznie. Zauważyli, że biciem to nic nie wskórają, że umie się bronić. Lepiej zmienić metodę. Były mąż palił całymi nocami światło, włączał radio, telewizor, głośno gadał, złośliwie zanieczyszczał kuchnię, łazienkę, psuł urządzenia. Skargi do policji, prokuratury, do kuratora, który był tylko jeden raz na wizycie domowej, nie przyniosły skutku. Mąż nie odbierał wezwań. Rosła pokaźna dokumentacja. Złożyliśmy drugą skargę o znęcanie się nad rodziną. Umorzono z braku dowodów. Syn zeznał, że to matka zawsze była konfliktowa, że to ona wszczyna awantury, a potem wzywa policję. Policja radziła, aby nie wpuszczać syna do domu. Od pewnego czasu miał mieszkanie po babci, Maryla wykupiła je w czasie małżeństwa.

Po rozwodzie Maryla i Zbigniew mieli rozdzielone książeczki opłat za mieszkanie. Oczywiście on nie płacił, więc Maryla załatwiła przydział i została głównym najemcą lokalu, pod groźbą eksmisji musiała zapłacić zaległy czynsz. Musiała spłacić dług. Wzięła pożyczkę z pracy, spłaciła.

Mniej więcej po roku pisania próśb o pomoc, skarg, interwencji policji i ja zaczęłam mieć wątpliwości co do skuteczności naszego prawa i celowości szukania pomocy. Zdecydowałyśmy, że musimy skupić się przede wszystkim na wyegzekwowaniu eksmisji. Zaczęła się korespondencja z komornikami. Po odmowie komorników zebrałyśmy kopie wszystkich pism wysłanych w różne miejsca, kopie wywiadów policyjnych i napisałyśmy do rzecznika praw obywatelskich. W odpowiedzi uzyskałyśmy informację, że komornik nie ma podstaw prawnych do odmowy wykonania eksmisji. Należy zaskarżyć działalność komornika do sądu. Centrum Praw Kobiet pomogło w napisaniu pozwu.

Nie czekałyśmy bezsilnie. W związku z narastającym zagrożeniem ze strony byłego męża i syna pisałyśmy prośby o przyśpieszenie terminu sprawy. Maryla była na rozmowie u Przewodniczącego Wydziału, w którym była zaskarżona działalność komornika. Po kolejnych pismach sąd utrzymał w mocy wyrok o eksmisji bez orzekania lokalu socjalnego i nakazał wykonanie eksmisji. Maryla złożyła oświadczenie, że nie rości żadnych pretensji do mieszkania po teściowej; wykonała wszystkie zlecenia komorników. Otrzymała wreszcie termin eksmisji - 29 października 1998 roku.

I co z tego wyszło? Nie było eksmisji. Zbyszek nie otworzył drzwi, wrzeszcząc, że ma benzynę, podpali siebie, spali dom, a na dokładkę zabije żonę. Komornicy i policjant ulotnili się natychmiast. Maryla została sama.

Ponownie rozpoczęła się batalia - sąd, komornicy, policja. Znowu tony papieru. Maryla złożyła skargę w prokuraturze o groźbie zabicia jej przez byłego męża. Podała za świadków komorników i policjanta. Dochodzenie umorzono - nie potwierdzili. Nawiasem mówiąc, ja na ich miejscu też bym się nie przyznała, że w takiej sytuacji zostawiłam kobietę samą, bezbronną. Były mąż natomiast złożył skargę w prokuraturze, że była żona nasłała zbirów, żeby go pobili i okradli z pieniędzy. Przedstawił obdukcję. Marylę przesłuchiwano w charakterze podejrzanej. Dużo wyjaśniła sterta kopii pism dotyczących problemów z mężem, na dodatek mylił się w zeznaniach, nie umiał dwa razy tego samego powtórzyć. Umorzono postępowanie. Jednak do dzisiaj Maryla pamięta koszmar, gdy przyszło po nią dwóch cywili i zabrali ją na przesłuchanie.

Te przykre doświadczenia nie osłabiły Maryli. Utwierdziła się w przekonaniu, że musi działać, że nie ma innej drogi jak całkowite rozstanie ze Zbyszkiem i synem. Chodziła, pisała, prosiła. W końcu wychodziła nowy termin eksmisji. Nie chciała podać go na grupie, żeby nie zapeszyć. Jednak cały czas była przekonana, że tym razem uda się. Wierzyła i myślała wyłącznie pozytywnie. Przychodziła do mnie indywidualnie sprawdzić, czy wszystko od strony formalnej jest zapięte na ostatni guzik. W czasie eksmisji towarzyszyły Maryli dwie wolontariuszki, z Centrum Praw Kobiet. Dzielnicowy, który od pewnego czasu bywał częstym gościem w domu Maryli, znał problem od podszewki. Maryla na wszelki wypadek wzięła dwóch ślusarzy, na wszelki wypadek, gdyby jeden nawalił.

Nie obyło się bez dodatkowych atrakcji. Były mąż, gdy dowiedział się, że ma nowy termin eksmisji, zaczął szaleć. Napadł ją na ulicy, zdemolował mieszkanie, wynosił sprzęty z domu... W wieczór przed eksmisją groził jej pobiciem i śmiercią. Wzywała policję dwukrotnie. Za drugim razem zgarnęli go z podwórka. Rano dzwoniła do mnie przerażona, czy eksmisja się odbędzie, bo jego jeszcze nie ma. Wrócił na chwilę przed wejściem komorników i policji. Ze złości czy z bezsilności zrobił kupę do zlewozmywaka. Maryla pierwszy raz nie czuła wściekłości, jak to sprzątała. Próbował zastraszyć komorników, zwalić winę na Marylę, że nie spakował się, bo go nie wpuszczała do domu. Tym razem nikt go nie słuchał. Dzielnicowy kierował akcją, nie wdawał się w żadne dyskusje z alkoholikiem. Maryla nie zezwoliła na przechowanie resztek rzeczy byłego męża za kratą na klatce schodowej. Sama włączyła się w wynoszenie sprzętów. Targając lodówkę pogruchotała sobie palce. Nie czuła bólu. Teraz nosi je na szynach, unieruchomione, ale jak sama twierdzi - warto było.

Na grupie Marylka zdała nam sprawozdanie z przebiegu eksmisji. Nowym dziewczynom opowiedziała swoje losy. Wyraźnie podkreślała, że nie opuściła przez ponad dwa lata ani jednego spotkania grupy, była na wszystkich maratonach sobotnio-niedzielnych. Wie, że dzięki uczestnictwu w grupie uzyskała poczucie wolności i bezpieczeństwa. Wie, że z nami może mówić otwarcie i szczerze. Przyniosła ze sobą stertę kopii pism, które przez te dwa lata pisała wszędzie, gdzie się dało. Z początku nie wierzyła, że to pomoże, myślała, że ja ją zmuszam do tego, aby ona nie miała poczucia, że jest bezczynna. Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego namawiałyśmy do działania, pisania, wzywania policji. Przyznała się, że wiele razy wzywała policję, bo tak każą na grupie. Nie wierzyła, że to może przynieść jakąś korzyść, nie rozumiała, co może jej przynieść konsekwentna postawa wobec alkoholika. Dopiero teraz, patrząc na te sterty pism, przypominając sobie wiele interwencji policji w domu, potępiające miny sąsiadów zobaczyła ogrom pracy, jaki włożyła w zdobycie spokoju i wolności. Wie, że nie dokonałaby tego bez wsparcia grupy, pomocy ze strony prowadzących. Pamięta swoją złość i rozczarowanie, bo myślała, że po przyjściu na grupę jej problem sam się rozwiąże, a tu nic i nic, tylko praca. Teraz wie, że całego życia nie zmieni się w ciągu miesiąca. Wie, że mimo niedoskonałości prawa, braku pomocy ze strony policji, niezrozumienia problemu przez sąd i inne instytucje, można osiągnąć pozytywne zmiany. Zdaje sobie sprawę, że to przede wszystkim zależy od jej postawy i wytrwałości, tego nauczyła się na grupie. Czasami trwa to długo i bywa bardzo ciężko, ale warto żyć dla tego momentu, o którym Maryla w pełni świadomie powiedziała, że jest nareszcie szczęśliwa. Ma świadomość, że problem może wrócić, że Zbyszek może nie dać jej spokoju. Jednak ona już wie, jak sobie radzić. Spokój i bezpieczeństwo zależą od jej postawy, aktywności, decyzji. Czuje się pewna, bo nauczyła się żyć inaczej, podejmować decyzje, zamiast lęku jej serce i umysł wypełnia spokój.

Z.H.