Przemoc w szkole

Sabina Lasok

Niebieska Linia nr 4 / 2000

W numerze 7/8/2000 "Remedium" Anna M. Nowakowska w ramach cyklu "W kręgu przemocy" zaproponowała nam refleksję na temat mobbningu. Wspomniała o zjawisku "fali" w wojsku i przejawach "drugiego życia" w poprawczakach, domach dziecka, szkołach. Zainspirowana artykułem chciałabym podzielić się obserwacjami dotyczącymi zwyczaju "witania" pierwszoklasistów przez uczniów bardziej w szkole zasiedziałych.

Problem nie jest nowy i nie jest specjalnością typowo polską. Nieformalne obrzędy występowały wszędzie i od bardzo dawna, tzw. otrzęsinom poddany został ponoć i Sokrates. Do Polski obrzęd ów dotarł już w XV wieku z Europy Zachodniej i rozpowszechnił się w środowisku uniwersyteckim oraz rzemieślniczym. "Tępienie kotów" ( pod inną nazwą) istnieje w elitarnych szkołach angielskich.

Każdy coś słyszał o "dręczeniu", "szarakach", "kociarstwie" czy "koceniu". Gazety okresowo rozpisują się na temat brutalności stosowanych technik - podając przy okazji gotowe scenariusze dla mniej pomysłowych "oprawców". Wiadomo, że to starsi tępią młodych, wybierając miejsca rzadko wizytowane przez nauczycieli - ubikacje czy ciemne korytarze. Wiadomo też, że nauczyciele najczęściej uważają, że ich szkoły problem nie dotyczy, lub że po wprowadzonych restrykcjach już zaniknął.

Ale "kocenie" to nie zawsze bicie i obnażanie się w ubikacji. Pytani przeze mnie uczniowie podali mi 95 różnych technik "dręczenia kotów": od nakazu miauczenia, przez rapowanie przepisów BHP, "gwałcenie" panienek z "Playboya", do ustawienia "kota" na torach między przystankami, gdzie miał stać aż do zatrzymania tramwaju (zejście z torów wiązałoby się z takim pobiciem, że pierwszoklasista za porównywalną traumę uznałby zderzenie z pojazdem). Jednak pewne techniki mogą być zabawne dla obu stron - nie wolno więc histeryzować, gdy odkryje się przykład "kocenia" we własnej szkole. Należy spokojnie zbadać szkodliwość czynu. Czasem naprawdę jest to tylko zabawa i dlatego wielu, zwłaszcza starszych, broni tego zwyczaju. Nie wolno jednak zapominać, że "kocący" często mają na celu upodlenie młodego oraz wyłudzenie od niego dóbr materialnych, "kocenie" może być też przykrywką dla prywatnych porachunków.

Użytecznym byłoby przyglądanie się zaistniałym w szkole wypadkom, warto nagłaśniać ich zaistnienie. Młodzi często nie zastanawiają się - budźmy refleksję, bo to nie zawsze są bezduszne potwory...

Dane uzyskane ze szkół przeczą obiegowym opiniom, że "kocenie" jest sprawą męską, zaś dziewczęta wykorzystywane są tylko do wabienia ofiar. W szkołach zawodowych typowo żeńskich oraz zawodowych mieszanych kobiety są pełnoprawnymi uczestniczkami procederu: "kocą" i są "kocone" bez taryfy ulgowej (są również bite). W szkołach mieszanych nie ma umownego podziału, że "koci" się tylko osoby własnej płci. "Kocenie" bywa też elementem flirtu. Dziewczyny w szkołach typowo żeńskich używają wobec siebie raczej przemocy psychicznej: grożą sobie, wyzywają, upokarzają (podczas gdy chłopcy nie stronią od przemocy fizycznej i seksualnej). Inaczej ma się sprawa w szkołach koedukcyjnych, gdzie wulgarność i przemoc jest "naturalnym" sposobem komunikowania się uczniów. Tu dziewczęta mogą być nawet okrutniejsze od chłopców.

"Kocenie" to nie tylko wrzesień oraz ubikacje. Jeżeli ktoś narazi się oprawcom - może być "koconym" przez cały rok, w szkole i poza nią, w miejscach, które nie są kontrolowane przez nauczycieli. Zwyczaj przenosi się na przystanki i do samych środków komunikacji publicznej. To, co nauczyciele widzą na terenie szkoły może być tylko wycinkiem rzeczywistego dramatu.

Zastanawiam się, czemu zwyczaj się utrzymuje mimo surowych sankcji ze strony dyrektorów szkół. I kiedy nie wiadomo, o co chodzi - chodzi o pieniądze... "Kocenie" nie jest tylko sposobem na łatwą rozrywkę czy odreagowanie własnych problemów. "Kocący" czerpią konkretne zyski: śniadania, papierosy, pieniądze (drobne sumy lub regularny haracz), młodym zabiera się zegarki, paski, odzież. Osobom czynnie zaangażowanym w proceder niekiedy podoba się ryzyko poważnych konsekwencji. Stąd walka z dręczeniem nie jest rzeczą łatwą.

Jak zatem walczyć? Najpopularniejsze formy, takie jak relegowanie są o tyle dobre, że pokazują agresorom, iż nie pozostają bezkarni. Jednak relegowanie niczego nie daje "kotu", jest tylko przerzuceniem problemu na cudze barki (inna szkoła, wojsko). Warto też pamiętać o takich formach walki z przemocą wśród dzieci i młodzieży w szkołach na świecie jak "Natural Helpers Program" (USA), przystosowany do polskich warunków przez Z.B. Gasia ("Program Rówieśniczych Doradców"). Sądzę też, że warto nagłaśniać poczynione kroki, gdyż redukuje się nieufność młodzieży wobec działań nauczycieli. W jednej ze szkół uzyskałam informację, że "kocą" nie tylko drugo- i trzecioklasiści, ale również osoby spoza tej placówki. To może być odpowiedź na pytanie, co dzieje się z relegowanymi, których inna szkoła i wojsko nie chcą.

Walka z "koceniem" powinna obejmować profilaktykę, czyli pracę z potencjalnymi ofiarami i sprawcami. Jak prezentuje się "typowa ofiara" i "typowy sprawca" gnębienia? Najpopularniejszym "modelem kocenia" jest: spontaniczne rozpoczęcie akcji, nieprzypadkowy dobór ofiary. Agresorzy reagują chęcią "kultywowania zwyczaju" najczęściej na widok zbitej grupki trzęsących się młodziaków. Z tej grupki dobierane są ofiary - nieprzypadkowo, gdyż istnieją osoby "z predyspozycjami" do bycia "typowymi kotami". Odróżniają się od innych cechami fizycznymi i zachowaniem. Pasują do opisu "typowej ofiary" według Olweusa i Frączka - są słabi, nieatrakcyjni fizycznie i interpersonalnie, nadwrażliwi, niepewni siebie, samotni. Przytoczę definicję jednego z uczniów, pozwalającą jasno stwierdzić, kto jest narażony: "Są w okularach, grubi, ostrzyżeni na +pazia+, muszą być trochę gorzej ubrani, i jeżeli śmieją się już z nich koledzy z klasy, to jest pretekst do kocenia".

"Typowy sprawca" nie jest sadystą, wbrew potocznym przekonaniom. "Kocenie" to bardzo często impuls, może ulec mu praktycznie każdy. Niekiedy ktoś, doświadczywszy bolesnego "kocenia", rok czeka na możliwość rewanżu. Dlatego trudno jest o ustalenie sylwetki "kocącego". Różnie odnosi się on do nauczycieli; panuje przekonanie, że to najczęściej mierny uczeń. Dobrzy uczniowie podczas "kocenia" sprawdzają wytrzymałość, zaś źli z "zawodówek" "kocą" drastycznie, chcąc upokorzyć i sprawić ból. Trochę inaczej motywy oraz zyski "kocących" widzą starsi uczniowie i pierwszoklasiści. Pierwszoklasista uważa, że ważna jest zabawa, rewanż, pójście za zwyczajem i potrzeby wewnętrzne (np. podwyższenie samooceny). Starsi dostrzegają rolę zysków materialnych, jakie czerpią "kocący", ponadto jest to rewanż, zwyczaj i rozrywka. Najistotniejszym zyskiem "kota" jest... spokój po "skoceniu"! Nauczyciele, zdaniem uczniów, ponoszą przy tej okazji więcej strat niż zysków (zła opinia o szkole w mieście, spóźnianie się pierwszaków na lekcje; wyrzuty sumienia, gdy zdarzy się wypadek itd.).

"Koty" zazwyczaj reagują strachem oraz próbami organizowania samoobrony. Skarżenie się jest mało popularne, częściej z tego wyjścia korzystają dziewczyny.

Skoro "typowy kot" przypomina "typową ofiarę", można starać się o spowodowanie w nim takich zmian, by zmniejszyć prowokujący sprawców przekaz niewerbalny. Agresorów drażni wygląd zewnętrzny i zachowanie, jest tu więc miejsce dla psychologa. Starsi uczniowie podali mi serię propozycji dla pierwszaków, które mogłyby pomóc im unikać "tępienia". Najlepsza metoda to wtopić się w tłum, wyglądać i zachowywać się jak uczeń starszy. Jest to możliwe w dużych zespołach szkół. Pierwszoklasista, aby łatwiej wtopić się w tłum, powinien przed pierwszym września poznać topografię szkoły, by później nie błąkać się bezradnie. Warto też wybrać szkołę, do której uczęszczają starsi bracia lub "wysoko postawieni" koledzy. Można w chwili zagrożenia opowiadać agresorom bajki, np. że było się już chrzczonym, że jest się synem danego nauczyciela lub chorym na padaczkę, należy jednak liczyć się z ryzykiem zdemaskowania. Agresorzy przeważnie nie są uczestnikami podkultur; warto jednak orientować się, jakiemu klubowi sportowemu należy kibicować, wybierając się do konkretnej szkoły. Nieodpowiednia deklaracja może bardzo skomplikować stosunki z "kocącymi".

W pracy z agresorami ważne jest wyrównywanie wyrządzonych przez nich szkód. Byłoby też wskazane, by istniał wewnętrzny "kodeks kocenia" z jego regułami, możliwością decydowaniu o przystąpieniu, pewną lojalnością. Osobiście poczyniłam już pierwszy krok, zapoznając młodzież z ideą "kota stalowego", zakładającą możliwość odżegnania się od zwyczaju w I klasie, przy czym nie wolno później być agresorem. Pomysł ten nie został wyśmiany czy z góry odrzucony. Nad nowym porządkiem "kocenia" mógłby czuwać ktoś o randze "króla fali".

Tyle o "kotach" i "kocących". Nie chciałam, by artykuł ten bazował na sensacji, epatował okrucieństwem. Bo szeptów, zgrozy i fantazji związanych z tym problemem mam dosyć od czasów własnej szkoły średniej. Szczęśliwie byłam w szkole, gdzie zwyczaj dotykał tylko chłopców - jak widać, zakres ofiar się poszerza...

S.L.