Dziecko wobec konfliktu rodziców. W oku cyklonu

Katarzyna Fenik

Niebieska Linia nr 3 / 2000

Konflikt to spór o ważne kwestie. Dlaczego dorośli krzywdzą konfliktem - który ich dotyczy - swoje dziecko? Krzywdzą, bo nie rozwiązują konfliktu, bo często chcąc uniknąć nieprzyjemnych, trudnych emocji, pozostawiają sprawy bez rozwiązania...

Konflikt sam w sobie nie jest niczym złym. Pod warunkiem, że wchodząc w konflikt, przestrzegamy pewnych ważnych zasad. Choćby takich, żeby dziecko pełniło rolę dziecka, zamiast brać udział w konflikcie dorosłych.

Nie ma miejsca dla niszczącego konfliktu, kiedy dorośli umieją ze sobą rozmawiać. Ale bardzo często, kiedy pojawia się konflikt, osoby w niego zaangażowane nie słuchają już siebie nawzajem, nie potrafią ze sobą rozmawiać, nie odbierają uczuć drugiej osoby. Jeszcze wtedy można chronić dziecko - zamknąć drzwi, odizolować je, nie dopuścić, by było świadkiem takiego konfliktu.

Bliscy ludzie, a słowa obce

To, co dziecko widzi, będąc świadkiem konfliktu, to o b c e słowa, myśli, miny, zachowania - ale j e g o rodzice! Osoby, od których uczy się rozumienia świata i ludzi. Jak czuje się dziecko, którego rodzice są w stałym konflikcie? Po pierwsze: napięcie. Ciągłe zmiany sytuacji, emocji, oczekiwanie na reakcję tej drugiej strony.

Po drugie: brak poczucia bezpieczeństwa. Nieufność, brak dla dziecka uwagi, która mu się należy; dorośli są zbyt zaabsorbowani własnymi sprawami.

Po trzecie: brak pozytywnej socjalizacji emocji, którą tworzy się przecież poprzez wzmacnianie ze strony najbliższych. To od nich dziecko uczy się identyfikowania i nazywania swoich uczuć. Uczenie się "emocji", czyli rozpoznawania i wyrażania własnych uczuć dokonuje się poprzez obserwowanie zachowania osób najbliższych. Jeśli dziecko dorasta w klimacie nieufności, chłodu emocjonalnego rodziców, w atmosferze wiecznych konfliktów, nie może dobrze opanować umiejętności rozpoznawania i wyrażania własnych uczuć. Niektórzy naukowcy uważają, ze temperament nie jest wrodzony, że podlega wpływom środowiskowym. Dziecko żyjące w atmosferze nieustannego konfliktu zgodnie z naturalną tendencją emocjonalnego dopasowywania się do otoczenia zapewne będzie miało wiele problemów przejawiających się w zachowaniu; będzie to jego reakcja na trudną sytuację w domu.

Istnieje wiele mechanizmów przyczyniających się do eskalacji konfliktu. Jednym z nich jest tendencyjność w procesie postrzegania. Istnieją także tłumione, przedawnione, dotąd nie rozwiązane sporne kwestie. No i, oczywiście, różnice osobowe dwojga ludzi. Mając taki bagaż, obie strony szybko układają swoje poglądy w strukturę - ktoś jest zły, ktoś dobry. Jasna sprawa, że to ja jestem dobry, ja mam rację.

Druga strona konfliktu nabiera odcienia przeciwnika, kogoś zagrażającego mojej samoocenie. W takiej sytuacji nie można ufać, - a trzeba się zbroić.

Konflikt zbrojny

Sytuacja jest trudna, bo rozgrywa się w konwencji "wygrana - przegrana".Trzeba zatem uzbroić się w naprawdę silną oręż. Najlepiej, gdyby to było coś, co jest niezmiernie istotne, ważne, cenne dla przeciwnika. No, przecież jasne, że najbardziej im obojgu zależy na dziecku. Scenariusze są różne. Czasem dziecko bywa armatą, czasem kulą.

Armata.

Jeśli jest armatą służy do przenoszenia kul , jest więc wtedy kapitalnym "mediatorem" rodzinnych kwestii. Wiele wysiłku ze strony dziecka wymaga zrozumienie, co się dzieje. Bo ktoś najpierw ładuje kulę do armaty, czyli zbiera w sobie mnóstwo wrogich emocji. Potem długo trwa wycelowywanie w najbardziej czuły punkt - towarzyszy temu duże skupienie każdego z rodziców na "sprawie", a na pewno nie na dziecku. Mało tego po obu stronach armaty, po p r z e c i w n y c h stronach, stoją w a ż n e dla dziecka osoby. Kto ma rację? - zastanawia się dziecko. Teraz następuje moment napięcia, oczekiwania na wybuch. Można wtedy zamknąć oczy i zatkać uszy, poszukując bezpieczeństwa w innych miejscach , niż własny dom i wśród innych osób, ucząc się od kogo innego, co jest białe, a co czarne. Można przyśpieszyć wybuch, np. wybuchając gdzie indziej, w inny sposób. Można też odwrócić ich uwagę, żeby do tego wystrzału z armaty w ogóle nie doszło.

Będąc armatą, dziecko służy do wymiany "poglądów wychowawczych". Wzajemne porachunki wyrównuje się poprzez zmianę dyrektyw wychowawczych, czyli postanowień dotyczących np. zmniejszenia dziecku kar, powiększania nagród, a to ma już związek z uczeniem dziecka zasad moralnych I tu pojawia się kwestia uczenia dziecka zasad moralnych.

Newsweek z 13 marca br. opisuje kolejne morderstwo dokonane na dziecku przez dziecko. Tym razem 6-letni chłopiec zabił 32-kalibrowym półautomatem swoją koleżankę z klasy. Tak naprawdę chłopiec wciąż nie wie, co się stało. - "Nie lubię cię!" i pociągnął za spust. Jak nauczyć dzieci odróżniać zło od dobra? Chłopiec nadal nie rozumie, co w tym złego, że pociągnął za spust, przecież wielokrotnie oglądał to w telewizji, a w domu była zawsze broń.

W domu, gdzie istnieje konflikt, czasem zło bywa mniejszym złem, a bycie dobrym nie zawsze wychodzi na dobre. Więc jak nauczyć się odróżniania - skoro ta różnica nie jest tak wyraźna, jak na przykład między nocą i dniem?

Aby prześledzić proces nabywania tych umiejętności, przypomnę model rozwoju moralnego Kohlberga.

Dziecko, ucząc się odróżniania zła od dobra, przechodzi w swoim rozwoju kolejne etapy. Najpierw nie czyni zła, bo np. mama będzie zła (płaszczyzna autorytetu), potem, bo ktoś odpłaci mu tym samym (płaszczyzna własnego interesu), bo to wbrew zasadom (pojawiają się zasady), bo nikt wokół mnie tak nie robi (normy społeczne), wreszcie bo to jest złem (wartości w ogóle). Jeżeli rodzice dziecka manifestują swój poziom rozwoju moralności na którymś z początkowym stadiów, to pomimo że dziecko w swojej naturze dąży do osiągnięcia ostatniego etapu, cofa się w tym procesie i dorównuje do poziomu opiekunów. Często żadne z tych stadiów zdaje się nie być zinternalizowane przez dorosłe osoby związane konfliktem. Płaszczyzny autorytetu - zaburzone. Najbliższe temu, co robią rodzice, będzie ustalenie relacji z ludźmi, posługując się zasadami moralnymi wyznaczonymi na płaszczyźnie własnego interesu - i tak stało się w przypadku opisywanym w Newsweek'u - to on, dziecko, nie lubił tej dziewczynki, więc zrobił wszystko, żeby uniknąć niemiłego samopoczucia, po prostu ją zastrzelił, sprawił tak, jak jemu było "wygodnie". Pozostałe płaszczyzny wyznaczone przez zasady, wartości, normy społeczne są zupełnie niezrozumiałe, bo jemu nieznane.

Wrócę do metafory armaty i kuli. Armata jest także narzędziem do pokazania, kto jest lepszym rodzicem - przy czym pokaz ten nie jest dla dziecka, ale dla przeciwnika. Konkretne cele osiąga się za pomocą manipulowania dzieckiem.

Kula

Kulę trzeba załadować, czyli posłużyć się dzieckiem, aby osiągnąć swój cel. Jak wyjaśnić mu dlaczego ma zrobić coś, co jest skierowane wyraźnie przeciwko drugiemu rodzicowi? Można skłamać. Można nie powiedzieć. Można obciążyć winą współmałżonka, dając jednocześnie dziecku informację, że to drugie jest nie w porządku, także w stosunku do niego. I w tym momencie dziecko może nauczyć się tej "sztuki", która może okazać także bronią obosieczną. Czternastolatek, którego mama opowiada mi, że właśnie pomalował sprayem jej ulubiona garsonkę, już wie, że jeżeli będzie chciał zranić kogoś, musi znaleźć kogoś lub coś, co jest naprawdę dla tej osoby ważne. Może to być dziecko albo garsonka. Wydawałoby się, że te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego...

Często dorośli manipulują dzieckiem, aby zdobyć przewagę w konflikcie. Może to przejawiać się w postaci wrogiego nastawiania dziecka (...mamusia już nas nie lubi...), przekonywania o wyższości swoich uczuć (...mama cię bardziej kocha, niż tata...) czy podkreślania własnych poświęceń (...tatuś tyle pracuje dla ciebie i mamy...).

Skutki

Oprócz niezaspokojenia potrzeb bezpieczeństwa (wg Maslowa), tj. ochrony, stabilności, samopoczucia, pewności jutra, występuje także chwiejność, niestabilność w zapewnianiu potrzeb społecznych: miłości, przyjaźni, akceptacji przez innych, prestiżu itp. W dorosłym życiu bilans zaspokojenia potrzeb indywidualnych dziecka, np. szacunku do samego siebie, prawdopodobnie też okaże się żałosny.

Dziecko modeluje swoje przyszłe zachowania wobec innych osób na zachowaniach obserwowanych u najbliższych. W sytuacji, o której piszę, uczy się, że konflikt jest sposobem na osiągnięcie w ł a s n e g o celu, że nie istnieje system partnerski, oparty na kompromisie, związku. Możliwość, że jego przyszły związek (związki?) będą opanowane przez konflikt jest wielka. Minął już bowiem czas, kiedy ktoś mógł dziecku pokazać, że w trudnych sytuacjach można określić przedmiot sporu, że każda ze stron może wyrazić swoje uczucia w tej sytuacji, że można ustalić zasady negocjowania, wspólnie zanalizować konflikt, zebrać pomysły na rozwiązanie sytuacji i wybrać najlepszy z nich. I rozwiązać konflikt. A dziecku - nie sprowadzając go do roli armaty ani kuli - pozwolić na jego własne, konstruktywnie rozwiązanie konfliktu.

K.F.