Po drugie pomagać

Małgorzata Jodko

Niebieska Linia nr 1 / 2000

z Ryszardem Praszkierem licencjonowanym psychoterapeutą i superwizorem rozmawia Małgorzata Jodko (część druga)

W pierwszej części naszej rozmowy (Primum non nocere - po pierwsze nie szkodzić NIEBIESKA LINIA nr 4/99) mówiłeś o potrzebie przygotowania formalno-prawno-represyjnego zaplecza, które mogłoby efektywnie zadziałać w interesie dziecka natychmiast, gdy przemoc wobec niego zostanie ujawniona; i to zanim rozpocznie się jakąkolwiek pomoc terapeutyczną, psychologiczną. Wynika ona zarówno z tego, że przemoc seksualną i fizyczną cechuje przymusowość i cykliczność, a zatem nie udaremniona będzie się powtarzać, a także, że zagrożeniem dla rozwoju dziecka jest nie tylko sama przemoc, ale także towarzysząca jej zawsze gra pozorów, oszustw i kłamstw, którą dorośli stosują, by ukryć krzywdę dziecka. I tylko otwarcie tej sprawy, z konsekwencjami formalno-prawno-represyjnymi może spowodować, że kolejny dorosły, który zacznie się wokół rodziny kręcić, np. psycholog, nie będzie postrzegany przez dziecko jak kolejny uczestnik tej gry...

Tak. Wiesz pewnie, że o tym, jak dzieci przeżywają molestowanie seksualne dowiedzieliśmy się w ogóle dopiero od dorosłych, którzy o tym zaczęli opowiadać. Zresztą niełatwo było im przypomnieć sobie te wydarzenia.

A przecież Freud opublikował "Etiologię histerii" w 1896 roku! Ale masz rację, ten nurt badań cierpi na cykliczną amnezję - jak trafnie powiada pani Judith Lewis Herman w książce "Przemoc. Uraz psychiczny i powrót do równowagi".

Tak. W naszych czasach to wszystko zaczęło się od byłej Miss Ameryki, Marylin Van Derbur, pochodzącej z zamożnej rodziny, która w wieku 40 lat miała już za sobą ileś rozwodów, ileś rozbitych rodzin, depresje itd. i nie wiedziała dlaczego, bo miała wszystko: była inteligentna, bogata, po studiach, zdobyła tytuł Miss Ameryki - same sukcesy. I dopiero pod wpływem rozmów, jako czterdziestolatka uświadomiła sobie, że od dziecka była wykorzystywana seksualnie przez ojca. I działo się to w nocy. W dzień było wszystko w porządku. Wytworzyła więc w swojej świadomości podział na dziecko dzienne i dziecko nocne. Dziecko nocne nie wiedziało nic o tym, co się dzieje z dzieckiem dziennym. Przeżywało koszmar, a gdy on się kończył, zaczynało żyć dziecko dzienne, które z kolei nie wiedziało o dziecku nocnym. Bo dziecko musi jakoś "umeblować" swoją psychikę, zrobić coś takiego, żeby dostosować swoje "ja", strukturę swojej osobowości, swoje spostrzeganie świata, swoje struktury poznawcze do wieloletniej sytuacji gry pozorów. I często dzieci robią takie rzeczy jak tworzenie dziecka dziennego i dziecka nocnego. To jest ogromnie niszczący syndrom, prowadzący często do ciężkich depresji. Potrzeba kogoś, kto odkryłby karty, powiedział "jest tak i tak, jest to zło, to zło jest karalne, nawet gdybyście wszyscy płakali 10 lat, że biednego tatę wsadzamy do więzienia". Przede wszystkim trzeba otworzyć tę puszkę Pandory, połączenie dziecka nocnego z dziennym w jedną osobę. Pełen entuzjazmu psycholog, który zaczyna rozmowy, prowadzi je przez pewien czas i wreszcie odnosi wielki "sukces", bo nastąpiła ta wielka "przemiana" rodziny, to wielkie zrozumienie i rzucenie się sobie w ramiona, a potem powrót rodziny do domu z wypisem z poradni - otóż taki psycholog robi bardzo wiele zła, bo wpisuje się w tę grę pozorów. Tego się nie da w ten sposób załatwić! Stwierdzili to wielcy, światowi psychoterapeuci zajmujący się terapią systemową rodzin, którzy najpierw myśleli, że wszystko da się wyleczyć terapią systemową rodzinną, a potem sami stwierdzili, że są rzeczy, których się nie da w ten sposób wyleczyć i jedną z nich jest właśnie przemoc w rodzinie. W tym przypadku trzeba najpierw zabezpieczyć interes dziecka, otworzyć, czyli ujawnić cały problem, doprowadzić do tego, żeby nie było wątpliwości, co się dzieje, żeby nie było wątpliwości, że facet, który dopuszcza się przemocy, nie poradzi sobie sam, bo to jest przymus, bardzo ciężka choroba i że rodzina sobie z tym również nie poradzi. Ważne, by dziecko to wszystko wiedziało. Dopiero potem można sobie kombinować, co dalej.
Najpierw zadziałać powinien system formalno-prawny, potem psychoterapia i psychologia, szczególnie wyspecjalizowana w pracy z dzieckiem po traumie, co jest bardzo trudne.Świat jest jednak pełen nawiedzonych psychologów zapalonych do pracy z dziećmi po traumie i cioć, które leją łzy i robią z tym dziećmi potworne nonsensy... Słyszałaś może, że przy podejrzeniu o molestowanie seksualne działo się czasem tak: dawano dziecku dwie lalki, jedna lalka miała wystającego ptaszka. Psycholog patrzył, co dziecko zrobi. A ponieważ jedyną rzeczą, którą w ogóle dało się zrobić, było włożenie ptaszka do dziurki, psycholog konstatował "A właśnie! Molestowanie!" I takie kretynizmy istniały i istnieją. Różni nawiedzeni psychologowie od tych spraw też. Bywa nawet, że stają potem przed sądem za doprowadzania do fałszywych zeznań itp.
Praca z dzieckiem po traumie to niezwykle trudna specjalizacja, wymagająca dużej cierpliwości, ponieważ wiadomo, że to dziecko nie tyle nie chce czegoś powiedzieć, okazać, czy pokazać, nie to, że przejawia opór. (Nawiasem mówiąc, pojęcie oporu w psychoterapii powinno być zakazane sądownie, bo jest jednym z najbardziej destrukcyjnych pojęć.) To dziecko po prostu nie wie, że coś takiego w ogóle się z nim dzieje. Musiało w swojej strukturze poznawczej - nieukształtowanej, jeszcze pozbawionej poczucia tożsamości - zbudować sobie świat, w którym to wszystko się nie zdarzyło albo to jest niewypowiedzialne w jakiś sposób. I trzeba umieć z tym pracować, wiedzieć, że nic nie da się tu zrobić z dnia na dzień, że to jest wielomiesięczna praca, spokojne, krok po kroku, oswajanie dziecka.

Praca z dzieckiem to jeden nurt, a drugi ...

Druga rzecz to praca z rodziną. Matka z reguły jest ciężko zaburzoną osobą. To jest tak, jak koalkoholizm, dokładnie. Idealna symetria. Bo po prostu tańczy ten taniec, tak jak tańczy przy innych podobnych okazjach: cierpi, leje łzy, boi się o dziecko, ale robi wszystko, żeby to się nie skończyło. Uczestniczy w tej grze pozorów, ma zniszczone życie. Często wie o przemocy seksualnej w swym domu, wie, co się dzieje, chociaż udaje, że nie wie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że matki prawie zawsze wiedzą. Są ciężko zaburzone. To bardzo trudne. Tak jak przy fizycznej przemocy, gzie choć matka widzi i słyszy, może udawać, ze to już ostatni raz, że to już minęło, że przyschło, że tata żałuje, że już będzie dobrze. "Nie mów nikomu, bo wiesz, to głupio, uśmiechaj się jakby nigdy nic". I takie dzieci są wiecznie miło uśmiechnięte, bo nauczone, że mają światu nie zdradzać tej tajemnicy. A więc to służby społeczne muszą być świadome tego syndromu dziecka molestowanego. Nasze informatory zawierały opis symptomów wczesnego ostrzegania: po jakich objawach można przypuszczać, że dziecko ma tego typu problemy. I musi to wiedzieć każdy lekarz. I musi to być absolutny obowiązek każdego internisty, żeby znał te objawy. A to są dość skomplikowane medyczne objawy. Cała sytuacja jest niełatwa dla lekarza. Znam przypadki lekarzy, którzy przeżyli piekło, gdy zaczęli być wyczuleni na przemoc wobec dzieci, zaczęli ją zgłaszać, np. ten z Cleveland, w latach 80., który zaczął nagle wykrywać coraz więcej tego typu przypadków w dobrej, ze starymi tradycjami, angielskiej społeczności. Dotarł nawet do sprawców molestowania seksualnego dzieci. On wykrył rzeczywiście straszne siedlisko żmij. Ale go wygryziono i próbowano zaszczuć, ale szczęśliwie stał się potem działaczem na rzecz dziecka w Anglii. Nie tylko lekarze, ale i inne osoby, które z racji zawodu mają kontakt z dziećmi - głównie nauczyciele - powinny umieć rozpoznawać sygnały przemocy. Symptomatyczne tu są np. często zmieniające się nastroje dziecka, zamknięcie się w sobie, niechęć do rozebrania się na lekcji wychowania fizycznego i inne. Są "zestawy" zachowań, które powinny zaniepokoić. Ale załóżmy, że nauczyciel zauważy to i poczuje się zaniepokojony - co ma wtedy robić? Wołać rodziców? Policję? Rozmawiać z dzieckiem? Nie wie tego. Pracownik socjalny, który często chodzi do rodzin zagrożonych, też powinien wiedzieć, jak zwracać uwagę na przemoc i jak wtedy postępować. Konieczne są więc szkolenia. Jest mnóstwo do zrobienia!

Ale co my możemy zrobić w tej sprawie w ramach naszego zawodu? Czy mamy czekać, nic nie robiąc, by nie traumatyzować dodatkowo, wpisując się w otaczającą dziecko grę pozorów? Czy powinniśmy wpierw włożyć całą energię w montowanie koalicji, służb, ich edukacj,ę czekać z psychologicznym pomaganiem dziecku czy rodzinie?

Każdy niech robi swoje. Można pracować z tymi dziećmi czy z rodzinami. Z tym, że trzeba wcześniej mieć pewność, że dziecko jest zabezpieczone przed przemocą. Przestrzegałbym przed natychmiastowym podejmowaniem pracy psychologicznej zanim sprawa zostanie ujawniona wobec wszystkich biorących w niej udział: sprawcy, dziecka, matki, rodzeństwa dziadków itp. To się musi odbyć zanim rodzina trafi do psychologa. Bo zdarzało się czasem tak: pracownik socjalny mówił, że skierował sprawę do prokuratury, upewnialiśmy się, czy to już zrobiono, czy rodzina jest świadoma sytuacji. A potem przychodziła rodzina do terapeuty i okazywało się, że wprowadzono nas w błąd, że pracownik socjalny nie miał po prostu odwagi tego zgłosić.. I sprawca w ogóle nie wiedział, po co przychodzi, dowiadywał się o tym dopiero w gabinecie psychologa. I potem w domu pokazywał dopiero rodzinie, co potrafi.

Ale w końcu przychodzi ten moment. Dziecko ma zapewnione bezpieczeństwo, wszyscy wiedzą, że jeśli tata nie weźmie się w garść i nie zacznie się leczy,ć to po prostu pójdzie siedzieć, bo tego nie wolno robić. Wiadomo, że sprawcę nadal będzie pchać do powtarzania aktów przemocy. Załóżmy, że matka też już rozumie, że zachowanie ojca samo nie zmieni się i że cała rodzina potrzebuje pomocy. Jak powinna wyglądać praca z rodziną teraz, gdy już te wszystkie formalno-prawne sprawy są załatwione? Powiedziałeś, że autorytety w dziedzini esystemowej terapii rodzin stwierdziły, iż są sprawy, których terapia rodzinna nie rozwiąże i że przemoc przeciwko dzieciom jest jedną z nich.

Pozytywne doświadczenia w tej materii ma Ameryka. Istnieją tam grupy Parents Anonymous, czyli Anonimowych Rodziców(AR), czyli inaczej mówiąc sprawców. Sprawcy, gdy już zostali odkryci i nikt nie ma żadnej wątpliwości, o co chodzi, mają możliwość chodzenia na spotkania takiej grupy AR i to jest skuteczne w takim samym stopniu jak AA, czyli dosyć dużym. Poza tym stosuje się spotkania z dzieckiem. Dziecko musi mieć długoterminową psychoterapię, żeby się powoli, krok po kroku, odkryło, powiedziało o tych wszystkich rzeczach, które mu robiono, jakby na nowo spojrzało na siebie, na swe doświadczenia; zrozumiało, że to, co się działo, jest złe; by znalazło oparcie. Takie rozmowy są bardzo trudne. Wymagają dużego doświadczenia i wyczucia. Dziecko bardzo długo nie umie sformułować tego, na co oczekuje niecierpliwy psycholog (mniej doświadczony usiłuje przyspieszać, podpowiadać i to jest duży błąd; uważam, że potrzebna jest oddzielna specjalizacja - rozmowy z dzieckiem po traumie). Powinna też odbyć się praca z całą rodziną, ale potem. Po pewnym czasie. Powinna ona zacząć się od stwierdzenia: "nie ma wątpliwości, że pan jest uzależniony od przemocy, i ty, Kasiuniu, wiesz, że tatuś ma taką chorobę, że musi cię dotykać i że to może się mu zdarzać i wiesz, że to jest ciężka choroba i że poza tym jest fajny i kocha cię". Jasno trzeba to powiedzieć przy wszystkich: "pan rozumie, że to się może odnawiać, że dla pańskiego dobra trzeba pana zabezpieczyć, pan się musi zabezpieczyć, i że trzeba ten system zabezpieczeń ustalić. Pani też ma taki problem, że nie wie, jak to wszystko utrzymać, że się pani miota między jednym a drugim". I z tego punktu możemy startować! Gdy wszyscy wszystko wiedzą. I to nie między wierszami. To musi zostać jasno powiedziane. Wtedy cokolwiek się nie zdarzy, to dziecko wie, że przynajmniej terapeuta nie mota, że granica miedzy złem a dobrem jest jasna, że to jest choroba, że nawet, jeśli przemoc się powtórzy, to dziecku łatwiej to przeżyć wiedząc, że tata znów wpadł w swoja chorobę. I to jest podstawa. Prowadzić to może tylko taki psycholog, który umie to wszystko powiedzieć jasno, ale równocześnie nie destrukcyjnie. Tak zresztą jak w AA: "jestem alkoholikiem", też trzeba to sobie jasno powiedzieć: "jestem uwikłany".

Uważasz zatem, że jeszcze przed spotkaniem całej rodziny każdy z jej członków powinien już otrzymać jakąś pomoc.

Tak. Bo inaczej przyjdą wszystkie osoby kompletnie zagubione, zmieszane, emocjonalnie pogubione i będą mówić o zupełnie nieważnych sprawach. Każdy będzie zalękniony, napięty, zagrożony, pełen niejasności, niepewności i obaw, czy coś nie zostanie potem przeciw niemu użyte w sprawie sądowej. Takie spotkania będą w zasadzie bez znaczenia. Spotkania całej rodziny bez wcześniejszego zabezpieczenia sytuacji, bez pracy z każdym z nich osobna, są bez znaczenia. Albo nawet szkodliwe.

To lepiej ich nie robić?

Lepiej nic nie robić. Natomiast potem, jak sprawca chodzi już np. do Anonimowych Rodziców, żona na swoją terapię, a dziecko na swoją, to spotkanie całą rodziną, z jasnym postawieniem sprawy, może być bardzo konstruktywne.

Ale to już mnóstwo rzeczy wydarzyło się i zostało jasno nazwane.

Tak. I wszyscy zajmujący się tą sprawą muszą być specjalistami, bo to jest bardzo trudne.

A co robić w przypadku katowania jako metody wychowawczej?

To trzeba rozdzielić. Jeżeli mówimy o biciu jako metodzie wychowawczej, co jest w Polsce raczej sankcjonowane, to nie jest ten destrukcyjny syndrom uzależnienia od przemocy fizycznej, o którym ja mówię. To jest usankcjonowany z pokolenia na pokolenie sposób bycia, wychowywania. To można odróżnić. Sposób bicia też jest ważny. Jeżeli sprawca w ogóle się nie kontroluje tak, że może zabić, uszkodzić, to jest to opętanie, uzależnienie. Jeżeli zaś bicie jest karą, to znajduje się jednak pod kontrolą. Natomiast cyklicznie powtarzająca się utrata kontroli oznacza chorobę. Jest on chorym człowiekiem, który nie przestanie tego robić za żadne skarby świata. Niezależnie od tego, czy katuje żonę, czy dziecko, zresztą na ogół katuje oboje. Chociaż zdarza się wybiórcze katowanie, np. syna nie, a córkę i żonę tak. Mówię tu o klasycznych przypadkach sprawstwa przemocy. Są ludzie opętani jako sprawcy przemocy. Tak jest z przemocą seksualną. Tu jest to jednoznaczne.

Jak można pomóc sprawcy?

Trzeba zawrzeć z nim kontrakt uwzględniający profilaktykę nieuchronnego powtarzania się jego zachowań.

Żeby umiał rozpoznawać sygnały ostrzegawcze i jakoś sobie radzić.

Tak. Na przykład, aby miał kolegów z grupy Anonimowych Rodziców i natychmiast do nich zadzwonił lub poszedł do psychologa itp. W każdym razie to powinno być podstawą kontraktu. Ten kontrakt jest dla dobra tego faceta, bo zabezpiecza go przed przed pójściem na wiele lat do więzienia; zabezpiecza rodzinę przed cierpieniem itd. Następnie można z nim rozmawiać. Ale to jest takie rozmawianie... Naprawdę nie znam jeszcze dobrych wyników, nie słyszałem, by ktoś, kto ma otwarty problem alkoholowy, chodził do psychologa i żeby to coś dawało. I tak samo ze sprawstwem. Ze sprawcą należy rozmawiać konkretnie: pomóc mu ustawić sprawy rodzinne, ustawić zabezpieczenia. Praca z nim to taki case management i dawanie oparcia profilaktycznego bardziej niż cokolwiek innego. To jest zapobieganie nawrotom. Tak jak w przypadku nerwic czy psychoz.. Nie tylko leczysz z objawów nerwicy czy psychozy, ale jeszcze ustawiasz cały program profilaktyczny na przyszłość tak, żeby psychotyk wiedział, kiedy zbliża się zły okres, żeby czuł tę aurę, wziął leki, żeby nie wyleciał z pracy po jakiejś wielkiej kosmicznej awanturze, tylko zwolnił się u szefa, by poprosił lekarza o zwolnienie... Żeby umiał sobie to tak ustawić, by nawroty nie były tak trudne. I tak samo trzeba myśleć o sprawcy, w taki sam sposób mu pomagać.

Dziękuję.