Nigdy w życiu

Małgorzata Maresz

Niebieska Linia nr 6 / 2005

Nigdy nie myślałam, że się tym zajmę. Przemoc w rodzinie to patologia, a patologia mnie nie interesuje. Raczej normy, rytuały, schematy, którym człowiek się podporządkowuje, żyjąc w społeczeństwie. Dlatego poszłam na socjologię. Ale...

Z drugiej strony nużyły mnie owcze pędy i udeptane ścieżki. To nie znaczy, że jestem z ducha kobietą czynu. Wręcz przeciwnie, bardzo lubię zastygać w zadumie. Takie odloty i rozmyślania nad szczegółem. Na przykład co jest nienormalnego w normie. Dlatego przemoc w rodzinie jako problem do rozwiązania, towarzyszący nadużywaniu alkoholu, wobec którego stanęliśmy w Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, zaintrygowała mnie jako splot tajemnicy, obłudy, rodzący zło, wobec którego „wszyscy stoją odwróceni”. Taka czarna dziura. Nie zaglądaj do niej, bo cię wciągnie. Więc może puścić tam reflektor?

Rusza telefon

Zaczęło się od mojej sąsiadki. Przyjechała do niej policja, żeby okiełznać pijanego męża. Zdumiało mnie niezdecydowanie i wręcz lekceważenie całego incydentu przez dwóch umundurowanych policjantów z bronią. A tam było troje wystraszonych dzieci i matka, której z nosa ciekła krew, a po podłodze poniewierały się kępki wyrwanych z jej głowy włosów.

To był wrzesień 1994 roku. Napisaliśmy wtedy pierwsze pismo do Komendy Stołecznej Policji i powstał pomysł stworzenia procedury policyjnej „Niebieskie Karty”, oparty na rozwiązaniach amerykańskich. Rozpoczęły się rozmowy i dyskusje. Komendanci, łącznie z tym Głównym, generalnie co do idei się zgadzali, ale mieli wiele uwag co do szczegółów. Sprawa przeciągała się w czasie, więc żeby go nie tracić, napisałyśmy z Kasią Kądzielą, która także pracowała w PARPA – pierwszy polski poradnik dla ofiar przemocy domowej pt. „Powiem ci, co zrobić”. Nakład rozszedł się błyskawicznie. Jeśli ktoś ma egzemplarz, niechaj go trzyma, bo to już biały kruk. Kaśka z właściwą sobie energią parła do utworzenia telefonu zaufania dla ofiar przemocy domowej o zasięgu ogólnopolskim. Ja nie byłam przekonana do tego przedsięwzięcia, bo brakowało bazy danych o ludziach i placówkach, które mogłyby świadczyć skuteczną pomoc, nie było nawet jeszcze „Niebieskich Kart”. Byłam bardzo przywiązana do koncepcji, że najpierw trzeba przygotować ludzi do podjęcia nowego zadania poprzez szkolenie. Ale telefon ruszył w lipcu 1995 roku i w ciągu miesiąca dowiedziało się o nim tyle ludzi, że na dyżurze, szczególnie tym od godz. 16.00, nie było czasu wypić herbaty. Baza była tworzona na bieżąco.

Rusza Studium

Jesienią tego samego roku odbyły się pierwsze zajęcia w Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie, którego miałam zaszczyt być kierowniczką. Mimo przygotowanej konstrukcji, wspartej jak na żelbetonowych słupach na wykładach Jerzego Mellibrudy, warsztaty były jedną wielką improwizacją, a twórcami jej byli wspólnie: prowadzący i uczestnicy. Kto brał udział w tym szkoleniu, nigdy nie zapomni atmosfery dyskusji do późnych zimowych nocy. Ta pierwsza edycja dała podwaliny nie tylko pod następne, ale również pod cały system szkoleń na temat przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Miałam wówczas przyjemność pracować na zmianę z Leszkiem Mellibrudą i Jackiem Lelonkiewiczem. Wspominam ten czas jako jedną, wielką, twórczą przygodę, której towarzyszyło poczucie, że przekraczam własne granice możliwości.

Rusza procedura

Wiosną 1997 roku ruszył na Ochocie pilotaż policyjnej procedury „Niebieskie Karty”. Poznaliśmy wtedy melancholię nocy na komisariacie i gorączkę wyjazdu interwencjnego. Na zawsze wrył mi się w pamięć obraz może dziesięcioletniego chłopca rysującego ze zdumiewającym spokojem i precyzją nietoperze i trupie czaszki na białym kartonie, podczas gdy policja uspokajała ojca, a my rozmawialiśmy z matką.

Ze strony reprezentującej pomoc psychologiczną było to pospolite ruszenie wszystkich, którzy w Warszawie zajmowali się przeciwdziałaniem przemocy w rodzinie. Przede wszystkim pionierzy ruchu: tandem Zosia Hardejewska i Bożenka Doroszewska z Poradni Odwykowej na Jagiellońskiej, Andrzej Nagiel ze współpracownikami z Warszawskiego Stowarzyszenia Abstynenckiego, Kasia Kądziela, Wanda Paszkiewicz i cały zespół „Niebieskiej Linii” pod wodzą Marty Ziemskiej oraz Dorota Sasal, której determinacja w dużej mierze doprowadziła potem do wprowadzenia procedury w życie, oraz zaowocowała w 1998 roku publikacją „Niebieskie Karty. Przewodnik do procedury interwencji policji wobec przemocy w rodzinie”. Książka zaktualizowana i wznowiona w tym roku, jest wciąż chętnie cytowanym, jednym z podstawowych podręczników z zakresu przeciwdziałania przemocy w rodzinie na polskim gruncie.

Rusza pierwsza placówka

Ja wówczas przeniosłam się do warszawskiego magistratu, by rozwiązywać problemy alkoholowe na poziomie miasta. Oczywiście temat przemocy rodzinnej nie dawał mi spokoju. Korzystając z pierwszej okazji, jaką był wolny lokal na Saskiej Kępie i gotowość jego właściciela – Grochowskiej Pomocy Społecznej – do przekazania go ofiarom przemocy, namówiłam (spotykając się z pełnym zrozumieniem) szefową Stowarzyszenia Pomocy Bezdomnym, Ewę Jagodzińską, do założenia Ośrodka dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Dom”, pierwszej placówki w stolicy dysponującej nie tylko interwencyjnym miejscem schronienia, ale także kompleksową pomocą psychologiczną, socjalną i prawną dla kobiet, które (z reguły z dziećmi) uciekają przed przemocą. Szybko się okazało, że bardzo trudno zdobyć psychologa, który by się nie rozczulał nad sprawcą przemocy (że przecież i on ma
swoje racje). Więc nie było wyjścia: ani się obejrzałam i już prowadziłam tam wraz z psychologiem Piotrem Antoniakiem, moim uczniem z SPPwR, otwartą grupę, w której uczestniczyły mieszkanki Ośrodka oraz osoby z zewnątrz. Mieszkanek było zwykle 6–8, natomiast klientek ambulatoryjnych wciąż przybywało. Bywały takie okresy (zwykle na jesieni), że mieliśmy na grupie ponad dwadzieścia kobiet. Grupę prowadziliśmy solidnie co tydzień, do końca maja 2005 roku.

Ugodzić w czuły punkt

Mogłabym opisać tu wiele strasznych historii, jakie poznałam pomagając kobietom uwolnić się od przemocy najbliższych. Choć prawie każda z nich mogłaby posłużyć za kanwę scenariusza filmowego lub przynajmniej reportażu, to w swojej masie okazują się nużące, jak nużąca jest powszedniość zła. Pragnę podzielić się jednak kilkoma refleksjami, jakie nasunęły mi się w czasie tych sześciu lat spędzonych co środa w warszawskim Ośrodku „Dom” przy ul. Walecznych.

Przez ten czas sprawdziły się wszystkie zasady, jakie przyswoiłam sobie, gdy zapoznawałam się z teorią pomagania ofiarom. Podstawową jest ta, która mówi, że jestem rzecznikiem tej strony, która zwraca się do mnie po pomoc. Nie wnikam, nie roztrząsam racji drugiej strony, pytam, co się dzieje. Mam przed sobą człowieka cierpiącego i staram mu się pomóc. Jemu, a nie jego partnerowi, ani związkowi, bo nie prowadzę terapii rodzinnej. Udzielam pomocy człowiekowi dotkniętemu destrukcją podobną do tej, którą niesie regularnie przyjmowana trucizna.

Doświadczenie przemocy prowadzi do schematyzmu postępowania i zawężenia pola widzenia tym większego, im dłużej człowiek jest mu poddawany. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że taki człowiek jest poważnie chory. Potrzebuje odtrucia, leczenia, a potem długotrwałej rehabilitacji. Pomagając mu, w pierwszej kolejności oferujemy odtrucie, żeby mógł zacząć działać. Polega ono na rozszerzeniu pola widzenia i zachęceniu do porzucenia zachowań nieskutecznych, do których jest bardzo przywiązany. I właśnie wtedy spadają na nasze klientki zadania bardzo trudne, czasami wręcz niewykonalne dla człowieka zdrowego: obrona przed zmasowanymi atakami agresora, który zna najczulsze punkty ofiary, a czując się zagrożony, nie przebiera w środkach. Przede wszystkim godzi w wartości decydujące o tożsamości partnerki. Dla kobiet są to role, które wiążą się z postrzeganiem kobiecości, a więc przede wszystkim macierzyństwo, ale zaraz potem czynienie wokół siebie ładu, czyli to wszystko co składa się na „bycie strażniczką domowego ogniska”. Stąd obok opisywanych już przeze mnie na łamach „Niebieskiej Linii” atakach na macierzyństwo, których ofiarami są traktowane instrumentalnie dzieci, pojawiają się absurdalne dla postronnego obserwatora donosy na policję na żonę, „że umyła lodówkę”, „zrobiła pranie” lub kradzież przy okazji odwiedzin dziecka palników od kuchenki gazowej. Takie działanie należy wprawdzie do tego samego repertuaru co słynna tysiąckrotnie obśmiana „za słona zupa”, ale idzie dalej, nie tylko mówi „jesteś złą gospodynią”, ale również „nie pozwolę ci być dobrą gospodynią”.

Wreszcie trzeci (a może pierwszy, tylko na grupie, zwłaszcza otwartej i nieanonimowej, mówi się o tym niechętnie) punkt tożsamości kobiety atakowany przez mężczyzn to seks i godność kobiety w tym względzie. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy kobieta jest ofiarą przemocy domowej, niech ją spyta, gdzie sypia w domu.

Złe przekonania

Zatrzymuję się nad tym opisem ataków sprawców przemocy domowej dłużej, gdyż dotyczy on przeważnie przemocy psychicznej, tak trudnej do udowodnienia przed sądem, a której schematy stosowania wobec kobiet są bardzo czytelne. W dodatku powtarzają się w postępowaniu sprawców przemocy – mężczyzn, z tak monotonną prawidłowością, że powinny wchodzić do kanonu szkoleń dla policji, przedstawicieli organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości.

Kobiety potrzebują wówczas regularnego, rzetelnego wsparcia fachowców z różnych dziedzin: prawnika, psychologa, pedagoga (relacje z dziećmi), pracownika społecznego i często psychiatry, którzy wiedzą, w jakiej sytuacji psychicznej znajduje się ich klientka. Jednak cały ten zespół jest tylko zapleczem dla grupy radzenia sobie z przemocą, w której kobieta, moim zdaniem, dostaje największe wsparcie.

Wracając do moich skojarzeń z terapią osób uzależnionych (od sześciu lat pracuję w Krajowym Biurze ds. Przeciwdziałania Narkomanii), podjęcie przez ofiarę konstruktywnego przeciwdziałania przemocy kojarzy mi się z początkiem procesu „odtrucia”, po którym następuje leczenie, polegające w dużej mierze na nabraniu dystansu do przekonań, jakie zaważyły na poddaniu się przemocy, a które każda z nas wysysa niejako z mlekiem matki. Proces ten rozciąga się w czasie, ma swoją indywidualną dynamikę i prowadzi do uwolnienia się od przemocy. Ale to jeszcze nie happy end. Tu powinna się rozpocząć długotrwała rehabilitacja ofiary przemocy pod okiem fachowców, której niestety Narodowy Fundusz Zdrowia nie kontraktuje. Jej celem jest zaleczenie urazów i odbudowanie poczucia wartości.

Patrząc nieraz na nasze klientki, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że im więcej reprezentują sobą walorów kobiecości: są atrakcyjne, gospodarne, starannie i z miłością wychowują dzieci, nie daj Boże są jeszcze niezależne finansowo, tym bardziej narażone są na przemoc psychiczną swego partnera, przechodzącą w akty przemocy fizycznej. A w dodatku tym mniej im wierzą instytucje, do których zgłaszają się po pomoc. No bo jaka ofiara, skoro taka silna? A one szukając ratunku, mają bardzo duże trudności z konsekwencją, gdyż w archetypie kobiecości tkwi bardzo mocny zakaz osłabiania mężczyzny. Tego kobiecie nie wolno robić. Za to wyklną ją inne kobiety.

Czy wobec tego kobiety nie stosują przemocy wobec mężczyzn? Oczywiście nie. Kobiety mają swój własny repertuar sposobów i wiedzą, w jakie punkty męskiej tożsamości najdotkliwiej ugodzić. Ale cóż, nie jest męską rzeczą zgłaszać się jako ofiara partnerki. Na prowadzonych ostatnio przeze mnie warsztatach, w których połowę uczestników stanowili panowie – ofiarę przemocy musiała odgrywać kobieta, bo żaden z nich nie chciał wcielić się w tę rolę.

Marzy mi się, by powszechne zrozumienie tych w dużej mierze nieuświadomionych mechanizmów wzajemnego krzywdzenia, pomogło ograniczyć idiotyczny, powtarzany przez pokolenia diabelski taniec.

M. M.