Troskliwa mama M.

Tomasz Garstka

Niebieska Linia nr 5 / 2000

Mój niepokój budzą wszelkie próby obrony wartości rodziny opierające się na minimalizowaniu lub zaprzeczaniu patologii, która  - niestety - dotyczy części rodzin. Patologia ta może być bardzo poważna, chociaż niewidoczna gołym okiem, jak to zazwyczaj bywa w przypadku rodzin bardzo zdegradowanych. Myślę, że negacja problemu przemocy w rodzinie może stępiać naszą wrażliwość. W końcu widzimy rzeczywistość taką, jaką chcemy widzieć, a nie taką, jaka jest.

Chcę przytoczyć tu ku przestrodze historię zaprezentowaną w jednym z programów stacji telewizyjnej Discovery.
To historia trzydziestokilkuletniej kobiety z USA - będę ja nazywał Panią M. - i dramatu jej rodziny. Pani M. była matką pięcioletniego bodaj synka. Chłopiec cierpiał na rzadko spotykane zaburzenia oddychania o nie ustalonej etiologii. W wyniku podobnego zaburzenia kilka miesięcy po porodzie zmarło jej drugie dziecko. Mogło to wskazywać na genetyczne podłoże choroby. Syn pani M. dostawał często nagłego bezdechu. Matka wzywała wtedy pogotowie. Takie interwencje miały miejsce dwa, trzy razy w miesiącu. Po przyjeździe pielęgniarze zastawali ją często ratującą dziecko metodą usta-usta. Pani M. była pielęgniarką i choć obecnie nie pracowała zawodowo, umiała udzielić pierwszej pomocy. Lekarze byli zgodni co do tego, że syn zawdzięcza życie Pani M. Scenariusz wydarzeń był za każdym razem podobny. Dziecko było zabierane do szpitala i badane. Atak powtarzał się w domu po kilkunastu dniach i syn Pani M. ponownie trafiał do szpitala. Mimo wielu badań i częstych wizyt w różnych placówkach leczniczych lekarze nie potrafili wskazać przyczyny choroby dziecka.

Rodzinę utrzymywał mąż Pani M., człowiek bardzo zapracowany i często będący poza domem. Miłość między małżonkami dawno już wygasła, ale w sąsiedztwie byli uznawani za dobre małżeństwo, boleśnie dotknięte przez los chorobą dzieci i śmiercią jednego z nich. Zwłaszcza podziwiano psychiczną odporność i poświęcenie Pani M.
Podczas jednego z ataków choroby pogotowie jak zwykle zastało Panią M. na reanimowaniu syna i zabrało go do szpitala. Tam przypadkowo uwagę lekarki zwróciło małe otarcie za uchem chłopca. Położenie ranki wykluczało jej powstanie podczas udzielania pierwszej pomocy. Lekarka nie przywiązałaby większej wagi do tego śladu, jednak zastanowiło ją zachowanie matki w szpitalu. Nie wyglądała ona na przerażoną, lecz przyszła do niej z prośbą o opatrzenie małego skaleczenia na palcu. Lekarka pomyślała, że gdyby jej własne dziecko otarło się właśnie o śmierć, nie myślałaby o własnym skaleczeniu. To nasunęło jej przypuszczenie, że atak choroby syna Pani M. może być wynikiem przemocy. Zainteresowała się przyczyną śmierci jej poprzedniego dziecka. Dokumentacja podawała jako przyczynę zgonu zaburzenia oddychania i bezdech bez wyraźnej przyczyny. Była też adnotacja, że nie stwierdza się objawów przemocy. Pani doktor była jednak osobą dociekliwą. Powtórnie przejrzała wyniki sekcji zwłok i zdjęcia rentgenowskie. Na zdjęciu RTG zauważyła w przedniej i tylnej części czaszki mikrowylewy charakterystyczne dla tzw. zespołu potrząsanego dziecka (lub krócej - syndromu potrząsania). Tego rodzaju urazy wewnętrzne są typowym objawem stosowanej wobec niego przemocy. Prawdopodobnie lekarz interpretujący badania zasugerował się niewyjaśnionym bezdechem jako przyczyną śmierci i nie przywiązał należytej wagi do mikrowylewów.
Lekarka doszła do wniosku, że Pani M. wywoływała objawy bezdechu u dzieci, a następnie przywracała je do życia. Prawdopodobnie reanimacja młodszego dziecka nie powiodła się i matka w przypływie bezradności potrząsała nim, wywołując charakterystyczne obrażenia w obrębie czaszki i dna oka.

Psychiatrzy i psycholodzy znają tzw. zespół Münchhausena, polegający na tym, że ktoś o nastawieniu hipochondrycznym i z dużą dozą autosugestii domaga się opieki medycznej w związku ze swoimi wyimaginowanymi lub sztucznie wywołanymi objawami choroby. Pacjenci tego typu mnożą kontakty z lekarzami, często trafiają do nich jako przypadki nagłe. Zdarza się, że poddawani są (bez potrzeby) nawet kilkakrotnie zabiegom operacyjnym. W przypadku Pani M. mieliśmy do czynienia z tzw. zapośredniczonym zespołem Münchhausena. Polega on na używaniu własnych dzieci - przez przypisywanie lub wywoływanie u nich choroby - do zyskiwania zainteresowania służb medycznych.

Pani doktor, która odkryła przyczynę choroby syna Pani M., zdawała sobie sprawę, że zapośredniczony zespół Münchhausena jest trudno udowodnić przed sądem. Zaczęła zbierać dane o Pani M. Okazało się, że spełniała ona kryteria ustalone w badaniach nad zapośredniczonym zespołem Münchhausena. Oto niektóre z nich:

  1. osoba z zespołem ma często przygotowanie medyczne lub pracuje w placówkach medycznych (Pani M. była pielęgniarką);
  2. stwierdza się częste kontakty ze służbami medycznymi w związku z (rzekomą) chorobą dziecka (Pani M. kilka razy w miesiącu była w szpitalu w związku z atakami obojga dzieci);
  3. choroba dzieci zaczyna się zawsze bez świadków (okazało się, że ataki syna Pani M. powtarzały się zawsze we wtorki i czwartki, pod nieobecność męża);
  4. w małżeństwie osoby z zespołem obserwuje się rozpad więzi.

Dzięki doniesieniu szpitala o przemocy wszczęte zostało śledztwo, a następnie Pani M. została oskarżona o przemoc wobec syna i spowodowanie śmierci drugiego dziecka. Pani M. nie przyznawała się do winy. Powoływała się na opinie lekarzy, którzy wyrażali opinie o nieustalonej przyczynie choroby jej dzieci. Brak było świadków, a powołani przez obronę wyrażali się o Pani M. jak najlepiej. Jednak, tak jak wcześniej czujność i profesjonalizm lekarki doprowadził do odkrycia przerażających danych, tak i teraz dociekliwość ekipy prokuratorskiej pozwoliła udowodnić, że Pani M. kłamie. Pani prokurator zadała Pani M. pytanie, czy z objawami obserwowanymi u jej dzieci zetknęła się pierwszy raz w życiu. Pani M. odpowiedziała, że tak, że z tego typu zaburzeniami oddychania po raz pierwszy spotkała się u swoich dzieci. Wtedy pani prokurator wniosła jako dowód artykuł z gazety sprzed kilkunastu lat. Bohaterką artykułu była Pani M., wówczas szesnastolatka. Pracowała wtedy jako opiekunka do dzieci i została nagrodzona przez społeczność lokalną za uratowanie życia swego podopiecznego, który podczas nieobecności rodziców dostał bezdechu o nieustalonej etiologii. Szesnastolatka prowadziła reanimację aż do przybycia pogotowia. Prokurator dotarła do rodziny tego dziecka i okazało się, że nigdy wcześniej i nigdy po tym ataku nie miało ono problemów z oddychaniem.

Pani M. udowodniono, że przyduszała swoje dzieci poduszką, a następnie podejmowała akcję reanimacyjną. W wyniku nieudanej reanimacji zmarło jej drugie dziecko. Została skazana na wieloletnie więzienie. Pozbawiono ją praw rodzicielskich. Mąż rozwiódł się z nią i założył nową rodzinę. Pani M. nigdy nie przyznała się do winy. Nawet w więzieniu mówiła dziennikarzom, że padła ofiarą spisku lub pomyłki sądowej.

Co sprawia, że matka może robić coś takiego swoim dzieciom? Mamy tu do czynienia z patologicznym zyskiwaniem uwagi i podziwu innych ludzi za pośrednictwem krzywdy dzieci. Bez wątpienia jest to skutek poważnego zaburzenia osobowości. Ale nadal trudno wyobrazić sobie, że można coś takiego robić świadomie.
Dr Andrzej Gołąb z Uniwersytetu Warszawskiego, psycholog - biegły sądowy, postawił interesującą hipotezę (prezentowaną m.in. na  30 Jubileuszowym Zjeździe Polskiego Towarzystwa Psychologicznego) dotyczącą sprawców przestępstw wobec własnych dzieci (zwłaszcza nadużyć seksualnych). Odwołał się on do znanych faktów, że poważna część z tych sprawców w dzieciństwie sama była ofiarami przemocy w rodzinie. U ofiar mogą występować tzw. zjawiska dysocjacyjne - całe fragmenty ich aktywności życiowej są pokryte nieświadomością, mimo iż - dla zewnętrznego obserwatora - funkcjonują oni w tym czasie spójnie. W takich stanach mogą odtwarzać traumy doznane w dzieciństwie. Najpoważniejszym zaburzeniem tego typu jest osobowość mnoga (wg klasyfikacji DSM-IV: dysocjacyjne zaburzenie tożsamości). Polega ona na współwystępowaniu u jednej osoby drugiej (lub kilku) względnie spójnych wewnętrznie, niezależnych od siebie osobowości. Osobowości te nie wiedzą o sobie nawzajem. Zjawiska te opisywano głównie u ofiar. Dr Gołąb zajął się ich badaniem u więźniów - sprawców przestępstw, gdy zauważył, że niektórzy z nich nawet po uprawomocnieniu się wyroku i przy zapewnieniu całkowitej anonimowości w rozmowie z psychologiem, nadal z pełnym przekonaniem twierdzą, że nie popełnili zarzucanego im czynu.

Być może Pani M. krzywdziła swoje dzieci w stanie dysocjacji, a może robiła to w pełni świadomości, realizując patologiczną skłonność, której bez dokładniejszych danych nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Gdyby nie wrażliwość lekarki, być może prawda nigdy nie zostałaby ujawniona. Sprawiedliwości nie stałoby się zadość, gdyby nie otwartość i rzetelność prokuratury w tak trudnym do udowodnienia przypadku przestępstwa. Gdyby nie intelektualna niezależność psychologów, być może zdolni bylibyśmy jedynie do potępienia i karania sprawców, a nie do ich rozumienia i leczenia.

Przestroga jest taka, by nie dać się zwieść pozorom. I nie ulegać idealizacji rodziny za cenę prawdy, która czasem bywa okrutna. Tylko dostrzeganie problemów umożliwia pomaganie.

T.G.