Dzieci, ludzie i ustawa

Jakub Śpiewak

Niebieska Linia nr 2 / 2010

Pięć lat temu Sejm uchwalił ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Zanim to uczynił, posłom udało się jednak usunąć z niej wiele istotnych zapisów, w tym również postulowany już wtedy zapis zakazujący całkowicie bicia dzieci. Ludzie zaangażowani w walkę z przemocą w rodzinie oraz pomoc jej ofiarom mieli wtedy wybór: zgodzić się na wybicie zębów ustawie albo nie mieć jej w ogóle. Dziś znów stajemy przed szansą. Nie jest jednak wcale takie pewne i oczywiste, że przepisy uda się uczynić naprawdę sensownymi.

Po tych pięciu latach w wielu sprawach nadal opór mediów, polityków, ale i zwykłych ludzi jest bardzo silny. Wiele proponowanych przepisów wywołuje emocje. To, co chyba martwi najbardziej, to fakt, że problem przemocy w rodzinie wciąż jest elementem wojny politycznej, ideologicznej i religijnej, a najbardziej słyszalne po obu stronach są na ogół głosy skrajne, a - co za tym idzie - często po prostu niemądre. Publicyści prawicowi i biskupi krzyczą o rozbijaniu rodziny, wojujące feministki - o mizoginach i o tym, że ofiara to kobieta, a sprawca to facet. Sam problem przemocy, a już dobro dzieci, bo o tym mi osobiście mówić najprościej, staje się w tej wrzawie mniej widoczne. Warto więc trochę sobie poporządkować.

Nie ma dzieci, są ludzie

Wielki pedagog, dzięki któremu możemy dziś mówić w ogóle o czymś takim jak prawa dziecka, Janusz Korczak, napisał kiedyś: "Nie ma dzieci - są ludzie, ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć". Gdyby się dobrze zastanowić, to mam wrażenie, iż spór między zwolennikami a przeciwnikami ustawowego zakazu bicia dzieci sprowadza się właśnie do tej prawdy. A w sporach dotyczących ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie kwestie ochrony dzieci interesują mnie najbardziej.

Z racji działalności w fundacji Kidprotect.pl mam wiele kontaktów ze zwykłymi rodzicami. Jeździmy po Polsce, odwiedzając najmniejsze nawet miejscowości i rozmawiamy z ludźmi. Gdy słucham wielu rodziców, wcale nie jakichś zdemoralizowanych czy zwyrodniałych, ale takich, którzy zapewne bardzo kochają swoje dzieci i chcą dla nich jak najlepiej, a mimo to uważają, że mają prawo wymierzyć dziecku klapsa, to często mam wrażenie, że funkcjonują z jakimś dziwnym mitem bardzo głęboko osadzonym w ich głowach. Wydaje im się, choć pewnie jest to na poziomie mocno nieuświadomionym, że dziecko to jest jakaś taka dziwna hybryda, takie "nie wiadomo co". To "coś" nie ma, zdaniem tych rodziców, swojej podmiotowości, jest natomiast przedmiotem działań wychowawczych. Dopiero w efekcie tych działań owo "coś" z czasem stanie się człowiekiem.

Skoro to "coś" nie jest człowiekiem, skoro nie jest podmiotem, ale przedmiotem działań wychowawczych, to de facto staje się własnością dorosłych. To przekonanie funkcjonuje, mam wrażenie, bardzo mocno w świadomości ludzi. Ile razy słyszymy: "Nie wtrącałem się, bo to sprawa rodziców, jak wychowują swoje dziecko"? Kiedy na potrzeby kampanii "Bicie jest głupie" prowadziliśmy badania z MillwardBrown SMG/KRC, dokładnie taka postawa ujawniała się, gdy pytaliśmy respondentów, dlaczego nie reagują na przemoc wobec dzieci.
Jeśli to "coś", czyli dziecko, nie jest człowiekiem, to znaczy, że wolno na nie krzyczeć, wolno je uderzyć. Na człowieka ręki podnieść nie wolno. Ale przecież to coś człowiekiem dopiero się stanie. Wtedy nie będzie można.

Takiemu właśnie myśleniu, niepodmiotowemu traktowaniu dzieci, Janusz Korczak przeciwstawił swoje "Nie ma dzieci. Są ludzie". Jest mały człowiek, który ma swoje prawa. Ma godność, której nie można deptać. Ma potrzeby, również emocjonalne, które trzeba zaspokoić. Człowiek, którego nie wolno uderzyć ani poniżyć.

Coście uczynili jednemu z braci najmniejszych...

Takie korczakowskie rozumowanie oraz wynikający z niego postulat zakazania bicia dzieci i stosowania wobec nich przemocy psychicznej wywołuje niezrozumiałą dla mnie agresję publicystów i środowisk, które same określają siebie jako chrześcijańskie. Nie rozumiem tego sprzeciwu, bo nijak nie zgadza mi się on z nauczaniem Nowego Testamentu. Głośno protestują biskupi, księża, organizacje katolickie i katoliccy publicyści.

Sięgnijmy więc do źródła, czyli do Ewangelii. Oto mamy słynną scenę: dzieci chcą przyjść do Jezusa, a jego uczniowie je przeganiają, wszak Nauczyciel jest zmęczony i ma inne, ich zdaniem, ważniejsze sprawy na głowie. Jezus zaś mówi swoim uczniom: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie". Uczniowie przeganiali dzieci, nie rozumiejąc, dlaczego ich Nauczyciel chce poświęcać swój cenny czas na rozmowy z nimi. Dzieci nie były wówczas traktowane zbyt poważnie, delikatnie ujmując. Później zaś Jezus dodaje zdanie kluczowe: "Jeśli nie będziecie jako te dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego". Dał więc uczniom ważną lekcję, pokazując im nie tylko to, że dzieci są ważne, zasługują na poważne traktowanie, ale wręcz powinny być dla dorosłych wzorem do naśladowania.

Ewangelia wg św. Mateusza przytacza również inne słowa Jezusa: "Coście uczynili jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnieście uczynili?. Dobrze byłoby, gdyby osoby popierające bicie dzieci, pamiętały o tym. Ręka podniesiona na dziecko, to ręka podniesiona na Jezusa.
Z kolei w nowym przykazaniu mówi On: "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego". Dziecko jest bliźnim, więc będziesz miłował je jak siebie samego. Zakładam więc, że wszyscy ci, którzy powołując się na wartości chrześcijańskie, dopuszczają bicie dzieci, uznają, że ich samych również bić można. Wszak miłują te dzieci jak siebie samego?

Konstytucja gwarantuje rodzicom prawo do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Warto jednak pamiętać, iż to nie jest to samo, co prawo własności i do uprzedmiotowienia dziecka. To Polska inicjowała prace nad Konwencją Praw Dziecka. W tym roku obchodzimy 20-lecie jej istnienia. Konwencja podkreśla podmiotowość dziecka. Biuro Rzecznika Praw Dziecka organizuje w tym roku cykl konferencji z okazji jubileuszu tego aktu pod znamiennym hasłem: "Prawa człowieka zaczynają się od praw dziecka". Dziecko jest człowiekiem. Przysługują mu prawa człowieka jak każdej innej istocie ludzkiej.

Grunt to rodzinka

Już sam tytuł ustawy budzi sprzeciwy. Dlatego posłowie Prawa i Sprawiedliwości oraz Polska Plus na każdym kolejnym etapie prac parlamentarnych zgłaszają wciąż poprawki zmieniające tytuł ustawy.

Ten sprzeciw wynika z ideologicznego przekonania, że rodzina jest niepodważalną świętością. Rodzina to ideał, więc nie może w niej być przemocy. Nie ulega wątpliwości, iż rodzina to podstawa funkcjonowania społeczeństwa. Warto tu przypomnieć słowa Marka Michalaka, Rzecznika Praw Dziecka, który w trakcie debaty sejmowej na temat ustawy mówił o tym, że nie dotyczy ona dobrych rodzin, tylko tych, w których dzieje się źle, tak jak kodeks karny nie dotyczy ludzi uczciwych, lecz przestępców.

Kiedy przeciwnicy ustawy głoszą, że władza państwa kończy się u drzwi ich domostw, to zastanawiam się, czy głosiliby to samo, gdyby to oni stali się ofiarą przemocy np. ze strony partnera lub własnego dziecka. A może wtedy krzyczeliby o skandalicznej bezradności państwa? Wszak, "jak Kalemu kraść krowa, to być źle, a jak Kali kraść krowa, to być dobrze". Czy też inaczej: "Jak Kalego bić, to być źle, ale jak Kali bić, to być jego słuszne prawo rodzicielskie i małżeńskie".
Trzeba to sobie jasno powiedzieć: jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem państwa ingerować w sprawy rodziny, gdy pojawia się w niej przemoc, bez względu na to, kto jest sprawcą, a kto ofiarą, bez względu na wiek i płeć obu stron zjawiska przemocy. Poza tym oczywiście, im mniej państwa, tym lepiej.

Przeciwnicy ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie mówią często, iż taka nazwa ustawy stawia rodzinę w złym świetle, i to niesprawiedliwie, bo przecież przemoc jest też na stadionach czy w szkole. Oczywiście, że przemoc pojawia się na stadionach. O ile mi wiadomo, jest nawet ustawa, która właśnie do stadionowej przemocy się odnosi. Dlaczego więc nie miałoby być ustawy o przemocy w rodzinie, skoro rodzina, w odróżnieniu od braci stadionowej, jest jednak "podstawową komórką społeczną". A pomysł, by problemem przemocy w szkole zająć się od strony prawnej, bardzo mi się podoba. Jeśli posłowie chcą pracować nad rozwiązaniami prawnymi w tym zakresie, to ja chętnie służę pomocą.

Klaps to też przemoc

Punktem, który budzi szczególne emocje przeciwników ustawy, jest zapisany w niej zakaz kar cielesnych, czyli również feralnego klapsa. "Jakże to! To już rodzic nie będzie mógł dać klapsa niesfornemu dziecku?" - pytają z oburzeniem. Faktycznie, nie będzie mógł. Ale, wbrew pozorom, to wcale nie jest żadna rewolucja. Prawo już dzisiaj zabrania naruszania nietykalności cielesnej drugiego człowieka i stosowania kar cielesnych. Mówi o tym konstytucja, mówi kodeks karny. Zapis w ustawie ma charakter przede wszystkim edukacyjny, stanowi swego rodzaju postawienie kropki nad "i". Nie jest to przepis represyjny, nie zawiera wszak żadnej sankcji karnej. Nikt więc rodzica za klapsa do więzienia nie wsadzi, choć przeciwnicy ustawy lubią tym straszyć. Nie chodzi o to, by rodziców skazywać, ale o to, by przestali bić swoje dzieci.

Przeciwnicy zakazu często podkreślają, że są przeciwni przemocy wobec dzieci, ale klaps, wedle ich oceny, przemocą nie jest. Powstaje więc pytanie, na które nikt nie umie mi odpowiedzieć: Gdzie kończy się klaps, a zaczyna przemoc? Wolno uderzyć raz, czy dwa razy, a może trzy, cztery, pięć? Wolno uderzyć ręką, a skórzanym pasem nie? A jeśli ręką, to z jakiej odległości wolno uderzyć - 20 czy 50 cm? No, i czy ręką wiotkiej mamusi wolno, a ręką Pudzianowskiego już nie? Już te problemy w definiowaniu pokazują, że warto zakaz wprowadzić. Warto wprowadzić taki zapis, by powiedzieć jasno: nikt nie ma prawa bić drugiego człowieka, a już na pewno nie wolno bić słabszego.

Pójdźmy jednak dalej w tych rozważaniach. "Jeśli klaps jest skuteczny - pytało dziecko w pewnej brytyjskiej kampanii - to dlaczego NADAL mnie bijesz?". Klaps nie jest metodą wychowawczą. Wychowanie to rozmowa dużego człowieka z małym człowiekiem. A klaps ucina rozmowę. Klaps jest jedynie sposobem na odreagowanie bezsilności dorosłego.

Wspólnie z Rzecznikiem Praw Dziecka oraz innymi organizacjami (Komitetem Ochrony Praw Dziecka oraz Fundacją ABCXXI "Cała Polska czyta dzieciom") prowadziliśmy w 2009 roku kampanię społeczną "Bicie jest głupie". Warto sobie chyba w punktach wymienić, dlaczego faktycznie bicie jest głupie:

Jeśli klaps byłby skuteczny i akceptowalny jako sposób wpływania na zachowania drugiego człowieka, to postulujmy wprowadzenie go do świata dorosłych. Nie wyobrażamy sobie przecież rozwiązywania poprzez klaps konfliktów między dorosłymi.

Spróbujmy jednak wyobrazić sobie szefa, który przekłada spóźnionego pracownika przez kolano i wymierza mu klapsa; policjanta, który za drobne przewinienie daje klapsa w ramach pouczenia zastępującego niekiedy mandat karny; marszałka sejmu, który klapsem dyscyplinuje przekraczającego czas wypowiedzi posła. Takie scenki uznajemy jednak za absurdalne. W kampanii społecznej "Bicie jest głupie" mówiliśmy dorosłym dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, "Gdybyś nie miał przewagi fizycznej nad dzieckiem, wychowywałbyś je, a nie bił". Po drugie, "Nie wyobrażasz sobie, by ktoś wykorzystał przewagę fizyczną wobec ciebie, więc nie wykorzystuj jej wobec dziecka".

Nie nazwiesz dziecka głąbem

Dyskusja o ustawie nie ogranicza się jednak oczywiście do problemu bicia dzieci, choć widać, że wielu publicystów i polityków z prawej strony bardzo chciałoby takie prawo mieć.
W tym samym przepisie oprócz kar cielesnych ustawa zakazuje (przypomnijmy, bez sankcji karnych!) stosowania przemocy psychicznej i innych form poniżania dziecka. Bronisław Wildstein w swoim felietonie opublikowanym na łamach "Rzeczpospolitej" protestował z zapałem, twierdząc, że zakaz poniżania dziecka jest skandalem, gdyż uniemożliwi mu nazwanie syna głąbem, kiedy ten nie będzie się uczyć. Skoro, zdaniem redaktora, wolno wpływać na zachowanie drugiego człowieka poprzez wyzywanie go, to nie będzie miał nic przeciwko i nie pozwie mnie do sądu, jeśli napiszę, że wypisując takie bzdury, Wildstein udowadnia, że sam jest głąbem?

Czy to oznacza, że rodzic nie będzie mógł wychowywać dziecka? Dziwne pytanie. Czy wychowywanie polega na wyzywaniu kogoś? Oczywiście, że rodzic może i musi wychowywać dziecko, musi mu więc również pokazywać, gdy robi ono coś złego i skrytykować je za to, musi wyznaczać granice, zabraniać różnych rzeczy, czasem karać. Można jednak krytykować bez naruszania cudzej godności.

Nie będą zabierać masowo dzieci z rodzin

Ogromne emocje społeczne i medialne budzi przepis, który według przeciwników ustawy doprowadzi do tego, że okropni, niekompetentni, oszalali pracownicy socjalni będą masowo odbierać bez wyroku sądowego dzieci kochającym rodzicom, w dodatku to odbieranie miałoby następować nawet wtedy, gdy w rodzinie jest bieda.

Nie rozumiem, skąd się wzięły te krzywdzące, uogólniające opinie na temat pracowników socjalnych, zwłaszcza że decyzje o odebraniu dziecka rodzicom, również te niesłuszne jak w sprawie małej Róży z Wielkopolski, podejmowały sądy, a nie pracownicy socjalni. Mogę domniemywać jedynie, że te opinie po prostu pasowały do koncepcji. Przyznam szczerze, że mnie bardzo cieszy, iż pracownicy socjalni nie cieszą się na nowe uprawnienia. Bałbym się, gdyby się cieszyli.

Przepis art. 12a ustawy był faktycznie niezbyt precyzyjny i zawierał niefortunne sformułowanie o "odebraniu" dziecka. Użycie tego określenia było jednak niezbędne, jest to bowiem nazwa czynności fizycznej, która pojawia się już w polskim porządku prawnym. Jeśli proponowane przez koalicję poprawki zostaną przyjęte, to mowa tam będzie o "zapewnieniu bezpieczeństwa dziecku poprzez jego odebranie". Odebranie będzie mogło nastąpić w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia dziecka, dokonać go może pracownik socjalny z policjantem i przedstawicielem służby zdrowia. Teoretycznie już dziś jest to możliwe, na ogół robi to policjant i umieszcza dziecko w placówce. Ustawa przewiduje, że w pierwszej kolejności należy starać się umieścić dziecko u innego członka rodziny, mieszkającego osobno. Sąd zostanie zobowiązany do wydania postanowienia niezwłocznie, jednak najpóźniej w ciągu 24 godzin. Pojawi się też jasne zastrzeżenie, że przepis nie może być stosowany, gdyby jedynym powodem miała być zła sytuacja majątkowa. W ustawie określono także zasady procedury odwoławczej przysługującej rodzicom/opiekunom dziecka w przypadku zabezpieczenia dziecka.

Dalsze protesty przeciwników ustawy w tej sprawie byłyby już w moim przekonaniu dowodem, że nie o dobro rodzin im chodzi, nie o konkretne uwagi, ale o awanturę jako taką.

Za myślą Aleksandra Kamińskiego

Kolejnym elementem ustawy, który wzbudził emocje, był pomysł zespołów interdyscyplinarnych. Niektórzy przeciwnicy chyba nie do końca zrozumieli, o co chodzi, co nie przeszkodziło im oczywiście gardłować. O tym niezrozumieniu świadczy fakt, że z uporem używali określenia "komisje dyscyplinarne". Brzmi podobnie, ale jednak to nie to samo.

Interdyscyplinarność to polski wkład w pracę socjalną na świecie. To Aleksander Kamiński, tak, właśnie ten Kamiński od zuchów, sformułował koncepcję pracy grupowej, w której pracownik socjalny miałby być wspierany przez zespół interdyscyplinarny. Wówczas, czyli w połowie XX wieku, było to faktycznie nowością, dziś wydaje się już oczywiste. Zespoły takie funkcjonują nie tylko w wielu krajach zachodnich, ale i w Polsce, i to w dodatku z powodzeniem. W Polsce funkcjonują jednak tylko tam, gdzie trafili się sensowni decydenci, którzy na ich utworzenie wyrazili zgodę. Ustawa nie tworzy więc niczego nowego, a jedynie sankcjonuje to i wprowadza jako standard w każdej gminie, jednocześnie porządkując i regulując pewne sprawy.

Posłowie z koła Polska Plus, zrzeszającego wykluczonych z Prawa i Sprawiedliwości, na różne sposoby próbowali torpedować ideę zespołów. Rozsyłali nawet do organizacji pozarządowych prośby o poparcie ich działań.

Co ciekawe, pracę zespołów próbowały storpedować także niektóre organizacje kobieceProponowały, aby zespół interdyscyplinarny musiał uzyskiwać zgodę na przetwarzanie danych osobowych, i to nie tylko od ofiary, ale również od sprawcy przemocy. Po pierwsze, w zespołach zasiadają policjanci, pracownicy socjalni i kuratorzy sądowi, którzy te dane i tak z urzędu przetwarzać i gromadzić muszą i mogą. Czy to znaczy, że teraz mieliby stracić taką możliwość? Pozbawienie policjantów prawa do przetwarzania danych osobowych to pomysł doprawdy rewolucyjny. Rozumiem, że chodziło przede wszystkim o ograniczenie uprawnień zasiadających w zespołach przedstawicieli organizacji pozarządowych. W efekcie te organizacje, które naprawdę pomagają ofiarom, musiałyby albo zawiesić działalność, albo wyłączyć się z pracy zespołów.

Awantura goni awanturę

Kiedy myślę o tej ustawie i o zamieszaniu wokół niej, nachodzą mnie dwie refleksje.
Martwi mnie przede wszystkim nieracjonalność wielu sporów, ogromne emocje, częste zacietrzewienie oraz uwikłanie problemu przemocy w rodzinie w rozgrywki polityczne. Pracując nad ustawą czasem mam wrażenie, że więcej uwagi trzeba poświęcić polityce niż sprawom merytorycznym. A przecież są to kwestie, które - przynajmniej tak by się mogło zdawać - powinny łączyć, a nie dzielić.

Zasmuca to, jaką siłą dysponują obrońcy przemocy. Większość poprawek zgłoszonych przez przeciwników ustawy nie chroni wcale rodzin, jak twierdzą zgłaszający. Te poprawki osłabiają ochronę ofiar, chroniąc sprawców. Dla mnie to niepojęte.
Wbrew twierdzeniem przeciwników ta ustawa wcale nie jest antyrodzinna. Ta ustawa jest właśnie jedną z najbardziej prorodzinnych. Pozwala bowiem chronić i wzmacniać rodziny, w których dochodzi do przemocy. Tam, gdzie to możliwe, pomagać im wyjść na prostą. A czasem usunąć z nich sprawcę przemocy. Czy wyeliminowanie przemocy z rodzin nie jest ich wzmacnianiem? Czy ktoś chce wmówić nam, że tolerowanie przemocy w rodzinie to polityka prorodzinna?

Ale i do zwolenników ustawy, zwłaszcza do organizacji kobiecych, ogródka też kamyczek się znajdzie. W debacie bowiem powracają stereotypy płci związane z przemocą i nie tylko niewiele się robi, by te je przełamywać, ale momentami odnoszę wręcz wrażenie, że organizacje kobiece chętnie te stereotypy wspierają.

Oczywiście, statystyki przemocy w rodzinie potwierdzają, że najczęściej mamy do czynienia z sytuacją, w której mężczyzna jest sprawcą, a kobieta - ofiarą. Nie zamierzam tego podważać, bo z faktami się nie dyskutuje. Tylko że, jeśli mam być szczery, mnie nie interesuje statystyka, ale człowiek. Człowiek i jego uczucia. Wbrew twierdzeniom organizacji feministycznych, przemoc nie ma płci. Przemoc jest tak samo zła, bez względu na to, kto, wobec kogo i jak często ją stosuje.
Mówienie o przemocy wobec mężczyzn, wbrew obawom niektórych, nie unieważnia przemocy wobec kobiet ani skali tej przemocy. Nie wolno nam zapominać o tym, że kobiety częściej padają ofiarą przemocy ze strony mężczyzn, niż ma to miejsce w sytuacji odwrotnej.

Z drugiej strony nie wolno nam jednak udawać, że tej odwrotnej sytuacji nie ma. Mówienie o przemocy wobec mężczyzn oznacza tylko tyle, że zajmiemy się wszystkimi ofiarami. Bo właściwie dlaczego mielibyśmy uznać, że któraś grupa ofiar może poczekać na lepszy czas?

Nie zapomnę sytuacji sprzed lat, gdy w czasie jakiejś publicznej debaty wstał mężczyzna, skądinąd wojskowy, i opowiadał, że jest ofiarą przemocy w rodzinie. Opowiadał, jak nikt nie chciał potraktować go poważnie, jak śmiano się z niego, upokarzano, gdy szukał pomocy. Przecież mężczyzna nie może być ofiarą przemocy. Jeśli jest, to co z niego za facet? Tak mu mówiono. Utrwalanie tych stereotypów jest raniące dla ofiar. Kobiety nie są tylko ofiarami. Bywają sprawcami. Stereotypem jest przekonanie, że kobiety, o ile bywają nawet sprawcami, to raczej przemocy psychicznej, a mężczyźni fizycznej. Żartobliwie można by powiedzieć, że dowcipy o żonie czekającej z wałkiem z powietrza się nie wzięły.

Warto też wrócić do problemu przemocy wobec dzieci. Często to matka bije dziecko. Choćby dlatego, że wciąż jeszcze to matka spędza z dzieckiem więcej czasu, ma więc też więcej okazji, by uderzyć. Czy to znaczy, że przemoc wobec kobiet jest mniej ważna? Nie, to znaczy tylko tyle, że świat nie jest czarno-biały, że przemoc ma wiele twarzy. Na żadną z tych twarzy nie można przymykać oczu.

Kiedy posługujemy się argumentami statystycznymi, to warto pamiętać o tym, że właśnie statystyki wskazują na to, że agresja przestaje, ale jeszcze nie przestała, mieć płeć. Wśród nieletnich wzrost przestępczości z użyciem przemocy jest zdecydowanie wyższy wśród dziewcząt niż chłopców (aczkolwiek, pamiętajmy, że dziewczęta startują z niższego poziomu takich czynów). Trzeba o tym pamiętać, bo profilaktyka z definicji oznacza myślenie o przyszłości. A w przyszłości to pokolenie, które dziś tworzy właśnie wzrost przestępczości z użyciem przemocy, zacznie przecież zakładać rodziny.

Ustawa to nie wszystko

Przemoc w rodzinie jest tematem zasługującym na poważną, spokojną rozmowę, na oderwanie się od stereotypów, interesów politycznych, ideologii. Bez tego żadna ustawa nie pomoże. Ustawa niewiele jednak pomoże również wtedy, gdy nie pójdzie za nią edukacja i inne formy zmieniania postaw społecznych. Ustawa może dać nam narzędzia reagowania, gdy już dzieje się coś złego. Ale przeciwdziałanie powinno przede wszystkim być profilaktyką.

Marzy mi się prawdziwe wychowanie do życia w rodzinie w każdej szkole. Nie chodzi mi tu o zajęcia z edukacji seksualnej, choć te oczywiście są bardzo ważne i potrzebne. Chodzi mi o wychowanie do życia w rodzinie - o uczenie postaw, zachowań, o wychowanie do bycia ojcem, matką, mężem, żoną. O wychowanie obejmujące uczenie radzenia sobie ze stresem i emocjami, rozwiązywania sporów, które wszak w rodzinie są nieuniknione, radzenia sobie z agresją, która też w każdym z nas siedzi.

www.kidprotect.pl

J.Ś.