Kto zabił Gabriela Fernandeza?

Anna Maria Nowakowska

Zabieram dziś Czytelników w wirtualną podróż do Kalifornii. Nie będzie to niestety wycieczka miła, lecz przecież nie dla przyjemności się tam udajemy, ale po to, żeby się czegoś ważnego nauczyć. Naszym przewodnikiem będzie mały chłopiec. Nazywa się Gabriel Fernandez i już na zawsze pozostanie drobnym ośmiolatkiem. Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, gdyby komuś na nim zależało, miałby teraz piętnaście lat.

Gabriel Fernandez został zamordowany w środę, 22 maja 2013 roku. Przywieziono go w ciężkim stanie, po tym, jak – według słów matki – uderzył się w trakcie zabawy z bratem, upadł i przestał oddychać. Lekarze jeszcze przez kilkanaście godzin toczyli beznadziejną walkę o utrzymanie go przy życiu. Ale było za późno. O wiele miesięcy za późno. Dopiero teraz Gabriel otrzyma wiele uwagi i troski, której odmówiono mu, gdy żył. Żeby poznać prawdę o tej śmierci, trzeba najpierw dowiedzieć się czegoś o życiu tego chłopca. Szczególnie o tych ostatnich ośmiu miesiącach, spędzonych w domu matki i jej partnera. Nie opowiem wam całej historii, obejrzycie ją przecież sami. Każdy, kto chce pomagać dzieciom doświadczającym przemocy, powinien zobaczyć ten dokument.

Dokument

„Procesy w sprawie Gabriela Fernandeza” to podzielony na sześć części film dokumentalny, będący rekonstrukcją zdarzeń, a jednocześnie pogłębioną analizą systemowych i jednostkowych błędów, które kosztowały życie tego i dziesiątek innych dzieci.

Pomyślicie może: ależ co nas obchodzi hrabstwo Los Angeles i jego ułomny system przeciwdziałania przemocy domowej, czy nie mamy własnych doświadczeń i własnych małych męczenników?

Takie postawienie sprawy byłoby poważnym błędem, jest bowiem znacznie więcej podobieństw niż różnic. Wstrząsem dla polskiego widza, który ma choćby śladową wiedzę o przemocy wobec dzieci w rodzinie będzie uświadomienie sobie tego, że ani ogromne nakłady finansowe, ani dziesiątki tysięcy wysoko wykwalifikowanych specjalistów, ani dostępność medycznych i pozamedycznych narzędzi diagnozowania, ani nawet „cudowny” algorytm, typujący stopień zagrożenia dziecka w środowisku rodzinnym; że to wszystko razem nie wystarczyło, żeby ocalić jedno życie, życie Gabriela Fernandeza.

Zabrakło czegoś ważniejszego niż sam system – współpracy.

Jak do tego doszło?

Właśnie o tym opowiada ten dokument i to jest ta wiedza, której nie wolno nam zignorować.

Mamy w Polsce własne dramaty, bliźniaczo podobne do sprawy Gabriela. Ale żaden z nich nie został nigdy poddany tak wyczerpującej analizie. Dzięki wykorzystaniu materiałów archiwalnych, dokumentów, sfilmowanych części procesów, wywiadów ze świadkami i eksperckich analiz, dostajemy wielopłaszczyznową opowieść o przemocy i zaniechaniu. W tle przewijają się wątki rasowe, homofobiczne i inne, z pozoru zaskakujące czynniki, które wszystkie razem spowodowały, że kompleksowy, szczodrze dofinansowany system pomocowy zawiódł na wszystkich poziomach.

Historia małego chłopca

Historia Gabriela zaczęła się źle, ale wcale nie musiała się skończyć tragedią.

Matka – na imię ma Pearl – nigdy nie chciała tego dziecka, ale pokochał go jej wujek i wraz z partnerem stworzyli mu serdeczny dom na wiele lat. Tu właśnie ma swoje źródło wspomniany wątek homofobiczny, chociaż wśród innych dramatycznych okoliczności łatwo byłoby go przegapić. Dopiero, gdy dociera do nas informacja, że katując chłopca partner matki za każdym razem nazywał go gejem, gdy zdajemy sobie sprawę, że używał tego słowa jako wyzwiska wobec ośmiolatka, zaczynamy dostrzegać głębię tej nienawiści i jej pochodzenie. To może szokować. To powinno szokować. A przecież to Ameryka, wolny kraj kochający indywidualistów. Cóż, widać nie wszystkich.

Gehenna Gabriela Fernandeza zaczyna się w chwili, gdy jego biologiczna matka, mająca już inne dzieci, żyjąca w związku, uświadamia sobie, że porzucone wcześniej dziecko może przynieść rodzinie dodatkowy dochód – zasiłek. To jest krytyczny moment tej opowieści: oto żadna powołana do sprawdzenia sytuacji instytucja nie podaje w wątpliwość „naturalnego prawa” matki do zabrania chłopca, mimo wyraźnych protestów i ostrzeżeń dalszych krewnych (sic!).

„W interesie dziecka najważniejsze i najlepsze jest zamieszkanie z biologiczną rodziną” – ten motyw będzie się wielokrotnie powtarzał; będzie powracał jako wygodne usprawiedliwienie wielu urzędniczych zaniedbań. Owa myślowa matryca, szlachetna wszak w swoich założeniach i mająca na względzie samo dobro, przyłożona na oślep bez diagnozy sytuacji okazała się śmiercionośna.

Oto, jak obrazowo i wstrząsająco celnie oskarżyciel publiczny, gdy już ruszyły procesy sądowe, opisał sytuację chłopca w swojej mowie wstępnej:

„Isauro (partner matki) ma 190 cm wzrostu i waży 122 kilogramy. Gabriel ważył 27 kilogramów”.
Poznajemy tych kilka liczb i możemy sobie odpowiedzieć na pytanie o szanse chłopca na przeżycie. A trzeba sobie uświadomić, że przetrwał aż osiem długich miesięcy. Osiem miesięcy wymyślnych tortur. Ich ślady nosił na sobie także w miejscach, których nie zakrywała odzież i każdy mógł je
zobaczyć. Nie było ani skrawka skóry na ciele tego dziecka, która byłaby wolna od świeżych i zabliźnionych ran.

Autopsja trwała dwa dni. Tyle czasu zabrało patologowi zbadanie i opisanie stanu ciała.

Bezpośrednią przyczyną śmierci Gabriela były obrażenia głowy. „Jego czaszka wydawała taki dźwięk, jak chrupki ryżowe” – wspomina pielęgniarka. Widzimy, że – mimo upływu czasu – płacze. To, co zobaczyła, gdy ambulans przywiózł na jej dyżur małego pacjenta pozostanie z nią, jak mówi, na zawsze.

Ale najgorsze jeszcze przed nami. Dopiero, gdy zacznie się wielowątkowe śledztwo, dowiemy się czegoś o tych ośmiu miesiącach, które Gabriel Fernandez spędził z najbliższą rodziną.

Jak zatem wyglądała jego codzienność?

Miał swoje specjalne miejsce w sypialni. Była nim niewielka stojąca szafka, zamykana od zewnątrz na skobel. To tam, związany, skulony, często zakneblowany skarpetką chłopiec spędzał noce i „wolny czas”.

Wiązano mu ręce i nogi. Patolog opisał głębokie, częściowo zabliźnione rany w miejscach, w których sznur wrzynał się w ciało.

Były tylko dwa powody, dla których Gabriel mógł opuścić swoje ciasne i ciemne więzienie. Wypuszczano go, gdy musiał iść do szkoły. I wtedy, gdy miał odebrać karę.

Kary groziły mu za każde zachowanie. Był bity za to, co powiedział i za to, czego nie powiedział. Za to, co zrobił i za to, czego nie zrobił.

Był torturowany z nienawiści przez matkę i jej partnera Isauro, zwanego też Tonym.

O Isauro bardzo ciepło wyrażają się przed kamerą starsze panie, którymi opiekował się, będąc pracownikiem domu opieki. Troskliwy, empatyczny, oddany ludziom; widz słucha tych peanów i nie wierzy własnym uszom.

Gabriel jednak nigdy nie poznał ojczyma z tej strony. Miał kontakt z jego rękami, gdy był bity pięściami po głowie. I ze stopami, które kopiąc, łamały mu żebra. No i nie zapominajmy o wyzwiskach. Ten troskliwy, empatyczny opiekun starszych pań, tłukąc chłopca do nieprzytomności zawsze nazywał go gejem!

Pytanie, które jako pierwsze przychodzi widzowi do głowy,
gdy już poznał detale codziennej gehenny Gabriela
brzmi: Jak to możliwe, że nikt nic nie widział?

Zawiódł system czy ludzie?

To nie jest jednak właściwe pytanie. Wiemy, że wychowawczyni chłopca wiele razy alarmowała służby w jego sprawie. Wiemy, że pracownik ochrony w budynku opieki społecznej zobaczył rany, oparzenia (po gaszeniu papierosów!) i powyrywane włosy na głowie dziecka i wszczął alarm u swoich przełożonych. Wiemy, że był taki dzień, w którym nauczycielka wahała się, czy pozwolić dziecku na powrót do domu, tak strasznie był skatowany, posiniaczony i poraniony.

Za każdym razem osoby próbujące podjąć interwencję były zmuszane przez swoich przełożonych do zaniechania działań pod groźbą postępowania dyscyplinarnego! Z powodów rzekomo proceduralnych.

Raz nawet, jak słyszymy, z powodu „braku środków na zapłacenie pracownikom za nadgodziny”.

Trudno policzyć, ile razy system mógł uratować to dziecko. Bo trzeba też wspomnieć o kilku czy nawet kilkunastu (nie wszystkie były rejestrowane w systemie!) wizytach lokalnej policji, wzywanej przez zaniepokojonych sąsiadów.

Jak to się odbywało? Wychodziła matka i opowiadała policjantom jakąś historyjkę o złym chłopcu, który nie przestrzega dyscypliny, kłamie o tym, że jest bity, a tymczasem sam sobie zadaje obrażenia.

Jaka musiała być przekonująca, skoro za każdym razem to Gabriel dostawał reprymendę na tylnym siedzeniu policyjnego auta?! Grożono mu nawet więzieniem, jeśli nadal będzie kłamał.

Czy trzeba dodawać, że ta rodzina była objęta przez system programem pomocy? Istnieje podejrzenie, że w czasie wizytacji, gdy matka zapewniała, że Gabriel ma się dobrze i „gdzieś tam biega”, chłopiec, związany i zakneblowany leżał w swojej więziennej szafce.

Gdyby to nie był film dokumentalny, gdyby nie nagrania, wywiady i zeznania świadków w czasie procesów sądowych, nikt nie byłby skłonny uwierzyć, że to się naprawdę wydarzyło. Nikt nie chciałby uwierzyć tak, jak nie wierzono Gabrielowi dopóty, dopóki żył.

Stał się wiarygodny dopiero wtedy, gdy został zamordowany.

Gabriela Fernandeza zabili wspólnie i w porozumieniu matka i jej partner.

Gabriela Fernandeza zabili wspólnie przez brak porozumienia urzędnicy powołani do tego, żeby go uratować.

Zaniechanie – grzech śmiertelny

„Prawdziwe zło polega na odwracaniu wzroku, gdy możesz pomóc”.

Te słowa padły z ust lekarki, która brała udział w opracowywaniu najlepszego z możliwych systemu interwencji w przypadkach przemocy wobec dzieci w rodzinie. Częścią tego systemu jest szybka diagnoza i pomoc medyczna. I nadal nie rozumiemy, jak to się stało, że nikt nigdy nie zbadał Gabriela. Nikt nie obejrzał jego ciała, na którym, powtórzmy, nie było kawałka skóry bez blizn albo świeżych ran. Dopiero patolog odczytał ze zwłok tę straszną historię i opisał to, co dwoje dorosłych zrobiło temu dziecku. Rany zadane z broni palnej. Stare i nowe złamania żeber i innych kości. Zranienia, stłuczenia, ślady krępowania, kneblowania, duszenia, przypalania. No i te ostatnie, śmiertelne obrażenia czaszki, z której wcześniej wyrywano włosy i gaszono na niej pety.

W pewnej chwili widzimy twarz osoby, która jako ostatnia mogła uratować Gabriela. To kobieta w średnim wieku, była zakonnica, pracownica systemu opieki, która zamknęła jego sprawę, ponieważ uwierzyła matce. Tak, uwierzyła matce, że wszystko w domu jest w porządku. Jak mówi przed kamerą, nie ma sobie nic do zarzucenia.

Wyobrażam sobie, że szczegółowa analiza tego dokumentu może być znakomitym narzędziem w szkoleniu pomagaczy i że, o smutny paradoksie, w ten sposób śmierć Gabriela Fernandeza może ocalić życie innych dzieci, w innym kraju.

Dziś mamy powody do radości, bo wchodzą w życie przepisy, które ułatwią zapewnienie bezpieczeństwa ofiarom przemocy domowej. Zacytuję:

W myśl nowych przepisów, funkcjonariusz policji podejmujący interwencję oceni, czy osoba stosująca przemoc fizyczną stwarza zagrożenie dla życia lub zdrowia domowników. Jeśli będzie takie niebezpieczeństwo, policjant wyda bezwzględny nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkania przez sprawcę przemocy. (…)

Wobec sprawcy przemocy policjant będzie mógł również wydać zakaz zbliżania się do mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia. Policja będzie też zobowiązana do regularnego sprawdzania, czy sprawca przemocy stosuje się do tych sankcji. Jeśli złamie zakaz, policja będzie mogła zastosować środki przymusu, by wyegzekwować nałożone zobowiązanie.

To dobrze, to bardzo dobrze, że doganiamy cywilizowany świat w kwestiach prawnych.

Pamiętajmy jednak o tym, że najlepszy system jest na tyle sprawny, na ile sprawne jest jego najsłabsze ogniwo. Tym ogniwem jest oddelegowany do udzielenia pomocy człowiek i jego wiedza lub jej brak. Człowiek i jego osobiste przekonania, które przecież, dobrze o tym wiemy, bywają sprzeczne z wiedzą i stają się usprawiedliwieniem zaniechania.

__________________________

Anna Maria Nowakowska – terapeutka i pisarka, autorka książki „Przeklęte” (2002) o molestowaniu seksualnym dziewczynek oraz trzech części cyklu o „Dziuni” – „Dziunia”, „Dziunia na uniwersytetach”, „Wymarzony dom Dziuni” (Wydawnictwo W.A.B.).