KATOWICE: DZIECI ULICY WYŚMIEJĄ STREETWORKERÓW?
Aktualności
Miasto zareagowało na nasze artykuły kontrolami w bidulach i wyłapywaniem małolatów. Codziennie w godzinach urzędowania na dworzec wychodzili pracownicy socjalni w asyście policjantów. Mali uciekinierzy stali się bardziej czujni, a kto dał się złapać, szybko wracał na ulicę. Dzieci wolały marznąć i głodować, żebrać i kraść w centrach handlowych, spać u wujków i w ruderach, niż żyć w bidulu.
Służby miejskie patrolują dworzec do dziś, tyle że pojawiają się wieczorem i nie są umundurowane. Pytaliśmy włodarzy miasta, dlaczego nie zatrudnią ludzi przygotowanych do pracy z dziećmi ulicy, czyli streetworkerów. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że taki zawód nie istnieje. Pisaliśmy w "Gazecie", że streetworkerzy od kilku lat pracują za miejskie pieniądze w Tychach, Gliwicach i Zabrzu.
I oto w czerwcu Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Katowicach ogłosił konkurs dla organizacji pozarządowych na prowadzenie punktu streetworkerów, który ma obejmować działaniem śródmieście ze wskazaniem na dworzec i dzielnicę Dąb z Silesia City Center, ulubionym miejscem uciekinierów. Wygrała Katolicka Fundacja Dzieciom przy katowickiej parafii Apostołów Piotra i Pawła, bo tylko ona złożyła ofertę. - Ma siedzibę w centrum miasta - zachwala Ewa Bromboszcz, zastępczyni dyrektora MOPS-u. To wszystkie zalety nowego punktu streetworkerów.
Fundacja prowadzi świetlice dla ubogich dzieci, do pracy ulicznej wytypuje dwóch opiekunów, którzy nigdy nie zetknęli się ze streetworkingiem. - Mało prawdopodobne, że dadzą sobie radę. Musieliby to być ludzie z iskrą bożą - mówi Edward Orpik, zastępca dyrektora Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Zabrzu. Jego pracownicy przed wyjściem na ulicę zostali przeszkoleni przez doświadczonych streetworkerów. Podobnie było w Tychach. Połowa kandydatów nie przeszła wstępnego testu, czy potrafią złapać kontakt z dziećmi. Kolejni wykruszali się w trakcie pracy.
Katowicki MOPS wymagał tylko wykształcenia w kierunku pracy socjalnej. - Przygotowanie akademickie na nic się nie przyda. Nawet doświadczenie opiekuna świetlicowego. W świetlicy są grzeczne dzieci. Na ulicy jest dużo agresji. Trzeba mieć wiedzę, co za tą agresją stoi, i odpowiednie kompetencje osobowościowe. Ktoś ze sztywnym systemem wartości zacznie te dzieci pouczać i zostanie wyśmiany - mówi Orpik.
- Warto byłoby ich przeszkolić - przyznaje Bromboszcz. Póki co jednak ograniczy się do nadzorowania streetworkerów. - To dopiero diagnoza, jak poważny jest problem dzieci ulicy w Katowicach - bagatelizuje. Punkt ma działać przez pół roku i będzie kosztować miasto ponad 30 tys. zł. - Miejmy nadzieję, że jakoś nam wyjdzie - uspokaja Bromboszcz.
Orpik: - Ludzie, którzy wyjdą na ulicę z porywu serca czy ambicji, mogą zrobić więcej złego niż dobrego. Kompetentnym, którzy po nich przyjdą, będzie jeszcze trudniej zdobyć zaufanie, bo dzieci zaczną patrzeć na streetworkerów z przymrużeniem oka.
Domy dziecka pod przymusem MOPS-u przez trzy miesiące opracowywały program pracy z uciekinierami. Wychowawcy mają z nimi rozmawiać i uatrakcyjniać czas wolny - to samo, co robili wcześniej. A dzieci nadal uciekają, chyba że trafiły do specjalnego ośrodka wychowawczego lub poprawczaka, założyły rodzinę albo skończyły 18 lat i muszą sobie radzić same.
- Chcemy stworzyć mieszkania usamodzielniające przy placówkach - mówi Bromboszcz, gdy pytam o rodzinne domy dziecka. W Katowicach do tej pory nie powstał ani jeden.
Inne z kategorii
Terapia pary z doświadczeniem traumy (3/140/2022)
05.02.2025
Adam Chojnacki
Doświadczanie konsekwencji traumy przez jednego...
czytaj dalej