Właściwe dać rzeczy słowo, czyli o kampaniach społecznych

08.12.2005

Niebieska Linia nr 6 / 2005

„Jak tylko kobiety biorą w swoje ręce sprawy publiczne, czynią to – bez szczególnych zamiarów – z miłością” – pisał Stendhal.

Nie znałam tego zdania, kiedy rozpoczynałam studia podyplomowe na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. To, co mi się podobało w przyszłym zawodzie, to aktywne życie i zaczarowywanie rzeczywistości słowami. Często na pytanie, czym się zajmuję, odpowiadałam – „czaruję”. Pisałam wtedy głównie reportaże i zależało mi, aby opowiadaną historią oczarować Czytelnika, i w magiczny sposób wpłynąć na zmianę losu moich bohaterów, którzy zwykle byli ludźmi mocno doświadczonymi przez los.

Po pewnym czasie coraz trudniej było mi pogodzić się z tym, że te moje „czary” nie działają i los moich bohaterów niewiele się po tych publikacjach zmienia. Stąd był już tylko krok do aktywnego zajmowania się problemami społecznymi, ale jeszcze wiele wody w Wiśle musiało upłynąć, nim to zrozumiałam. Póki co zawód dziennikarza na tyle zaczął mnie frustrować, że zaczęłam szukać jakiejś niszy dla siebie, gdzie można robić coś pożytecznego dla innych ludzi. Takim miejscem w pewnym momencie okazała się Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i tworzący się w niej dział wydawnictw, w przyszłości rozwinięty o zakres „edukacji publicznej”. Tam bowiem mogłam połączyć umiejętności językowe nabyte w czasie studiów polonistycznych ze znajomością metod komunikacji społecznej wyniesionych ze studiów dziennikarskich.

Walka na słowa

Od początku ważnym zadaniem stojącym przed zespołem ludzi pracujących wtedy w PARPA była zmiana świadomości społecznej w obszarze związanym z „alkoholizmem”. Gdyby ktoś zechciał dziś zajrzeć do jakiejkolwiek publikacji dotyczącej problemów alkoholowych z lat 70. czy 80. poprzedniego stulecia, byłby zaskoczony terminologią „wojenną”, której wtedy używano. Wszyscy mówili i pisali o „walce z alkoholizmem” (lub nawet „walce z alkoholem” – sic!), o „alkoholikach i pijakach”, o „rodzinach pijackich”, „degeneratach” i „zwalczaniu patologii społecznej”. Wszystko to w tonie słusznej kary za „grzech pijaństwa” podlanym litością nad losem biednych dziatek, matek i wdów. Ileż wysiłku trzeba było włożyć w zmianę tych określeń. Aby „pijaka” zamienić w „osobę nadużywającą lub uzależnioną od alkoholu”, „walkę z alkoholizmem” w „rozwiązywanie problemów alkoholowych”, a „patologię społeczną” w „problem społeczny”. Ale udało się! Gdy dziś ktoś mówi, że walczy z alkoholizmem, brzmi to co najmniej anachronicznie. I po co to wszystko, mógłby ktoś spytać. Czy „pijak” pije inaczej niż „osoba uzależniona od alkoholu”? Czy „walka z alkoholizmem” przebiega inaczej niż „rozwiązywanie problemów alkoholowych”? Czy „żona pijaka” cierpi mniej niż „osoba współuzależniona”? Ja, z perspektywy swojej pracy zawodowej, odpowiem – wierzę w znaczenie, które niosą ze sobą słowa. Bo choć każdy z nas ma imię i nazwisko, to zupełnie inaczej czujemy się wywołani do tablicy po nazwisku, a inaczej po imieniu. Bo „pijak” niesie ze sobą ocenę moralną, a „osoba uzależniona” informację o problemie czy chorobie tej osoby. Bo „walka” zakłada przeciwnika i wzajemne zbrojenie się, a „rozwiązywanie problemu” wzajemną współpracę zmierzającą do osiągnięcia celu.

Z tej perspektywy patrzenia na edukację społeczną wynika kilka istotnych założeń. Po pierwsze – zobaczyć problem społeczny i właściwie go nazwać. Po drugie – zrozumieć, na czym ten problem polega. Po trzecie – zobaczyć człowieka, którego ten problem dotyczy. Po czwarte – znaleźć dla tego problemu właściwe rozwiązanie. Po piąte –..., ale o tym na końcu tego artykułu.

PO PIERWSZE – zobaczyć i nazwać problem

Kiedy w Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych zaczęliśmy zajmować się nie tylko jakością leczenia i rehabilitacji osób uzależnionych, ale także jakością życia osób, które w rodzinach tych żyją, jasno zarysował się nam problem związany z przemocą tam istniejącą. O przemocy opowiadali alkoholicy w trakcie terapii, ich partnerki, matki i żony zgłaszające się do różnych miejsc pomocowych, wreszcie Dorosłe Dzieci Alkoholików w trakcie swojej terapii.

O tym, że nie jest to tylko problem pojedynczych ludzi, wiedzieliśmy również od policjantów znużonych nieustannymi wyjazdami do „awantur domowych”, które wciąż się powtarzały w tych samych domach. Takich „awantur domowych” w połowie lat 90. było grubo ponad pół miliona rocznie. To był już ważny, także ilościowo, problem społeczny. Co więcej – okazało się, że niezależnie od stopnia powodzenia w trzeźwieniu, przemoc nie znika z życia rodzin osób uzależnionych, choć czasem zmienia swe oblicza. Jasne stało się, że problem przemocy w rodzinie nie zniknie nawet wtedy, gdy wyleczymy ostatniego alkoholika.

PO DRUGIE – zrozumieć problem

Tego obszaru uczymy się wciąż i wciąż. Kiedy już się wydaje, że wiemy wszystko o przemocy w rodzinie i o każdym z uczestników tego „teatrum”, to znowu przydarza się sprawa, czy seria spraw, trudnych do zrozumienia i „wystandaryzowania”. Na pocieszenie przywołuję sobie zawsze historię Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób Światowej Organizacji Zdrowia – ICD, która obecnie funkcjonuje w swojej 10. już wersji.

Kiedy zaczęliśmy rozglądać się wokół w poszukiwaniu wiedzy o zjawisku przemocy w rodzinie alkoholowej, znaleźliśmy wiele publikacji związanych z nurtem przeciwdziałania przemocy wobec kobiet (tu nieoceniony wkład środowisk feministycznych!), wobec dzieci (wspaniały nurt organizacji opiekujących się dziećmi, istniejący w Polsce od dziesiątków lat) oraz nurtem związanym z obroną praw człowieka (np. Amnesty International). Okazało się, że można korzystać także z pomocy zaawansowanych w tym zakresie krajów skandynawskich i Stanów Zjednoczonych. Problemem było tylko połączenie tej wiedzy z dokonującą się w Polsce odnową lecznictwa odwykowego. Eksperci ostrzegali nas, aby nie „przedobrzyć” i nie postawić znaku równości między „tym co pije” i „tym co bije”. Mam nadzieję, że post factum ocena tego, czy udało się umiejętnie połączyć wiedzę z zakresu profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych oraz profilaktyki i przeciwdziałania przemocy – wypadnie pozytywnie.

Na tym etapie zostało powołane do życia Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”, o czym tak pięknie piszą w tym numerze „Niebieskiej Linii” Jerzy Mellibruda, Małgosia Maresz, Marta Ziemska i inni. Powstały pierwsze poradniki dla ofiar przemocy, pierwsza deklaracja współdziałania, pierwsze Porozumienie, pierwsza gazeta...

PO TRZECIE – zobaczyć człowieka z problemem

Od samego początku jasne było dla nas, że przeciwdziałanie przemocy w rodzinie nie ma służyć zmniejsze- niu ilości interwencji policji dotyczących „awantur domowych”, nie ma zmniejszyć napływu ludzi do placówek lecznictwa odwykowego czy innych placówek służby zdrowia, nie ma ukryć problemu w czterech ścianach. Wręcz przeciwnie! Zakładaliśmy, że wyciągnięcie na światło dzienne problemu przemocy w rodzinie może zwiększyć ilość pracy policjantów, lekarzy, pracowników socjalnych, prokuratorów i sędziów. Wiedzieliśmy także, że upublicznienie tego problemu nie będzie się podobać fanatycznym obrońcom honoru polskiej rodziny. Do dziś spotykam się często z pytaniem, czy wzrost interwencji domowych i spraw o znęcanie się nie jest wynikiem szumu medialnego wokół tej sprawy. Gdybyż słowa mogły tworzyć fakty!

Mimo tych obaw – płonnych i uzasadnionych w niektórych wypadkach – wystartowaliśmy w 1997 roku z kampanią społeczną „Powstrzymać przemoc domową”, która w świadomości społecznej pozostanie na zawsze pod hasłem „Bo zupa była za słona”.

Jeszcze dziś, gdy wpisałam w wyszukiwarkę internetową tę frazę, znalazło się 28,5 tys. stron ją zawierających. Czego by nie powiedzieć o tamtej kampanii, nośność tego hasła wyniosła na szczyt świadomości społecznej problem przemocy w rodzinie. Badania społeczne robione przed i po kampanii pokazywały, że Polacy szybko podnieśli znaczenie tego problemu społecznego w rankingach problemów ich dotyczących. Także wtedy, gdy problem przemocy nie łączył się z używaniem alkoholu czy innymi uzależnieniami lub „patologiami”.

PO CZWARTE – szukać rozwiązań

Już po kampanii „Bo zupa była za słona” było jasne, że czy się to komuś podoba, czy nie, problemu przemocy w rodzinie nie da się „zamieść pod dywan”. Że potrzebne nam sprawne narzędzia do przeciwdziałania temu zjawisku. Np. policji potrzebna sprawna procedura interwencji w sytuacji przemocy. Z tej potrzeby zrodziły się „Niebieskie Karty” – najpierw dla policji, potem dla innych służb, albowiem z przemocą nie da się borykać w pojedynkę. Bo przemoc poza tym, że jest „demokratyczna” i dotyczy wszystkich ludzi, bez względu na płeć, wiek czy status społeczny, to także jest „interdyscyplinarna” i dotyczy wielu obszarów życia społecznego. No i jest wszechobecna geograficznie, więc miejsca pomocy powinny być w każdym zakątku naszego kraju.

Mądrzejsi o tę wiedzę, kolejną kampanię społeczną poświęconą problemowi krzywdzenia dzieci – „Dzieciństwo bez przemocy” – powiązaliśmy z podniesieniem aktywności lokalnych społeczności w tym obszarze. Kasia Michalska pisze w tym numerze „Niebieskiej Linii”, jakie były wymierne efekty tej kampanii w tzw. terenie. Te efekty służą do dziś nie tylko sprawie ofiar. Dały nam one wszystkim poczucie wyrwania się z klasycznej w zjawisku przemocy bezradności i bezsilności. Do dziś „ambasadorzy” tej kampanii wpisują w swoje CV udział w niej i lokalne sukcesy, których byli animatorami czy współtwórcami.

Tak pomyślane kampanie społeczne – żeby nie tylko ukazać problem, nagłośnić go przez chwilę medialnie, ale także aby zainicjować długoterminowe, konkretne działania „u podstaw” – są już dziś wymaganym standardem.

Z poszukiwania narzędzi zrodziła się również potrzeba lobbowania za stworzeniem dobrych, skutecznych zapisów prawnych, których brakowało. Od lipca 2005 roku mamy ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, może nie „wymarzoną”, ale dającą solidne podstawy do dalszych działań.

PO PIĄTE...

O „swoich” kampania społecznych, w których miałam okazję brać osobisty udział, mogłabym pisać jeszcze długo. To przecież kawałek mego zawodowego i osobistego życia. Bo te kampanie zmieniają coś także w tych, którzy je tworzą. Dają poczucie dobrze wypełnionego obowiązku uczestniczenia w życiu społecznym i zmieniania świata w tym kawałku, za który czujemy się odpowiedzialni. To właśnie te opisywane przeze mnie na początku artykułu „czary”, aby mieć wpływ na losy bohaterów mojej pracy.

„Jak tylko kobiety biorą w swoje ręce sprawy publiczne, czynią to – bez szczególnych zamiarów – z miłością” – pisał Stendhal. Więc „po piąte” – robić to z radością i miłością

R.D.

Inne z kategorii

Zaburzenia odżywiania u kobiet a przemoc || PODCAST

Zaburzenia odżywiania u kobiet a przemoc || PODCAST

12.01.2025

W jaki sposób zaburzenia odżywiania...

czytaj dalej

Przemoc instytucjonalna (2/109/2017)

14.03.2025

Mariusz Sobkowiak

Przemoc instytucjonalna to pojęcie, które od...

czytaj dalej

Newsletter Niebieskiej Linii

Dołącz do biuletynu Niebieskiej Linii i otrzymuj wszystkie bieżące informacje o akcjach, szkoleniach, wydarzeniach oraz nowych artykułach.

Ostatnie czasopisma