Mężczyzna bez winy i wstydu (3/122/2019)
Artykuły „Niebieskiej Linii"
Wojciech Kruczyński
We współczesnym świecie kobieta często przyjmuje funkcję ojca i pieczętuje to, że ojciec – jako postać, od której coś zależy – nie istnieje. Za to istnieje matka, która w poczuciu winy tym bardziej się takim chłopcem zaopiekuje. Tacy chłopcy są we władzy matki i wszystkich kolejnych kobiet, od których będą wymagali zapewnienia tego samego poziomu komfortu. Będą więc nadal przeżywali niemoc i związaną z tym nienawiść do kobiet – za to, że mają one nad nimi władzę.
Czy mamy dziś do czynienia z kryzysem męskości? To pytanie wraca w prasie w różnych odmianach, powodując już u niektórych objawy znudzenia i irytacji. Wspólnie z dziennikarką Krystyną Romanowską pogłębiliśmy ten temat w naszej książce pt. „Mężczyzna bez winy i wstydu”, opierając się na moich doświadczeniach z gabinetu psychoterapeutycznego. Próbowaliśmy uchwycić wpływ światopoglądowych przemian na kondycję współczesnego mężczyzny i ojca. A było ostatnio w Polsce tych przemian sporo. Nie na każdą jesteśmy od razu gotowi i rzadko która zmiana przynosi tylko dobre efekty. W wielu przypadkach wytyczamy swe ścieżki na terenie kompletnie nieznanym, więc ryzykownym. Dobrze więc próbować zrozumieć konsekwencje tych przemian oraz proporcje ich zysków i strat. Nie próbujemy w książce autorytatywnie określać, jak „naprawdę” wygląda sytuacja, nie chcemy też antagonizować kobiet i mężczyzn lub szukać winnych – raczej staramy się zrozumieć nowe, społeczne mechanizmy i przewidzieć choć trochę ich przyszłość, która tak osobiście nas dotyczy. Chcemy być jednym z głosów w dyskusji.
Co z tym ojcem?
Pomysł książki pojawił się w wyniku coraz częstszego zgłaszania się na psychoterapię młodych i trochę mniej młodych mężczyzn, będących w stanie zagubienia, bez pomysłu na to, co mają zrobić ze swoim życiem. Cechuje ich bardzo niskie poczucie wartości, szczególnie w kontaktach z kobietami. Słucham też często także o tych, którzy na terapię nie przyjdą, bo są zamknięci w swoich pokojach z komputerem albo znajdują się już w depresyjnym stanie, co nie pozwala im podnieść się z łóżka. Te informacje pochodzą od kobiet: matek tych młodych mężczyzn albo czasem ich partnerek. Co szczególne, kobiety te także nie są w najlepszej formie, często psychicznie i fizycznie wyczerpane – i pełne poczucia winy, że nie są w stanie pobudzić swych mężczyzn do życia. Jako że umysł terapeuty musi pracować systemowo, pojawia się od razu pytanie o brakującą część tego łańcucha – pytanie, które brzmi: gdzie jest ojciec? Okazuje się, że ani ci młodzi mężczyźni, ani kobiety nie zadają sobie tego pytania. Po prostu nie zdają sobie sprawy, że ta poszukiwana postać ma w tej sytuacji jakieś zadanie do wykonania. Przestali w niego wierzyć. Przestali na niego liczyć.
Kiedy zadaję konkretne pytania o tę dziwną, rodzinną białą plamę, dostaję podobne odpowiedzi. Ojciec jest, ale jest w złym stanie psychicznym i lepiej nie zawracać mu głowy, bo tylko mu się pogorszy. Jest, ale gra na komputerze i nie ma czasu. Jest, ale mówi: „idź z tym do matki”. Jest, ale nie ma po co do niego iść, bo tylko skrytykuje i opowie, jaki to on sam jest fajny. Generalnie panuje w rodzinie taka niepisana zasada, że z trudnymi sprawami lepiej trzymać się od ojca z daleka. Nie chodzi już nawet o to, by nie doświadczać kolejnego zawodu i odrzucenia: raczej rodzina jednoczy się w zadaniu dbania o jego komfort psychiczny. I jeśli rodzą się w rodzinie jakieś kłopoty, to albo matka i syn obwiniają się wzajemnie, albo każde obwinia samo siebie. Ojciec jako adresat potrzeb i pragnień nie istnieje. I nie odczuwa z tego powodu ani winy, ani wstydu.
W typowej rodzinie patriarchalnej, kiedy pojawiał się problem, dziecko szło do ojca, ewentualnie ojciec przekazywał matce dyspozycje. W nowym układzie dziecko od razu idzie do matki, bo nie wyobraża sobie, że ojciec mógłby rozwiązać problem. To druga skrajność. Kobieta przyjmuje funkcję ojca i pieczętuje to, że ojciec – jako postać, od której coś zależy – nie istnieje. Nie istnieje ktoś, kto wprowadzi młodego człowieka w trudy dorosłego życia. Za to istnieje matka, która w poczuciu winy tym bardziej się takim chłopcem zaopiekuje. Przez to tym trudniej jemu wyjść z domu i stanąć oko w oko z prawdziwym życiem. Tacy chłopcy są we władzy matki. Znajdą się też we władzy wszystkich kolejnych kobiet, od których będą wymagali zapewnienia tego samego poziomu komfortu. Będą więc nadal przeżywali niemoc i związaną z tym nienawiść do kobiet – za to, że mają one nad nimi władzę.
Kobiety nie-zależne
Kobiety Zbyt Hojne – to one najczęściej wchodzą w związki z Mężczyznami Bez Winy i Wstydu. Pojawiają się w gabinetach terapeutów i są wściekłe. Oczywiście na siebie, nie na niego. Lekarki, prawniczki, menedżerki. Osoby racjonalne, niezależne, na poziomie, które – dopóki nie wejdą w emocjonalny związek z takim mężczyzną – doskonale sobie radzą. Gdy są w związku, przestają racjonalnie myśleć i bardzo długo nie zdają sobie sprawy, że wywalczone sto lat temu przez feministki prawo kobiet do pracy i własnych pieniędzy w takich związkach przestaje służyć równouprawnieniu. Zamiast być jej siłą, staje się okazją do wykorzystania jej zasobów. Kobiety, które trafiają na psychoterapię, często doprowadzają to prawo do skrajności. Myślą: muszę polegać tylko na sobie, liczenie na mężczyznę to słabość.
I bardzo skrupulatnie same siebie z tego rozliczają. Ich sposobem na utrzymanie mężczyzny przy sobie jest zapewnienie mu maksymalnego komfortu. Zamiast poszerzać swoją niezależność, koncentrują się na wychowywaniu mężczyzn. Do strategii utrzymania przy sobie faceta, która była modna dziesięciolecia temu, czyli posłuszeństwo i/lub udawanie idiotki, doszła najnowsza: utrzymywanie ekonomiczne mężczyzny i obsługiwanie go w łóżku z wprawą profesjonalistki. Tym samym kobieta udowadnia jemu, a przede wszystkim sobie, że jest „niezależna i nie ma żadnych oczekiwań”. W praktyce oznacza to daleko idące kompromisy. Problemem współczesnej kobiety stał się nie mężczyzna „zdradzony przez ojca” (taki zresztą też), lecz ten rozchwiany, który nie do końca wie, czego chce. Niepotrafiący wziąć odpowiedzialności za swoje życie.
Jeżeli sięgniemy do popkultury i sztuki, takich mężczyzn znajdziemy całe mnóstwo: od Piotrusia Pana, przez Jacka Sparrowa, całe watahy wampirów i wilkołaków. Kwintesencją takiego typu mężczyzn są znakomite postacie z serialu komediowego „Dobre miejsce”; filozof Chad, który potrafi przez pół godziny zastanawiać się, czy wybrać szarlotkę, czy sernik, oraz Jason, drobny złodziejaszek i tancerz w jednej osobie, który właściwie nie wie, po co przyszedł na ten świat. Pojawiła się kategoria świeżo dorosłych mężczyzn, między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, którzy w obliczu konieczności zmierzenia się z życiem popadają w stan letargu, regresji do wieku dziecięcego. Dzisiaj w prasie można przeczytać, że trzydziestoletni syn pozywa rodziców o… brak kieszonkowego.
Dlaczego te Hojne Kobiety decydują się na dziecko z kimś, na kim nie mogą polegać? Między innymi dlatego, że taki mężczyzna nie ucieka. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu zniknąłby, jak robiły to tysiące mężczyzn, kiedy sytuacja ich przerosła. Komunikat mężczyzny sprzed dziesięcioleci był jasny: „seks – tak, dziecko – nie”, „nie tak się umawialiśmy”, „nie jestem gotowy”. Tamci panowie na myśl o zamieszkaniu z kobietą dostawali gęsiej skórki – był to dla nich Rubikon nie do przekroczenia. Wieść o ciąży powodowała, że… wychodzili po papierosy i nie wracali. Kobiety wzdychały: „On nie był na to gotowy” i same wychowywały dzieci. Dzisiejszy Mężczyzna Bez Winy i Wstydu działa inaczej: zostaje. Nie boi się życiowych perypetii, takich jak bycie ojcem. Pod warunkiem, że wszyscy mieszkają w jej mieszkaniu. Na wieść o ciąży cieszy się jak na amerykańskich filmach i kupuje malutkie buciki. Jest jednak kimś bardziej w rodzaju kumpla czy brata, co dzieci zwykle uwielbiają. Synowie radośnie z nim psocą, a córki się w nim zakochują. Jest uroczym, niegrzecznym chłopcem. Jego partnerka często odnosi wrażenie, że ma jeszcze jedno dziecko, które podczas tych zabaw trzeba napominać i poskramiać. A wtedy on puszcza oko do dzieciaków i udaje, że traktuje te napomnienia poważnie. Matka w tej sytuacji automatycznie (i hojnie) przejmuje wszelkie funkcje stereotypowego, patriarchalnego ojca: określa reguły, wymaga konsekwencji, hamuje dziecięcą impulsywność, reprezentuje dzieci wobec różnego rodzaju instytucji itd. Dzieci generalnie nie chcą stać się dorosłymi, nie chcą kierować się wymogami realizmu, egzekwowanie wykonywania obowiązków to często droga przez mękę, co zna prawie każdy rodzic. Taki „kumpelski” ojciec jest więc dla nich atrakcyjny głównie właśnie z tego powodu, a nie dlatego, że ma autorytet. Jest dla dziecka ucieleśnieniem możliwego do zatrzymania na stałe raju dzieciństwa. Gorzej się dzieje, kiedy pada pytanie: „Mógłbyś się nimi zająć, bo muszę iść do pracy?”.
Mężczyzna w roli ojca
Ojciec Bez Winy i Wstydu nie ma konkretnej wizji wychowania. Jego działaniom brak spójności, to raczej ciąg prezentów albo ciąg przytyków – zależy, w jakim akurat jest humorze. Nie można mówić o wizji, jeśli nie jest konsekwentny w stosunku do samego siebie. W przypadku takich mężczyzn bardzo osłabiona albo wręcz nieistniejąca jest umiejętność empatyzowania albo, mówiąc inaczej, nadawania znaczeń własnym lub cudzym zachowaniom czy ich rozszyfrowywanie. Jego zachowaniami kieruje raczej poczucie satysfakcji lub frustracja. Na przykład zwykle nie może pojąć, że po rozwodzie nie należy traktować mieszkania byłej żony jak własnego, ponieważ dziecko odbiera to jako obietnicę zejścia się rodziców, a była żona uważa za panoszenie się na jej terenie. Dla mężczyzny liczy się wygoda i podtrzymanie symbiozy. Z kolei matka, która nie pamięta swojego ojca jako głowy rodziny, w procesie wychowania własnych dzieci, rozumianego jako kształtowanie osobowości, zwykle nie uwzględnia ich ojca. Tym sposobem nieświadomie sprawia, że postawa jej dziecka już na samym początku jest zwichrowana. Próbuje być matką i ojcem jednocześnie, czego praktycznie zrobić się nie da.
Z badań GUS-u wynika, że jedna piąta kobiet w Polsce utrzymuje swoich partnerów. Oczywiście nie wszystkie są niezadowolone z takiego kształtu związku. Znamy pary doskonale funkcjonujące w podobnym układzie. Nie jest to niemożliwe, ale jednak rzadkie. Częściej wygląda to tak, że kobieta stara się czerpać satysfakcję tylko i wyłącznie z tego, że mężczyzna w ogóle jest i że jej pragnie, stara się więc na wszelkie sposoby ułatwiać mu życie. Stwarza wokół partnera atmosferę wymagającą od niego jak najmniejszego wysiłku. Inwestuje w mężczyznę, nie mając żadnych oczekiwań, poza tym „żeby był”. Jeśli ta sytuacja jej się nie spodoba, mężczyzna odchodzi – do innej, która podzieli się z nim zasobami („tego kwiatu jest pół światu”). Tak było zawsze, a jednak teraz, gdy pozycja kobiet jest coraz silniejsza, na rynku, dawniej zwanym matrymonialnym, taka postawa przeżywa renesans. Można powiedzieć, że w ten sposób patriarchat został wyrzucony drzwiami, ale wlazł z powrotem oknem.
Oczywiście nie mówimy tu o wszystkich mężczyznach, ale tak czy inaczej ten nowy trend jest niepokojący. Jego rozmiary trudno dokładnie oszacować – w tej kwestii liczymy na informacje zwrotne ze strony Czytelników i Czytelniczek. Warto też zadać pytanie, czy nasze postępowe ruchy zwalczające patriarchat nie stworzyły pustego miejsca, z którego zapełnieniem dzisiejsi młodzi mężczyźni mają spory problem. Stają się oni przez to łatwym łupem dla nacjonalistycznych ideologii. A jeśli tak, to co oznaczałoby dziś przyjęcie funkcji ojca bez podejrzeń sięgania po nieuprawnioną władzę?
Pytanie na zakończenie
Wróćmy więc na koniec do pytania: czy mamy dziś do czynienia z kryzysem męskości?
Myślę, że ten kryzys istniał zawsze, bo od zawsze mieliśmy w swych marzeniach postać idealnego rodzica-ojca, który nauczy nas jak sobie radzić ze światem – i który oczywiście nigdy się nie pojawia, zawsze nas zawodzi. Zostajemy wtedy sami w społecznej dżungli i tylko na siebie możemy w niej liczyć. W każdym z nas jest jakaś mała część obrażona na taki stan rzeczy. Dodatkowo jednak, w dużym stopniu zrzuciliśmy z tronu skompromitowanego władcę-patriarchę, w nieustannym poszukiwaniu wolności i prawa decydowania o własnym losie. Jedyny więc kandydat na tę katedrę, z której dowiemy się jak żyć, nie przetrwał weryfikacji – staliśmy się więc wolni, ale jeszcze bardziej samotni. Dlatego może to nie męskość czy ojcostwo przeżywa kryzys: może to my, prawie dorosłe dzieci, przeżywamy kryzys osamotnienia w wieloznacznym świecie, który nie da się pojąć jednym umysłem, gdzie wciąż instynktownie szukamy kogoś, kto powie nam, w którą stronę mamy iść.
Wojciech Kruczyński – psycholog, psychoterapeuta, analityk grupowy, autor bloga: www.samotnosc.net, Warszawa.
Artykuł pochodzi z czasopisma „Niebieska Linia" nr 3/122/2019
Inne z kategorii
Współpraca w grupach zawodowych (6/107/2016)
26.08.2025
Katarzyna Rogala
Wiedza na temat mechanizmów rządzących grupą...
czytaj dalej
Zagadnienie „dzieciobójstwa” w polskim prawie karnym (4/123/2019)
11.08.2025
Justyna Grzymała
Artykuł regulujący przestępstwo dzieciobójstwa...
czytaj dalej