Zbiór porażek i feminizm – wywiad dra Wrony z prof. Moniką Płatek (6/131/2020)
Artykuły „Niebieskiej Linii"
„Wolę porażki w ramach aktywnego życia, niż gnuśność niedziałania” przyznaje prof. Monika Płatek – prawniczka, wykładowczyni akademicka, ekspertka i konsultantka wielu organizacji międzynarodowych i krajowych, m.in. OBWE, Rady Europy, Open Society Institute – New York (OSI), członkini Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej, feministka – w rozmowie z dr. Grzegorzem Wroną.
Grzegorz Wrona: Dlaczego prawo?
Monika Płatek: To może ja powiem, dlaczego ja się nie czuję osobą odpowiedzialną za tworzenie systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie?
G.W.: Proszę bardzo :)
M.P.: Cofnę się do 2005 roku, kiedy rzeczywiście tworzyliśmy projekt ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Wtedy bardzo blisko współpracowałam z Izabelą Jarugą-Nowacką. Reprezentowałam Polskie Stowarzyszenie Edukacji Prawnej, Izabela reprezentowała rząd. To był lipiec 2005 roku i ostatnie posiedzenie Sejmu. Prace, które toczyły się nad tą w sumie krótką ustawą, zawierały dwa kontrowersyjne przepisy. Jeden z nich w zasadzie powtarzał, i to była moja inicjatywa (ja go nie wymyśliłam tylko przetłumaczyłam z języka szwedzkiego na polski, a konkretnie rozdz. 6 sekcja 1 szwedzkiego kodeksu rodzinnego) i mówi o tym, że dzieci mają prawo być wychowywane w poczuciu godności, bez przemocy psychicznej i fizycznej. Nie ma w tym przepisie zakazów. Jest stwierdzenie faktu, że dziecko to człowiek. Ma prawo do takiego samego szacunku jak ojciec i matka.
I to ten przepis wywołał zgodny sprzeciw panów posłów z ugrupowań od prawa do lewa. Zaprosiłyśmy więc na spotkanie z nimi Rzecznika Praw Dziecka z Norwegii. Nie był prawnikiem. Tłumaczył, jak się ma niebicie dzieci do ich szczęścia, a szczęście do postaw prospołecznych, odchodzenia od narkotyków, włączania się w lokalne inicjatywy, w poczucie sprawczości i współodpowiedzialności. Ten przepis, wprowadzony początkowo w Szwecji w 1979 roku, tam również budził obiekcje. Szwedzi wystąpili nawet do ETPCz, żeby ten przepis „uwalić”. Przegrali. Zamiast zwycięskiej fanfaronady, szwedzki premier przemówił do narodu w poczuciu zrozumienia ich trosk i tłumaczył, że skoro nie dajemy sobie nawzajem i kolegom w pracy klapsa, to z pewnością i ze słabszymi od siebie, którzy od nas zależą, zdołamy znaleźć język porozumienia.
Jeżeli zdarzy nam się dać dziecku klapsa, to nie znaczy od razu, że jesteśmy złymi, wyrodnymi rodzicami. Nie ma co wtedy jednak zrzucać winy na dziecko. Trzeba przyznać się, że wina jest nasza i dziecko przeprosić. Nie skończyło się też na wprowadzeniu tego przepisu w Szwecji do kodeksu rodzinnego. Nowemu prawu towarzyszyła praca u podstaw. Zarówno informacyjna, nawet na kartonach od mleka i na bilboardach, jak i na spotkaniach z młodzieżą i rodzicami. Tłumaczono jak szkodliwe jest niszczenie psychiczne i fizyczne dzieci. Przekłada się na niskie poczucie wartości, trudności w bliskich relacjach, reprodukowanie przemocy w związkach i spadek zaufania społecznego. Po dwudziestu latach Szwecja odnotowała zmianę, większość była za tym prawem. Natomiast w polskim Sejmie w 2005 roku warunkiem przepchnięcia ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie była rezygnacja z przepisu, który stanowił, że dzieci mają prawo do opieki, bezpieczeństwa i dobrego wychowania. Traktuje się je z szacunkiem i nie stosuje się wobec nich kar cielesnych ani żadnego innego upokarzającego traktowania. Przepis odrzucono. Wprowadzony pięć lat później w nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie przepis operuje językiem nakazów, zakazów i nie uwzględnia przemocy psychicznej (art. 96.1 k.r. i o.). Poniosłam więc porażkę.
Był też art. 14 tej ustawy, który stanowił, że jeżeli są podstawy do zastosowania tymczasowego aresztowania, a sprawca przemocy dobrowolnie opuści miejsce zamieszkania, to się go nie aresztuje. Ten przepis był dla mnie nie do przyjęcia. Został w ramach nowelizacji ustawy w 2010 roku z niej wyrzucony. Tyle tylko, że przeniesiono go żywcem do Kodeksu postępowania karnego. Tkwi tam do dziś (art. 275 § 3 k.p.k.). Zwracałam uwagę, że jeżeli są podstawy do tymczasowego aresztowania, to należy ten środek zastosować. Nie stosuje się aresztu jako kary, nie stosuje się aresztu jako środka, którym można pogrywać, tylko jeżeli są do tego podstawy. Uznanie, że przemoc lub groźba bezprawna na szkodę osoby najbliższej może skutkować brakiem aresztowania, choć są do tego podstawy, obniża w istocie standard ochrony dla pokrzywdzonych przemocą w rodzinie. Najczęściej są to kobiety i dzieci. Prowadzi to w efekcie do lekceważenia interesów tej grupy, uznania, że nie zasługują na wysoki standard, który jest stosowany, gdy przemoc ma miejsce poza rodziną. To wprost osłabia możliwości skutecznego przeciwdziałania przemocy w rodzinie. I tu więc poniosłam porażkę.
Byłam za tym, żeby nie przyjmować ustawy okaleczonej brakiem przepisu o prawach dziecka do życia bez przemocy w rodzinie. Ten przepis wydawał mi się najważniejszy dla skutecznego przeciwdziałania przemocy. Dotykał korzeni, źródeł, które kształtują kulturę i przyzwolenie na przedmiotowe traktowanie dzieci. Alice Miller („Dramat udanego dziecka”, „Mury milczenia” „Zniewolone dzieciństwo”) podkreślała, że nie każdy, kto był bity, będzie bił, ale ci, którzy biją i znęcają się, najczęściej byli bici i się nad nimi znęcano.
Innego zdania była Izabela Jaruga-Nowacka. Ja reprezentowałam teorię, naukę uniwersytecką, ona – politykę. Doszło między nami do sporu, ostrego spięcia. Odebrano mi głos na komisji w parlamencie. Przez parę lat Izabela Jaruga-Nowacka unikała kontaktu ze mną. Czy miałam rację? Nadal się upieram, że tamten przepis był ważny i wciąż go nie ma. Jednak Pan – Grzegorz Wrona, doktor nauk prawnych i mecenas – łącząc wybitną wiedzę naukową z praktyką, jest tego samego zdania co Jaruga-Nowacka. Że lepiej mieć nawet ułomną ustawę, niż nie mieć jej wcale. Możliwe więc, że to Wy, a nie ja miałam rację. I jeśli tak, to moja porażka jest tylko częściowa, skoro to prawo jednak działa.
Kolejny natomiast brak mojego sukcesu, to treść art. 197 § 3 ust. 2 i 3 k.k. Nic nie dały artykuły, które na ten temat napisałam, wykłady i wystąpienia w Sejmie. Nie udało mi się wciąż przekonać rządzących i praktyków, że przepis ten pod pozorem ochrony, szkodzi zgwałconym i dewastuje dogmatykę prawa karnego. Dotyczy sytuacji zgwałcenia dziecka poniżej lat 15. (art. 197 § 3 ust. 2 k.k.) i zgwałcenia kazirodczego (art. 197 § 3 ust 3 k.k.). Umieszczenie zgwałcenia dziecka w przepisie dotyczącym zgwałcenia (art. 197 k.k.) wymaga udowodnienia, że do zgwałcenia doszło. Tymczasem specyfika sytuacji dziecka poniżej lat 15., z którym wchodzi się w relacje seksualne sprawia, że to zawsze uznaje się za wykorzystanie. Reguluje to art. 200 k.k., który mówi, że kto współżyje z dzieckiem poniżej lat piętnastu popełnia przestępstwo. To swoisty gwałt ustawowy. Polega na tym, że nie badamy ani intencji dziecka, ani czy do stosunku doszło z użyciem przemocy fizycznej czy przymusu i nie badamy woli osoby pokrzywdzonej. Uznajemy to za gwałt. Czyli mogliśmy dodać przepis w art. 200 k.k. z uwzględnieniem, że do czynu doszło z użyciem przemocy czy przymusu psychicznego. Zamiast tego ustawodawca dał wyraz braku zrozumienia, że art. 200 k.k. w istocie mówi o wykorzystaniu, nadużyciu seksualnym, a więc dotyczy zgwałcenia. Nieważne, czy dziecko samo chciało, samo szukało. Takie wykręty w stylu bp. Michalika są typowe dla pedofila i seksualnego drapieżcy, który na dzieci przerzuca odpowiedzialność za swoje zachowanie. To jest gwałt. Zawsze, gdy sprawcą jest dorosły, a wykorzystaną osobą dziecko; za każdym razem to jest gwałt. Jednak nie wprowadzono tego w art. 200 k.k., ale w art. 197 k.k. W art. 200 k.k. niczego nie trzeba udowodnić, wystarczy sam fakt współżycia. W art. 197 k.k. zakłada się, że trzeba udowodnić, że do zbliżenia doszło w wyniku zastosowania przemocy, podstępu lub psychicznego przymusu. Jeśli tego brak – nie ma zgwałcenia, pomimo że osoba nie ma skończonych 15 lat. W tym samym przepisie wprowadzono, że zbrodnią jest gwałt kazirodczy. Ustawodawca zignorował, że w ten sposób zmniejsza, a nie zwiększa ochronę w sytuacji, kiedy dochodzi do wykorzystania seksualnego w rodzinie. Bo przepis, który mówi o kazirodztwie stanowi, że popełnia się przestępstwo, kiedy wchodzi się w relacje kazirodcze. Tak więc, jeśli osoba pokrzywdzona zgłasza fakt wykorzystania seksualnego, ale nie zdoła udowodnić, że doszło do zgwałcenia wymaganego przesłankami z art. 197 k.k., wówczas sama staje się oskarżona o współżycie kazirodcze. Czyli to, co miało chronić, doprowadziło do tego, że nie jest bezpieczne, aby zgłaszać, że doszło do wykorzystania kazirodczego. Bez udowodnienia, że miała miejsce przemoc, przymus psychiczny lub podstęp – osoba pokrzywdzona staje się oskarżoną. Tak więc przepis art. 197 § 3 ust 2 i 3 k.k., który nadal tkwi w Kodeksie karnym to moja kolejna porażka.
G.W.: Ale sukcesem jest np. zmiana trybu ścigania przestępstwa zgwałcenia.
M.P.: To rzeczywiście zadziwiające. Udało się, ale i tu sukces, żartobliwie mówiąc jest zaledwie połowiczny. Długi czas zabrało nam przepracowanie idei, że tryb wnioskowy wbrew założeniom szkodzi, a nie chroni interesy osób zgwałconych. Opór był duży. I nagle, gdy doszło w Sejmie do głosowania usunięcia trybu wnioskowego przy przestępstwach seksualnych, przeszło gładko i niemal jednogłośnie. Podejrzewam, że to nie był mój/nasz sukces (byłam jedną z wielu osób, które nad tym pracowały). Podejrzewam, że musiały zadziałać jakieś inne mechanizmy. To mogło być typowe coś za coś.
G.W.: Myślę, że zadziałał mechanizm wstydu, który Pani swoją wypowiedzią u posłów wywołała.
M.P.: Ten cały wstyd wywołałam raptem na komisji sejmowej. Na sali plenarnej głosu nie zabierałam, więc toutes proportions gardées, moja rola była skromna. W komisji było kilkunastu mężczyzn, w Sejmie ponad dwieście osób.
G.W.: A zdrowie reprodukcyjne?
M.P.: Totalna porażka. Dzisiaj czytam, że w Sejmie przeprowadzono ustawę, która pozwala farmaceutom odmawiania sprzedaży środków antykoncepcyjnych i prezerwatyw. Tylko, że prezerwatywy, zwłaszcza te dla mężczyzn, można sobie kupić w każdym sklepie spożywczym. Nie można tego samego powiedzieć o środkach antykoncepcyjnych dla kobiet, które pozwalają na kontrolowanie swojej płodności. Zdrowie reprodukcyjne jest totalną porażką…choć myślę, że powoli się to zmienia.
Ten gniew ludzi od wielu dni na ulicach w proteście po wyroku trybunału Julii Przyłębskiej z 22 października 2020 w sprawie przesłanek aborcyjnych oznacza zmianę, co najmniej mentalną. Mamy dość. Ten handel, jaki nad naszymi głowami, naszymi ciałami i prawami urządzano sobie między Kościołem i władzą dobiegł końca. To, co nazywano kompromisem, właśnie się roztrzaskało w drobiazgi. Buta władzy i Kościoła przekroczyła granicę od dawna nadużywanej cierpliwości kobiet. I chociaż ulica krzyczy ***** ***, to w istocie to No pasarán! Pokazane zostało całej klasie politycznej. Kompromis można zawierać z osobą, której rzecz dotyczy. W Polsce od 1993 roku życie i zdrowie kobiet było towarem handlu między rządzącymi i Kościołem. Ustawa z 1993 roku o planowaniu rodziny w istocie sformułowała treść praw reprodukcyjnych, choć nie były tak nazwane. Nazwa pojawiła się dopiero rok później w Kairze i utrwaliła w 1995 roku jako prawo człowieka w Pekinie. Polska zrobiła to w 1993 roku, gwarantując prawa reprodukcyjne w preambule do ustawy o planowaniu rodziny. Państwo wzięło na siebie odpowiedzialność zapewnienia każdej i każdemu prawa do odpowiedzialnego decydowania o własnej płodności. Zobowiązało się zagwarantować dostęp do nowoczesnej edukacji seksualnej, środków antykoncepcyjnych, in vitro, ubezpłodnienie na życzenie, badań prenatalnych i w ramach tych praw, także aborcji. Wszystko to na najwyższym poziomie. Również środków antykoncepcji doraźnej. Kolejne władze zobowiązania te lekceważyły. Pomimo przegranych spraw w Europejskim Trybunale Praw Człowieka (RR p. Polsce, Tysiąc p. Polsce, PiS p. Polsce) władza nie przestrzegała wziętych na siebie zobowiązań. Odbierając kobietom prawo do decydowania o swojej płodności, odmawia się im wolności i rozumności. W istocie więc władza kobiety odczłowiecza. Z człowieczeństwa ograbia. To nie jest tak, że to jest „moje ciało, moja sprawa”. Bo to jest moja sprawa i nie jest moja sprawa. Prawa reprodukcyjne, których elementem jest aborcja to sprawa powszechna, polityczna. Ich przestrzeganie warunkuje podmiotowość, wolność, godność człowieka. Szczując kobiety przy okazji aborcji prawem karnym, uznaje się, że kobiety nie są zdolne do podejmowania racjonalnych decyzji. Nie są w stanie decydować o własnym życiu. Trzeba je kontrolować, trzymać na uwięzi, grozić. Władza dba przy tym, by nie nazywać praw reprodukcyjnych prawem człowieka. To ujawnia bowiem zakres braku bezprawia, jakiego się dopuszcza. Przyzwolenie, by kwestionować prawa reprodukcyjne kobiet to proces, który prowadzi do zniewalania kolejnych grup. Zmieniają się cechy, narracja pozostaje ta sama. I tak w ramach ćwiczeń z wykluczania marginalizowani i patologizowani są: Żydzi, uchodźcy, lekarze, sędziowie, LGBT, feministki. Za chwilę będą ludzie starzy. Chodź tych ostatnich załatwiamy bez słów. Uśmiercamy ich po cichu, odmawiając na czas lekarskich wizyt, zabiegów, tlenu. Zamiast pięknej jesiennej starości państwo oferuje im smutny koniec. Żeby jednak nie wyszło markotnie, to powiem, że już wolę porażki w ramach aktywnego życia, niż gnuśność niedziałania. W końcu Pan moje porażki przekuwa na skuteczną pomoc ludziom. To jest sukces i się liczy.
G.W.: Wróćmy do początku rozmowy. Do prawa. Kto był Pani mistrzynią/mistrzem?
M.P.: Bardzo ważną osobą była dla mnie Danuta Pleńska. Później po latach Genowefa Rejman. Jeżeli chodzi o prawo penitencjarne, to zawsze Michał Porowski. To jest najmądrzejszy człowiek. Bardzo trudny i bardzo specyficzny, ale najmądrzejszy. On napisał niewiele, ale nic z tego, co napisał, się nie starzeje. Oczywiście Nils Christie. Ja jestem człowiekiem Nilsa Christie. No i profesor Ewa Łętowska, która powinna być na pierwszym miejscu, choć to nie prawo karne. Od niej przejęłam warsztat. Nikt nas tego nie uczył. Pamiętam jak zaczynałam pracować. Obsługiwałam jakieś kongresy. To był kongres chemiczny. Ja zobaczyłam jak się wykłada w Ameryce. Przyjechał do Wrocławia profesor z Ameryki i to było coś niesamowitego. Kontakt z publicznością, otwarty, mówiący normalnym językiem, bez tego sztywnego czytania z kartki.
G.W.: A przyjaciele?
M.P.: Danka Pleńska, Ania Rozner, Kuba Urbanik, Andrzej Zakrzewski, Wiktor Osiatyński.
To trzeba zrozumieć. Szarzyzna. Każda. Mentalna, życiowa, perspektywiczna. I w tej szarzyźnie są takie kwiaty i takie ptaki kolorowe jak Lech Falandysz. Zawdzięczam mu to, że poznał mnie z Osiatyńskim, Wierzyńskim, Kapuścińskim, poznał mnie raptem z rajskim ogrodem. Ja w tym wszystkim byłam początkującą asystentką, dość zahukaną i nieśmiałą.
G.W.: Pomogła Pani tysiącom ludzi.
M.P.: A tam, gadanie.
G.W.: Jak ktoś zwraca się do Pani z prośbą o pomoc, Pani nie odmawia. Nie musiałaby Pani tego robić. Inni tak nie robią.
M.P.: Dlaczego nie? Wolę pomnażać sumę dobrej jakości życia niż złej. Ja lubię bardziej sytuacje, jak jest miło, niż jak jest niemiło. Ludzi, których nie lubię staram się raczej unikać. W życiu bym im nie chciała szkodzić. Bo życie jest cholernie krótkie. Ja naprawdę wzrastam ze świadomością (cudowną zresztą) krótkotrwałości i śmierci. Każdego dnia bliżej jestem śmierci. Po śmierci wiem, że nic nie ma. Cudowne. Czyli wszystko, co mamy, to jest tu i teraz. Zdobywanie mądrości życiowej, doświadczenia, to trwa strasznie długo i jest bardzo trudne. Gdy miałam dwanaście lat, to uważałam, że zmienię świat na lepsze i że to jest proste. Potem wzięłam udział w takim konkursie geograficznym, gdzie jako jedna z pierwszych natychmiast rozwiązałam wszystko i wydawało mi się, że to sprawi, że mam jakieś szanse na wygranie. Ale nie byłam aż na tyle głupia, żeby zrozumieć, że w momencie, kiedy wygrał ten konkurs syn znanego podróżnika, to to musiało być ustawione. I wtedy zrozumiałam, że naprawianie świata to chyba jest zbyt ambitne, bo to się tak łatwo nie uda. A potem jeszcze zobaczyłam jak zabijają Patrice’a Lumumbę i wtedy zobaczyłam, że strasznie się starają, żeby poprawić, ale mogą być zabici. Nie zostałam adwokatką. Zrobiłam aplikację i nie zostałam sędzią, bardzo świadomie. Nie poszłam do dyplomacji, chociaż zdałam egzamin z norweskiego. Ja jednak chciałam być tylko i wyłącznie ambasadorką w Norwegii, znów nie rozumiejąc, że to jest niemożliwe. Nie zostałam w USA na uczelni.
G.W.: Suma ludzi wokół Pani, którzy bardzo dużo Pani zawdzięczają jest ogromna. Wychowała Pani kilka pokoleń studentów.
M.P.: Jest kilku ludzi, którzy mnie przerastają, którym miałam okazję przekazywać wiedzę i to jest fajne.
G.W.: Gdyby ktoś przyszedł dzisiaj na Uniwersytet i powiedział, że chce się zająć kryminologią albo wiktymologią, to co by mu Pani powiedziała? Czy to jest dziedzina, która ma szansę się odbić od tej sytuacji, którą Pani opisała?
M.P.: To jest dziedzina, która się niebezpiecznie rozwija, moim zdaniem zbyt brawurowo. Kryminologia, prawo penitencjarne, prawo karne wykonawcze to są dziedziny, które powinny być niszowe, a niestety są zagarniane przez kierunki, które się nazywają ochrona i bezpieczeństwo i służą temu, żeby kontrolować ludzi i przewidywać, kto może być przestępcą, a to jest realizowanie scenariusza z filmu „Raport mniejszości”. My w tym kierunku idziemy, i to jest fatalne. Kryminologia powinna być na wydziale prawa. To jest jedna z niewielu dziedzin, która zmusza prawników do krytycznego myślenia i poszerzenia wiedzy o psychologię społeczną, o socjologię, o praktyczny wymiar prawa karnego i sięgania po standard. Wyrwania z myślenia dogmatycznego.
To, co w moim życiu jest najważniejsze, to jest feminizm i genderyzm.
Zawdzięczam to wyjazdowi do Norwegii i wyjazdowi do cjonują w prawie karnym, konstytucyjnym. Jak to się ma do USA na stypendium Fullbrighta. Tam weszłam w myślenie, które jest najbardziej fascynujące, czyli nie zwykły liberalizm, ale teorie feministyczne. One zmuszają do spojrzenia, z czego się biorą nasze pomysły. Na urządzenia, które funkcjonują w prawie karnym, konstytucyjnym. Jak to się ma do rzeczy, kiedy mówimy: „We the People”.
G.W.: Dziękuję za rozmowę
Artykuł pochodzi z czasopisma „Niebieska Linia" nr 6/131/2020
Inne z kategorii
W krainie fantazji. Doznawanie przemocy a choroba psychiczna (1/150/2024)
06.10.2024
Aneta Gawełek
Osoby doznające przemocy ze wstydu, lęku i poczucia winy w kontaktach...
czytaj dalej
Konsekwencje przemocy seksualnej wobec dzieci (5/70/2010)
17.10.2025
Agnieszka Izdebska
Depresja, lęk, agresja, zespół stresu pourazowego...
czytaj dalej

